Opowiadania

Zamrożeni w czasie - cz. II

Część II

Kilkanaście minut, które pozostało do pojawienia się pierwszych promieni wschodzącego słońca nie nastrajało optymizmem, szczególnie w obliczu piętrzących się przeszkód na drodze do ukrytego w krzakach mercedesa. Strój, który w ciemności nocy idealnie spełniał swoją rolę, w dziennym świetle stawał się zupełnie bezużyteczny. Dymitr musiał się spieszyć.

Wślizgnął się na mur dokładnie w tym samym miejscu, gdzie zostawił wykrywacz. Uśmiechnął się na widok znajomego przyrządu, który leżał spokojnie i czekał na przybycie swojego właściciela. Zsunął się z drugiej strony ściany i przylgnął do ziemi. Rozglądnął się i ruszył przez pole minowe. Czołgając się skanował aparatem teren przed sobą.

Spieszył się, przez co zupełnie zignorował ostrożność. Liczył po cichu na łut szczęścia. Cel wydawał się być tak blisko.

Wydawało mu się, że znalazł się w bezpiecznym miejscu, kiedy tuż obok ucha usłyszał gwizd przelatującej kuli. Zobaczył tylko ziemię rozpryskującą się tuż obok nogi. W głowie zapala się czerwone światło. Ktoś do niego strzela. Szybka ocena sytuacji nie nastraja optymizmem. Jeśli tylko się podniesie, kula najprawdopodobniej przeszyje krtań, lub głowę. Kolejna kula przelatuje obok ucha. Sprawa wydaje się beznadziejna. Kolejny strzał wcześniej czy później dosięgnie celu. Musi natychmiast znaleźć jakieś rozwiązanie. Do głowy przychodzi rozpaczliwy pomysł. Odwraca się i rzuca wykrywaczem w pas min licząc na to, że któraś wybuchnie. Cisza. Niech to szlag. Spudłował. Obok nogi leży sporej wielkości konar. Podnosi go z ziemi i ciska w zaminowane pole. Następuje eksplozja. Tumany ziemi i piasku przesłaniają niebo. O dziwo następuje efekt domina. Kolejne miny wybuchają. Rozrywający huk przeszywa ciszę. W powietrze wznoszą się liście, ściółka leśna i pył. To najlepszy moment do ucieczki. Biegnie. W uszach mu dzwoni. Miny wybuchają z coraz mniejszą częstotliwością. Musi się spieszyć. Hałas na pewno wszystkich zaalarmował.

Dymitr ile sił w nogach gnał w kierunku pozostawionego przed poligonem samochodu. Za sobą słyszał psy i strażników. Zaalarmowani na pewno ruszyli w pościg. Jeszcze kilka minut i będzie świtać. Blada łuna słońca wspinała się mozolnie nad horyzont. W ciemności Dymitr miał szansę, światło oznaczało niechybną śmierć.

Po kilkunastu minutach zmęczony dopadł wreszcie upragnionego mercedesa. Szczęśliwy, że najprawdopodobniej udało mu się uciec przed pogonią a przede wszystkim z przeklętej wioski. Wsiadł do samochodu, uruchomił silnik i ruszył polną drogą wzbijając tumany kurzu. Wyciągnął telefon i wykręcił numer.

- Cześć – odpowiedział w słuchawce głos redaktora naczelnego Prawdy Władimira Safieja - nie za wcześnie? Spać nie możesz?

- Musimy pogadać – dyszał Dymitr... - grozi mi niebezpieczeństwo. Mam artykuł i zdjęcia. Materiał na obalenie rządu, albo nawet lepiej… spotkajmy się w redakcji za dwie godziny.



Poczuł mocne pchnięcie. Nie zdołał utrzymać równowagi i runął z hukiem na podłogę. Za sobą usłyszał tylko trzask zamykających się drzwi. Zerwał z oczu opaskę, którą założono mu jeszcze w wiosce Skopców. Samo wspomnienie przeszłych wydarzeń wywoływało drżenie rąk i dreszcze. Wzrok z trudem przyzwyczajał się, do światła. Do głowy napłynęły wspomnienia minionych godzin.

Siedząc w lochu po wizycie Dymitra Szymon rozmyślał. Co go czeka? Gdzie pojutrze zabiorą go postacie mundurowych? Czy zobaczy Oskara? Dwa dni spędzone w piwnicy jednej z chat nie byłoby jeszcze takie najgorsze, gdyby nie dwa załamania czasowe, które dane mu było przejść. Uczucia, jakie doświadcza człowiek podczas takiego procesu nie da się opisać słowami, trzeba je przeżyć. Świat umyka spod stóp, czas przestaje istnieć a przed oczami roztacza się tylko czarna otchłań. Jakie siły powodują takie zjawisko? Co dzieje się w jego wyniku? Kilkanaście sekund zupełnego chaosu otaczającego człowieka zewsząd, to jakby powrót do łona matki, do początku czasu.

Dwa dni później przybyli po Szymona żołnierze. Zanim założyli mu na oczy opaskę, ze zdumieniem stwierdził, że wokół wioski rozciąga się olbrzymi mur, o którym wspominał Oskar. Wsiedli szybko do samochodu. Jechali przez godzinę, może dłużej. Odgłosów dobiegających z zewnątrz pojazdu nie dawało się porównać z niczym, co Szymon dotychczas słyszał. Jakby samoloty, latające nisko nad ziemią zahaczały skrzydłami o jadący pojazd. Jednostajny rytmiczny odgłos uderzeń, po których przez kilka sekund piszczy w uszach. Jak można jeździć takim złomem? - zastanawiał się Szymon. Nawet wołga Państwowego Zakładu Geodezyjnego jest w lepszym stanie? A może poruszali się po szynach? - przeszło przez myśl Koptowowi.

Zatrzymali się i weszli do jakiegoś pomieszczenia. Jechali windą, później jakiś czas szli korytarzem. Nagle zrobiło się strasznie zimno. Geodeta zastanawiał się, dokąd zabierają go żołnierze? Czy w tym miejscu jest również Oskar?

Minęła chwila zanim oczy przyzwyczaiły się do światła. Ból ramienia, które ucierpiało podczas spotkania z podłogą nieco zelżał. Takiego więzienia geodeta jednak zupełnie się nie spodziewał. Białe ściany pomieszczenia, bez okien z małymi jasnymi światełkami umieszczonymi na suficie. To bez wątpienia musiały być tajne pomieszczenia służb rządowych, w których przesłuchiwano więźniów politycznych - pomyślał, kiedy nagle przypomniał sobie o małym urządzeniu w kieszeni, które wręczył mu nieznajomy.

Koptow spodziewał się, że zostanie przeszukany. Myślał, gdzie ukryć niewielki przedmiot, od którego mogło zależeć jego życie. Liczył na to, że tajemniczy człowiek, w czarnym uniformie wszystko słyszy. Mówił cicho, jakby do siebie. Opisywał wszystko to, co go otacza. Nieoczekiwanie do głowy przyszedł pomysł na ukrycie pluskwy.



Niewielkie pomieszczenie gabinetu redaktora naczelnego Prawdy spowite było dymem tytoniowym. Przy biurku siedział Władimir Safiej i paląc papierosa wysłuchiwał nieprawdopodobnych relacji Dymitra Kozłowskiego. Oglądał zdjęcia kręcąc z niedowierzaniem głową.

- Gdyby nie fotografie… nie uwierzyłbym. Jak do jasnej cholery takie coś mogło się uchować, przed naszymi ludźmi?

- Byłem tam. Widziałem… wszystko. Też nie mogę w to uwierzyć – Dymitr był zdenerwowany, jakby przeżywał jeszcze wydarzenia minionej nocy.

- A co z pluskwą? – redaktor naczelny zaciągnął się papierosem.

- Technicy już się nią zajmują.

- Dlaczego powinniśmy się tam wybrać dopiero pojutrze? Nie będzie za późno?

- Upieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu. Jedną ekipę wysłałbym do wioski Skopców. Znam drogę, dlatego mogę pojechać z nimi. Drugą wyślemy w ślad za pluskwą. Za jednym zamachem odkryjemy wszystkie ich karty.

- Wyślemy do wioski telewizję. To bardziej medialny temat. Dziennikarzy Prawdy wyślemy za tymi geodetami. Czy dźwiękowcy coś znaleźli?

- Przejdźmy się do nich. Dowiemy się.



Dźwiękoszczelny pokój wypełniony po brzegi nowoczesną aparaturą pobłyskiwał różnokolorowymi diodami wyświetlaczy i tajemniczych urządzeń. Przed ekranami siedziała dwójka mężczyzn. Ubrani w słuchawki, wpatrywali się w monitory komputerów analizując jakiś wykres.

- I jak tam? – w drzwiach pojawili się Władimir Safiej i Dymitr Kozłowski.

- Jakiś facet. Spał, potem narzekał na swój los klnąc pod nosem. Nic ciekawego.

- Nic ciekawego? - powtórzył Dymitr z podnieceniem. - Nie pospadajcie z krzeseł. Ten facet pochodzi z 1957.

- 1957 czego?

- Roku kolego, roku.

Dwójka dźwiękowców spoglądała podejrzliwie to na Safieja to na Kozłowskiego. Ich wzrok sugerował, jakby byli niemal pewni, że Dymitr oszalał a w najlepszym przypadku opowiadał bajki.

- To podobno prawda – uniósł ramiona z rezygnacją - mam tu zdjęcia. Przypatrzcie się na ich ubrania - redaktor naczelny wręczył dźwiękowcom zdjęcia wykonane przez Kozłowskiego w wiosce Skopców.

Odgłosy dobiegające z głośników przypominały ciche chrapanie.

- Słuchajcie nadal. Gdyby coś się działo, dzwońcie - podsumował Safiej odciągając Dymitra nieco na bok pokoju.

- Do jutra będziemy mieć czas, na organizację ekipy – szepnął Władimir.

- Czy nie warto zawołać chłopaków?

- Sądzisz, że może być aż tak gorąco?

- To w końcu rząd... Tajemnica, której na pewno nie będą nam chcieli oddać na tacy.

- Chłopaki mogą zażądać sporej sumy, ale co tam, to może być tego warte. Jedziemy.



- Rozbierz się – rozkazał człowiek w białym fartuchu.

Szymon posłusznie wykonał polecenie. Na grubym ciele pozostały tylko niewielkie slipki.

- Wszystko.

Szymon odpowiedział milczeniem i kwaśną miną.

- Chyba się nie wstydzisz?

Szymon rozebrał się. Postać w białym fartuchu wręczyła mu zakładany przez głowę kitel, bez rękawów, jaki noszą pacjenci szpitali i wskazał ręką w kierunku drzwi.

- Idziemy.



- Co się dzieje? - zapytał Dymitr

- Gdzieś go zabierają - jeden z dźwiękowców wskazał palcem na monitor.

- Dalej jest w rządowym szpitalu na wiejskiej?

- Tak.

- O której pojawił się sygnał? - zapytał Safiej.

- Dokładnie o 13.33 To okres załamania czasowego. Mieliśmy całą dobę ciszy. Domyślałem się, że tak będzie?

- Czy nie powinniśmy ruszać?

- Poczekajmy jeszcze trochę. Może dowiemy się, o co w tym wszystkim chodzi.

- Ekipy są gotowe. Czekają na nasz sygnał… - potwierdził Władimir.

- Wstrzymajmy się jeszcze - Kozłowski usiadł przed monitorem i przysłuchiwał się rozmowie dobiegającej z głośnika.

- Zabierają go na skaner. Nie znajdą pluskwy?

- Jeśli jej nie zobaczą...

- Kazali mu się rozebrać. Co to za burczenie?

- Kazałem mu ją dobrze ukryć. Obawiam się, że schował ją do…

- Daj głośniej.



Urządzenie przypominające skaner wykonało kilka błysków. Pobrało przy okazji krew do badań morfologicznych, wykonało rezonans magnetyczny mózgu i zajrzało w siatkówkę analizując dno oka.

- Ma pan straszne hemoroidy - stwierdził lekarz wystukując coś na klawiaturze skanera.

- Wiem - Szymon skrzywił się z lekkim zażenowaniem.

- Na szczęście, już niedługo…

- Wyleczycie mnie?

- Za dużo pytań. Proszę wstać. Czas na kolejne badania - człowiek w białym fartuchu wskazał ręką na drzwi prowadzące do kolejnego pokoju.

Szymon przeszedł przez próg i wkroczył do sporej wielkości pomieszczenia przypominającego salę operacyjną. Walająca się wszędzie aparatura medyczna tworzyła chaos i nieporządek z dziesiątkami rurek, kabli i urządzeń, których funkcji geodeta nie potrafił odgadnąć. Wszystko błyskało diodami, tajemniczo świecącymi napisami oraz przesuwającymi się na ekranach wykresami. Jedno z urządzeń przypominało staremu sonar, którym geodeci czasami posługują się podczas poszukiwania pustych przestrzeni w głębiej osadzonych warstwach ziemi.

Człowiek w białym fartuchu wskazał ręką na krzesło. Wyglądało jak fotel dentystyczny ze sporą lampą zawieszoną na górze i przytwierdzoną na ruchomym ramieniu aparaturą, której przeznaczenia Szymon nawet nie był w stanie się domyślać.

Metalowe zatrzaski na ręce i nogi skutecznie krępowały ruchy Koptowowa a jednocześnie uniemożliwiały ucieczkę. Staremu ani było to w głowie. Po cichu liczył, że nieznajomi zrobią swoje i puszczą go wolno. Wszakże uratowali go z rąk Skopców. Dlaczego mieliby zrobić mu jakąś krzywdę?

Szymon nie zdążył dobrze zebrać myśli, kiedy zauważył w rogu sali jakiś ruch. Na łóżku, leżał stary człowiek. Aparatura przytwierdzona do rąk z niewiarygodną wręcz ilością kabli najprawdopodobniej podtrzymywała jego życie a dziwnie poskręcane rurki wystające z nosa ułatwiały oddychanie.

Szymon patrzył przez chwilę w twarz starca, którego oczy zaczynały się otwierać. Czarne źrenice na pooranej głębokimi bruzdami twarzy spoglądały tępym wzrokiem w górę. Przypominały uwięzione w klatce zwierze, które krzyczało - wypuścicie mnie, zwróćcie mi wolność.

Oczy utkwione w jednym punkcie nagle skierowały się w stronę Szymona. Twarz starca przeszył grymas, jakby na skutek jakiegoś wspomnienia.

- Szymon? - wyszeptał z wielkim trudem.

- Kim jesteś? – Koptow przyglądał się jakby znajomej twarzy.

- To ja Oskar... Nie poznajesz mnie?

Przez chwilę oczy Szymona przypominały dwa ogromne księżyce. Szok spowodował, że nie mógł wydusić z siebie nawet jednej sylaby. Siedział i patrzył w milczeniu. Po policzku popłynęły łzy.

Pracownik medyczny pozapinał na ciele Koptowa różnego rodzaju czujniki połączone kablami z aparaturą pomiarową. Krzątał się jeszcze chwilę po pomieszczeniu, aż wreszcie opuścił salę. Chwilę później pojawił się średniego wzrostu mężczyzna w białym lekarskim fartuchu z siwymi włosami i krótką kozią bródką. Okrągłe okulary, małe oczka i szpiczasty nos dopełniały obrazu rządowego lekarza.

- Witam, jestem doktor Zajdel - oznajmił z uśmiechem.

- Dlaczego? - płakał Szymon nie mogąc dojść do siebie.

- Jesteś w szoku - lekarz starał się miłym głosem uspokoić Koptowa. - Wybacz mi, ale muszę wykonać serię badań. Nie obiecuję, że nie będzie boleć.

- Jasna jego mać - w Szymona jakby wstąpił wulkan energii. - Co się tu dzieje? Kim jesteś? - wyrywał się próbując zwolnić krępujące go więzy.

- To nic nie da. Są bardzo wytrzymałe - podsumował doktor. - Zapewne piętrzy ci się w głowie mnóstwo pytań, twojemu koledze również. Choć na niego już bym nie liczył - zmartwił się doktor spoglądając na Wadima. - Ciebie niestety również to czeka.

- Co się ze mną dzieje? - wysyczał szeptem leżący w kącie pokoju Oskar.

- Co się z nim dzieje? – powtórzył Szymon.

- Pytajcie, pytajcie. Mamy dużo czasu. Dużo badań. Choć twój przyjaciel - doktor spojrzał na Oskara - nie ma go aż tak dużo.

- Jasna jego mać. Jak ja cię zaraz dorwę. Popamiętasz mnie - jedyne, co Koptow mógł w tej chwili uczynić to splunąć w kierunku doktora Zajdla.

- Jeśli nie będziecie współpracować, zaaplikuję środek uspokajający.

Szymon opadł na krześle i zrezygnowany spojrzał pustym wzrokiem na Zajdla.

- Ci ostatni zmarli wiedząc, że przyczynili się do rozwoju rosyjskiej nauki - stwierdził lekarz, jakby na pocieszenie. - Może nawet byli z tego powodu dumni.

- Jacy ostatni? To byli jeszcze jacyś inni? - Szymon uspokoił drżenie rąk i sięgnął pamięcią wstecz, analizując poszczególne zdarzenia, które wydarzyły się, aż od feralnego zniknięcia Oskara. Usiadł na boku, aby skrzętnie ukryta pluskwa mogła zarejestrować wszystkie dobiegające dźwięki.



- Może to dobry moment, aby wkroczyć do wioski? – Safiej był wyraźnie podenerwowany.

- Poczekajmy jeszcze trochę. Wioska nam nie ucieknie. Tkwi tam od wieków. A ten lekarz wydaje się być, aż nadto rozmowny. Jeśli tylko geodeta odpowiednio pokieruje rozmową, dowiemy się, o co w tym wszystkim chodzi.

Do zebranych w pomieszczeniu dziennikarzy Prawdy dołączyli kolejni. Wszyscy przysłuchiwali się z uwagą dobiegającej z głośników rozmowie.



Szymon siedział w fotelu i biernie poddawał się badaniom doktora Zajdla. Zrezygnowany przypomniał sobie o pluskwie, która w zaistniałej sytuacji, była jego ostatnią i jedyną nadzieją na ratunek i ocalenie.

- Czy możesz mi to wszystko wyjaśnić - zwrócił się pokornie w kierunku doktora.

- Co takiego? - ucieszył się Zajdel, na widok spokojnego i pogodzonego z losem pacjenta.

- Kim są mieszkańcy tej przeklętej wioski?

- To Skopcy. Sekta, która wierzy, że jedyną drogą do zbawienia jest pozbycie się możliwości prokreacji.

- I co z tym robią? Żyją w celibacie?

- Mężczyzn kastrują. Kobiety sterylizują.

- Pięknie, jego mać - podsumował Szymon.

- To stara sekta. Jeszcze z czasów carskich. Ich przywódca niejaki Zachary Zajcew wierzy, że jeśli uda mu się pozyskać sto czterdzieści cztery tysiące wiernych nastąpi armageddon. Oczywiście wszyscy członkowie sekty muszą być czyści. Żadnego seksu. Dlatego poprzez kastrację najlepiej pozbawić ich tej możliwości. Proste?

- Byłem jednym z nich - cichym głosem wyszeptał Oskar.

- Słucham? - zdziwił się Szymon.

- Uciekłem z Leningradu. Jako dziewięcioletni chłopiec. Moja mama wyrzuciła mnie z domu… Teraz wiem, że uratowała mi życie.

- Chodzą słuchy, że aby przeżyć głód panujący w oblężonym mieście członkowie sekty zabili a potem zjedli własne dzieci - dodał doktor nakładając Oskarowi na rękę opaskę ciśnieniomierza.

- Tak było... Tylko ja uniknąłem śmierci. Wszystko, co wydarzyło się później, było karą. Karą Boską dla Skopców za zabicie własnych dzieci. Ci ludzie są przeklęci. - Głos Oskara odzyskał na chwilę dawne brzmienie.

- Dlaczego Skopcy zamieszkali na terenie parku Goritsy? - kontynuował Koptow.

- Osiedlili się tam zaraz po wojnie. Wybudowali wioskę. Jak to się stało, że czas postanowił spłatać figla i się tam zatrzymać? Tego nie wiemy. Być może ma to związek z karą Boską. Dziwne zjawisko załamania czasu władze radzieckie zauważyły dużo później, po śmierci Stalina, gdzieś około roku 1955.

- Czy władze w jakiś sposób wykorzystują wioskę?

- Zgadłeś. Wystaw rękę. To może trochę boleć - stwierdził doktor, kiedy długa igła utkwiła w żyle na przedramieniu Szymona. Skrzywił się i zamknął oczy. Widok krwi go mdlił.

- Skąd wziął się mur? - zapytał Oskar.

- Władze musiały się jakoś zabezpieczyć przed wścibskimi oczami. Gdzieś koło 1957 roku jakiś idiota wymyślił, że przez park przebiegnie droga. To wtedy powstał pomysł na ścianę otaczającą teren wioski.

- Ten idiota to nasz szef. Dyrektor Państwowego Zakładu Geodezyjnego - podsumował Szymon otwierając oczy. - Sądzę, że jak nie wrócimy, wcale nie zrezygnuje z tego pomysłu.

- O to nie musicie się już martwić. Załatwiliśmy wszystko - uciął Zajdel. - Zresztą wy już o nic nie musicie się martwić. Sądzicie, że opowiadałbym wam to wszystko, gdybyście mogli stąd wyjść?

Szymon zrozumiał przekaz. Nadzieja, która jeszcze niedawno tliła się małym płomieniem, zgasła zupełnie. Ostatnią szansą pozostała pluskwa. Trochę uwierała. Miał nadzieję, że burczenie w brzuchu i doskwierający głód nie zniekształci przekazu.

- Dlaczego Oskar nagle zniknął mi z oczu? Dlaczego nie widziałem muru otaczającego teren? - dopytywał dalej.

- Widzisz.... - kontynuował doktor - tak jak mówiłem, czas się tam jakby zatrzymał. Przy czym… - zawiesił głos - to nieco bardziej skomplikowane. Na terenie znajdującym się dokładnie wewnątrz muru, obowiązuję tak zwana zasada załamań czasowych.

- Ten żołnierz coś o tym wspominał. Wydaje mi się, że przeżyłem coś podobnego siedząc w lochu u Skopców.

- Dokładnie o godzinie 13:33 dzień zaczyna się od początku.

- Jak to?

- Na całym terenie wioski codziennie jest ten sam dzień.

- Czyli Oskar znalazł się o 13:33 w miejscu gdzie załamuje się czas… To, dlatego zniknął mi z oczu. Ale zaraz... Czegoś tu nie rozumiem.

- Po załamaniu czasowym, twój kolega cofnął się w czasie do dnia 4 sierpnia 1947 roku.

- Skoro ja nie przeszedłem żadnego załamania czasowego, jak trafiłem do wioski?

- Tak jak mówiłem tam zawsze jest 1947 rok. Ty również cofnąłeś się czasie. Jednak nie przechodząc załamania czasowego mogłeś wrócić do swojego wymiaru.

- Czyli do roku 1957? A Oskar nie mógł?

- Po załamaniu czasowym był już skazany na 1947 rok. No może nie do końca. Mógł jeszcze wybrać współczesność.

- Poczekaj… jeszcze raz. Zupełnie nic z tego nie rozumiem.

- Biedaku. To przerasta twoje pojmowanie. Nadstaw głowę - doktor Zajdel przytwierdził do czoła Szymona niewielkie przyssawki. - Oskarze - kontynuował wypowiedź z satysfakcją obserwując zupełnie zdezorientowanych geodetów. - Czy po przejściu załamania czasowego widziałeś mur ciągnący się wokół całego terenu?

- Zgadza się - odpowiedział spokojnie Wadim.

- Trafiłeś na tak zwane późne załamanie czasowe. Stojąc na terenie wewnątrz muru, znajdowałeś się w dniu 4 sierpnia 1947 roku o godzinie 13:33. Natomiast wszystko, co znajdowało się na zewnątrz pochodziło ze współczesności.

- Czyli,…z kiedy?

- To może być dla was bardzo wstrząsające. Nie wiem czy mogę wam to powiedzieć - z wyraźną przyjemnością przekomarzał się Zajdel.

- Który mamy rok? - stanowczym głosem zapytał starszy geodeta.

- 2035.

- Który? - na twarzy Szymona wyrysowało się zdziwienie graniczące z przerażeniem. Wzrok krążył po Sali w poszukiwaniu jakiegoś punktu zaczepienia. Wreszcie po chwili zebrał się na kolejne pytanie. - Dlaczego ja nie widziałem muru, mimo, że wszedłem na teren wioski?

- Ty również znalazłeś się w 1947 roku, jednak 5 sierpnia. Nie przechodząc załamania czasowego na zewnątrz widziałeś własną rzeczywistość. Taką, z jakiej przybyłeś.

- Nadal nic z tego nie rozumiem - Szymon był bliski Szaleństwa, jedynie smutna poniszczona starością twarz kolegi przypominała mu, że nie śni a wszystko dookoła dzieje się naprawdę.

- Spróbuj to sobie wyobrazić. To nie takie skomplikowane. Na terenie wioski bez przerwy trwa jedna doba. Od 13:33 4 sierpnia do 13:33 5 sierpnia. Później następuje załamanie czasowe i wszystko powraca do 13:33 4 sierpnia 1947 roku. Rozumiesz?

- Na razie tak. Co jednak dzieje się ze światem na zewnątrz wioski?

- Jeśli trafisz do wioski przed załamaniem czasowym, możesz wrócić do swojego wymiaru. Mimo że w wiosce jest 1947 rok. Masz dobę, aby wyjść poza teren. Jeśli nie zdążysz, po załamaniu czasowym na zawsze pozostaniesz w 1947 roku. Tak jak Skopcy.

- A co mają z tym wspólnego wczesne i późne załamania czasowe?

- Wyobraź sobie, że tkwisz we wiosce po uszy. Jesteś Skopcem, lub na nieszczęście trafiłeś jak Oskar w jedno z załamań czasowych.

- Załóżmy.

- Podczas wczesnego załamania czasowego teren wokół wioski również znajduje się w 1947 roku.

- Rozumiem. A podczas późnego załamania czasowego?

- Mimo, że wiosce jest 1947 rok na zewnątrz robi się 2035. Rozumiesz?

- Pokrętnie. Czyli będąc mieszkańcem wioski. Cały czas mam 1947 rok, natomiast na zewnątrz wioski jest 1947 lub 2035. Czy tak?

- Dokładnie.

- I tak w kółko?

- Na tym polega fenomen tamtego miejsca.

- Dlaczego mi to wszystko mówisz. Czy chcesz abym ci uwierzył?

- Sprawia mi przyjemność obserwowanie reakcji ludzi. Na powiedzmy… niecodzienne informacje .

- To był ktoś jeszcze? Oprócz nas, znaczy...

- Zdarzają się pechowcy, którzy trafiają na teren wioski. Najczęściej pochodzą jeszcze sprzed 1957 roku, kiedy nie było tych wszystkich zabezpieczeń w postaci muru, min, technologii i strażników pilnujących w dzień i w nocy terenu poligonu. Zresztą najczęściej tacy pechowcy jak wy trafiają w ręce Skopców. A oni już wiedzą jak się takimi zająć.

- Mieliśmy tę wątpliwą przyjemność skosztować ich gościnności - podsumował Koptow.

- Teraz rozumiecie. Wszystko pod kontrolą - lekarz spojrzał na dziwnie wyglądający wykres na monitorze. - Czyżby bronił się, aż tak… skutecznie? – zawiesił głos .

- Bronił przed czym? – stary zauważył zdziwienie doktora.

- Jest pewien mankament.

- Mankament?

- Efekt starości.

- Że co, proszę?

- Efekt starości. Opuszczenie wioski przyspiesza wielokrotnie starzenie się komórek. Spójrz na swojego przyjaciela. Jeszcze dwa dni temu wyglądał jak dwudziestopięciolatek. Teraz jego biologiczny zegar wskazuje, że zbliża się do dziewięćdziesiątki. Gdyby nie aparatura podtrzymująca jego funkcje życiowe, zmarłby na zawał serca. I tak walczy. Nie poddaje się. Jest w nim jeszcze nadzieja. Może liczy na to, że wszystko mu się śni, że jeszcze chwila i obudzi się z sennego koszmaru. Biedak.

- Nie możesz mu jakoś pomóc?

- A myślisz, dlaczego poddaje was całej serii badań. Rząd polecił mi wynaleźć lekarstwo na efekt starości. Na razie z mizernym skutkiem.

- Czy ja… też tak… będę… się zestarzeję? - jąkał się Szymon.

- Proces już się rozpoczął. Bronisz się jednak nad wyraz skutecznie. Może, dlatego, że jesteś starszy. Spójrz w lustro - doktor podał Koptowowi niewielkie zwierciadło.

- Psia mać. To niemożliwe - twarz Szymona nigdy nie należała do najgładszych i najpiękniejszych, jednak w kilka godzin po opuszczeniu wioski jakby przybyło mu dziesięć lat.

- Uratuj nas - stary zaczął narzekać . - Mam, żonę, dzieci. Potrzebują mnie.

- Biedaku. Nawet gdybyś przeżył, nie wrócisz już do swojego czasu. Nigdzie już nie wrócisz.

- A gdybym z powrotem znalazł się w wiosce Skopców?

- Efekt zatrzymałby się. Jednak to zupełnie niemożliwe - zawyrokował doktor.

- Dlaczego?

- Jesteście zbyt niebezpieczni, abyśmy mogli puścić was wolno. Zawsze możemy was jeszcze oddać Skopcom - zażartował.

- A co, jak opracujesz lekarstwo? Dacie je mieszkańcom wioski?

- Oszalałeś? Mielibyśmy wypuścić tą dzicz do społeczeństwa? Są pożyteczni tam gdzie są. Zresztą zawarliśmy z nimi układ.

- Jaki znowu układ?

- Dostarczamy im żywność, broń.

- Urządzenia generujące prąd?

- Paralizatory. To w naszych czasach przeżytek, jednak dla nich są w zupełności wystarczające, na wypadek pojawienia się nieproszonych gości z innego wymiaru.

- A co wy macie w zamian?

- Pomagają nam wysyłać zmieniaczy.

- Zmieniaczy? Nie rozumiem - dociekał Szymon zastanawiając się czy ciemna postać, która obiecała mu pomóc, pojawi się w odpowiednim czasie zanim nie będzie za późno. Pytanie tylko czy dla Oskara już nie było za późno?

- Gdyby ktokolwiek dowiedział się, że mówię tu takie rzeczy… Nawet komuś, kto zabierze tę tajemnicę do grobu… Pewnie czekałaby mnie surowa kara za zdradę stanu - kontynuował Zajdel, emocjonując się wypowiadanymi słowami. - Czy wierzycie w komunistyczne władze, które doprowadzą wasz kraj Rosję… przepraszam Związek Radziecki do światowego prymatu i świetlanej przyszłości?

- Ja prawdę mówiąc wcale. Widzę, do czego to wszystko prowadzi - podsumował Szymon. Jednak ten młokos - spojrzał na starca - przepraszam Oskar zapewne wierzy w komunistyczne ideały.

- No właśnie. Żaden komunistyczny kraj nie jest w stanie wspiąć się tak wysoko, jak jest teraz Rosja.

- Rosja?

- Tak moi mili. Nie ma Związku Radzieckiego. Jest wszechpotężna matka Rassija. Najpotężniejszy kraj na świecie.

- Nie przesadzajmy. Po wojnie zyskaliśmy pewne wpływy, ale nie aż tak – Szymon wiercił się na krześle.

- Przez ostatnie kilkadziesiąt lat staliśmy się potentatem gospodarczym, militarnym i politycznym. Wszyscy drżą przed Rosją i jej prezydentem Władimirem Dupinem.

- Kim?

- Władimirem Dupinem... Stalin… też nie brzmiało najlepiej - zająkał się Zajdel.

- Jakim cudem Związek Radziecki, to znaczy Rosja stała się tak potężna?

- Dalej niczego nie kojarzycie?

Szymon milczał. Nie należał do najbystrzejszych ludzi na ziemi, ale powiązanie podstawowych faktów i wysnucie z nich wniosków nie sprawiało mu najmniejszych problemów. - Wioska Skopców? Zmieniacze?

- Zgadłeś mój drogi. Czy sądziłeś, że przepuścimy taką okazję?

- Czy… czy… zmieniacie czas? Ale jak?

- Bardzo prosto. Wysyłamy żołnierzy z misjami w rok 1947. Zmieniamy tamtą rzeczywistość w taki sposób, aby dziś mieć z tego korzyść.

- Dyrektor Państwowego Zakładu Geodezyjnego?

- Na przykład. Nie martwcie się, po prostu zmienił zawód pod wpływem pewnego listu, który odnalazł przypadkiem w szafce w pokoju w akademiku na pierwszym roku studiów.

- Przecież to niemożliwe?

- Bylibyście zaskoczeni, jak łatwo zmienia się teraźniejszość manipulując przeszłością.

- A co ze zmieniaczami? Czy nie podlegają efektowi starości?

- Podlegają.

- I nie protestują? Przecież skazujecie ich na śmierć.

- Niczego nie wiedzą. To prości ludzie, chcący zdobyć pieniądze lub chwałę. Mieć swoje pięć minut.

- Zdarza się, że z powodu efektu starości nie wypełniają swojej misji?

- Nagminnie. W zasadzie w tym tkwi największy problem. Mają maksymalnie kilka dni na wypełnienie zadania. Jednak często widząc, co dzieje się z ich ciałami wracają do wioski Skopców prosząc o litość i powrót do domu.

- Co się z nimi wtedy dzieje?

- A bo ja wiem. Skopcy mają swoje rytuały. To barbarzyńcy.

- Plac krzyży. Tam wieszają zagubionych zmieniaczy... To nieludzkie - zamyślił się Koptow.

- Wielkość wymaga poświęceń mój drogi. Ty także poświęcasz się dla dobra nauki. Czy możesz sobie wyobrazić, co stanie się jak wynajdę lekarstwo?

- Nieśmiertelność?

- Znacznie więcej. Władza absolutna i nieśmiertelność. Czy można chcieć czegoś więcej?

- A co ze Skopcami?

- A kto by się nimi przejmował. Póki, co są niewolnikami własnej ziemi. Skazani na nieśmiertelność. Bycie w tym samym miejscu przez wszystkie czasy. Z tym maniakiem Zacharym Zajcewem. Czy sądzisz, że Skopcy są z nim dla jakichś wyższych celów, idei? Wiele razy po wczesnym załamaniu czasowym uciekają poza wioskę, wybierając śmierć. Oni nie mają innego wyjścia. Zachary jest chorym psychicznie człowiekiem marzącym o wielkości i niebie na ziemi. To ich własne piekiełko. Sami je sobie stworzyli.

- Tak zmarła moja mama…uciekła z wioski - wystękał Oskar wsłuchujący się ze zdumieniem w opowieść Zajdla.

- To wszystko nie mieści mi się w głowie. Jak to możliwe? - dopytywał Koptow. - Jak udało wam się przez tyle lat utrzymać to w tajemnicy?

- Wbrew pozorom nie było to takie trudne. Wystarczy tabliczka teren wojskowy i niewypały a żywa dusza nie odważy się postawić tam stopy.

- A co ze zwiadem lotniczym?

- Teren parku krajobrazowego. Pojazdom latającym wstęp wzbroniony. Poza tym na całym terenie rozpostarte jest coś na kształt tarczy magnetycznej. Rejestruje najmniejszy ruch, ciepło, odgłosy. Nawet zwierzęta się tam nie zapuszczają. Nasi strażnicy pilnują wioski dzień i noc. Nikt się tam nie prześliźnie. Rozumiesz? Nikt.

Nagle ciało Oskara przeszywa dreszcz. Krztusi się i pluje krwią. Miota się w konwulsjach. Śmierć jest o krok. Jakiś organ wewnętrzny musiał nie wytrzymać. Może serce pękło powodując krwotok wewnętrzny. Zajdel nawet nie raczy obejrzeć pacjenta. Szymon krzyczy. Wije się na krześle próbując poluźnić więzy. Każe lekarzowi natychmiast ratować Oskara. Bez efektu.



- Wkraczamy. To najwyższy czas – Dymitr zwrócił się do zgromadzonych na sali. - Ja jadę z ekipą telewizyjną do wioski. Wy jedźcie do szpitala na wiejskiej. Uratujcie tych geodetów. Obiecałem, im pomóc.

- Jasne. Będziemy w kontakcie - zgodził się Safiej.



Nadajemy na żywo z miejsca, w którym rosyjskie władze ukryły ostatni relikt przeszłości. Ludzi zamrożonych w czasie - prezenter gestykulując relacjonuje wydarzenia do trzęsącej się kamery, umiejscowionej na furgonetce jeepa. Kilka pojazdów ekipy telewizyjnej ubezpieczanych przez samochody wojskowe sunie po bezdrożach parku krajobrazowego Goritsy.

Weterani Rosyjskich wojen, czeczeńskiej, tajwańskiej i chińskiej zepchnięci na margines społeczny wynajmowali się do zadań specjalnych. Tworzyli coś w rodzaju kółek myśliwskich, mieli pozwolenia na broń. Tylko określone, wysoko postawione grupy społeczne, które jednocześnie gwarantowały im bezkarność, mogły korzystać z ich usług. Zamaskowane, ubrane w czarne kominiarki oddziały militarne chłopaków tym razem służyły jako ochrona ekipy telewizyjnej.

- Za chwilę znajdziemy się na terenie poligonu, gdzie w gęstwinie drzew znajduje się wioska Skopców, sekty utrzymywanej w ścisłej tajemnicy przez dziesiątki lat przez rząd - krzyczy spiker wskazując ręką na wyłaniający się na horyzoncie las. Trzęsąca się kamera z trudem kadruje obraz. Jadący konwój wojskowych samochodów przemieszany jest z telewizyjnymi wozami transmisyjnymi.

W pewnym momencie spomiędzy drzew wyłania się ogromna lufa. Wojskowy czołg wyjeżdża na leśną drogę zagradzając przejazd ekipie telewizyjnej. Obiektyw kamery obraca się wokół własnej osi. Zewsząd jak okiem sięgnąć pojawiają się warczące monstra. Szykują się do natarcia.

- Oto jak wita nas rosyjski rząd. Nie przerywamy relacji reklamami, abyście Państwo mogli sami zobaczyć, jak władza traktuje dziennikarzy- komentuje spiker. - Chryste, oni do nas strzelają!

Huk armat i ciężkich karabinów tworzą nieustającą kanonadę. - Oni chcą nas pozabijać - wrzeszczy spiker do kamery.

Chłopcy próbując wywiązać się z powierzonego im zadania otwierają ogień. Na nic jednak zdają się ręczne karabiny maszynowe wobec przeważającej siły ciężkiej artylerii przeciwnika. Na domiar złego nad horyzontem pojawiają się helikoptery, które bez żadnego ostrzeżenia odpalają całą wiązkę rakiet typu ziemia-powietrze.

- Chryste, co się tu dzieje - twarz spikera wykrzywia się w przerażającym grymasie. Kamera wszystko filmuje. Nagle obraz nieruchomieje, pojawia się sygnał kontrolny a później twarz prezenterki telewizyjnej.

- Zakończyliśmy ostatni odcinek, serialu telewizyjnego Historie wojen. Zapraszam Państwa do obejrzenia prognozy pogody na najbliższy tydzień.



- Co się tam dzieje? - mężczyzna przechodzący ulicą zagadnął żołnierza.

- Zamknęli teren. Atak bombowy - odpowiedział wojskowy. - Proszę stąd odejść.

- Atak na budynki rządowe? - dopytywał ciekawy przechodzień.

- Terroryści czyhają na każdym kroku. Zapewne usłyszy pan wszystko w telewizji. Proszę stąd odejść. Tu jest niebezpiecznie - rozkazał.

- A dlaczego tamta ekipa reporterów została wpuszczona do środka? - mężczyzna wskazał palcem na samochody z napisem Prawda, stojące naprzeciwko wojskowego szpitala. - Dlaczego tamci żołnierze aresztują tych reporterów?

- Proszę stąd odejść, bo będę musiał pana zastrzelić - żołnierz nie zdążył dokończyć, kiedy mężczyzny zniknął za rogiem.



Zahary Zajcew pod osłoną nocy przemknął niepostrzeżenie do jedynego domu w wiosce Skopców, w którym paliło się światło. Wszedł do środka i zdjął z piersi niewielki krucyfiks. Wetknął go w szczelinę ukrytą w wewnętrznej części kominka. Tylna ścianka uniosła się ze zgrzytem, otwierając niewielkie przejście prowadzące do piwnicy. Zachary z wielkim trudem przecisnął się przez otwór i ostrożnie udał schodami wzdłuż ciasnego dusznego korytarza. W dłoni trzymał latarkę, której wątłe światło pozwalało dostrzec ciągnące się w dół schody. Po chwili dotarł do pomieszczenia pełnego aparatury i dziwnie wyglądających przedmiotów zawieszonych u sufitu. Usiadł za ekranem komputera.

Po niespełna kilku minutach drzwi po prawej stronie pomieszczenia rozsunęły się i pojawił się niewielkiego wzrostu człowieczek.

- Masz to? - Zajcew zwrócił się w kierunku mężczyzny z kozią bródką.

- Tak. Nikt nie widział jak tu przychodzisz? – zdjął płaszcz i poprawił okulary.

- A co jeśli nawet. Mam tu wszystkich w garści. Zbyt długo zresztą na to czekałem.

- Oto on – okularnik podał Zacharemu niewielkie czarne pudełko.

- To wszystko?

- A co byś chciał? Zaraz zobaczysz, jakie ma możliwości. Gdyby tamci wiedzieli, że tu jestem, już bym wisiał na twoim krzyżu.

- Czy jesteś pewien, że to coś potrafi zakrzywiać czas? - dopytywał z niedowierzaniem Zajcew. - Pozwoli nam dowolnie przemieszczać się od 1947 roku aż do dziś?

- Zaraz ci to udowodnię.

Mężczyzna podłącza urządzenie do komputera. Na klawiaturze wpisuje sekwencję liter i cyfr. Chwilę później na stalowej okrągłej ramie podwieszonej u sufitu zaczynają pojawiać się wyładowania elektryczne.

W korytarzu, którym Zachary Zajcew dostał się do tajnego pokoju, kuli się postać w dziwnym czarnym uniformie. Nasłuchuje uważnie. Jest ostrożna. Nie może zdradzić swojej obecności. W głowie układa plan. Plan ocalenia dwojga niewinnych ludzi. Plan ocalenia ludzkości, przed supremacją największej zarazy w historii świata - Rosji.

Marzec – Wrzesień 2008
KOMENTARZE (1) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Wiedźma 16 mar 2009, 21:11
Całość opowiadania całkiem niezła. Mam wrażenie, że gdzieś już czytałam coś bardzo podobnego, ale w gruncie rzeczy tekst dobry.

Copyright © 2004-2017 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 27 kwi 2017, 06:14 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka