Opowiadania

Zamrożeni w czasie - cz. I

Część I

Leningrad - Październik 1941 – Sobota wieczorem

Ubrana w liturgiczne szaty postać kroczyła majestatycznie wzdłuż długiego, obskurnego korytarza. Wlekący się bezwiednie za kapłanem dwaj nadzy mężczyźni oświetlani przygasającymi lampami przeciwlotniczego schronu przypominali zmarłych. Jakby przed chwilą wstali z grobu i przybyli wezwani na ceremonię chrztu ognia. Wystające żebra, przebarwienia na wyschniętej, matowej skórze nie pozostawiały złudzeń, że cierpieli na skrajne niedożywienie. Kilkudziesięciu wybranych stało wzdłuż ścian i obserwowało w skupieniu, jak apostoł podchodzi do dużego drewnianego stołu, zaimprowizowanego w pośpiechu na ołtarz, i bierze w rękę lśniący rytualny nóż z ręcznie inkrustowaną rękojeścią. Świece ustawione na blacie w srebrnych lichtarzach dawały wątłe światło, pozwalające jednak dostrzec krucyfiks oraz oprawione świńską skórą pismo święte otwarte na ewangelii świętego Mateusza.

Drewniane krzesła z wyciętymi w siedzeniach niewielkimi otworami oczekiwały na zbliżających się nagich mężczyzn, którzy pełni pokory i wiary w swojego mistrza modląc się przystanęli za prorokiem.

Zgromadzeni na obrzędzie małej pieczęci członkowie sekty wyglądali przerażająco. Obdarte śmierdzące łachmany, zarośnięte zniszczone twarze, zapadnięte policzki i wybałuszone, nieobecne oczy przedstawiały obraz nędzy i nieopisanego cierpienia.

- Bracia Skopcy. Czy jesteście gotowi na oczyszczenie? – prorok odprawiający ceremoniał zwrócił się w kierunku dwójki siedzących mężczyzn.

- Jesteśmy gotowi – odpowiedzieli.

Kapłan wskazał rękami na krzesła. Nagie postacie posłusznie wykonują jego wolę. Siadają w taki sposób, aby przez otwory w siedzeniach wystawały jądra.

Prorok sięga po nóż. Podchodzi do jednego z mężczyzn. Kładzie rękę na jego głowie. Zwraca się w kierunku zgromadzonych.

- Tych dwóch wiernych dostąpi zaszczytu wybielenia, co zagwarantuje im rangę aniołów w niebie. Ci z was, którzy jeszcze czekają na przyjęcie pieczęci Chrystusa nie powinni dłużej zwlekać.

Następuje chwila ciszy, przerywana dobiegającymi z zewnątrz odgłosami salw armatnich i wystrzałów. - A teraz uklęknijcie i módlcie się – dodaje.

Ludzie obserwują w skupieniu jak kapłan o twarzy diabła przyklęka obok siedzącej na krześle nagiej postaci. Jednym precyzyjnym cięciem ostrego noża odcina jądra. Wstaje, podchodzi do drugiego mężczyzny i pozbawia go części ciała produkującej testosteron.

Przyjmujący chrzest padają zemdleni na podłogę. Natychmiast zabierają ich kobiety. Opatrują krwawiące rany. Przemywają wodą.

Kapłan wznosi ręce do góry. Na twarzy rysuje się upiorny uśmiech.



Rok 1957

Wołga z trudem przedzierała się przez wąską leśną drogę ciągnąc za sobą długi ogon czarnego dymu wylatującego z rury wydechowej. Przy każdym podjeździe silnik rzęził tak donośnie, jakby miał się rozpaść na tysiące kawałków.

Kierujący samochodem Szymon Koptow przeklinał swojego pracodawcę, który nie dość, że wyciągnął go zza biurka i wysłał na jakieś zadupie, to jeszcze przydzielił pod opiekę nowego pracownika Państwowego Zakładu Geodezyjnego dwudziestopięcioletniego Oskara Wadima.

- Szlag mnie trafi. Dalej nie pojedziemy – Szymon zakończył monolog, który prowadził od dobrych kilkunastu minut.

- Nie pojedziemy – zgodził się Oskar.

Młody, ambitny Wadim ukończył z wyróżnieniem Państwową Wyższą Szkołę Geodezji w Leningradzie i w pierwszym miesiącu pracy dostał zadanie, o którym jego koledzy ze studiów mogliby tylko pomarzyć. Jeszcze świeżo w pamięci miał wizję, jaką roztoczył przed nim dyrektor PZG.

„Chcąc uczcić piątą rocznicę śmierci Stalina, która przypada w przyszłym roku wybudujemy drogę łączącą Leningrad z Goritsy. Sto kilometrów w rekordowym tempie dwunastu miesięcy. Czy moglibyśmy złożyć lepszy hołd największemu mężowi Rosyjskiego narodu?”

Największym problemem w osiągnięciu tego celu, był dla Oskara człowiek siedzący za kierownicą i narzekający na wszystko.

- Psa z kulawą nogą bym tu nie wysłał. Rok przed emeryturą i takie coś. Nowe ambitne zadanie, jego mać – psioczył stary. – Toż w lesie nie buduje się dróg.

- Bierzmy sprzęt i chodźmy. To tylko przejściowe trudności – skwitował Oskar.



Kwiecień 1942 – kolejny miesiąc niemieckiego oblężenia Leningradu.

- Mistrzu, ratuj nas – odezwał się mężczyzna otulony zgniłym, śmierdzącym kocem, w którym aż roiło się od robactwa.

- Musicie być silni moi bracia Skopcy – wychudzona postać kapłana i apostoła Zacharego Zajcewa zupełnie nie przypominała dawnego przywódcy sekty.

- Jak mamy być silni? Wczoraj z rodziną zjedliśmy psa, wiernego towarzysza, który był z nami od wielu lat. Jak długo mamy cierpieć? Wymyśl coś, inaczej zginiemy – błagał starszy mężczyzna.

- Konie już się skończyły. Ptaki, koty i szczury również. W tym mieście nie ma już nic do zjedzenia – wtrąciła bezzębna kobieta. - Nawet trawa i skórzane ubrania zostały zjedzone. Trupy leżą na ulicach i gniją, nikt nie ma siły ich zabrać. Wokół miasta tysiące Niemców. Co mamy robić?

- Zapytam Chrystusa o dalszą drogę. Pozwólcie mi oddać się medytacji i modlitwie w mojej pustelni. – Zachary opuścił piwnicę kamienicy, aby udać się do jednego z mieszkań na piętrze. Odprowadzały go pełne nadziei spojrzenia zgromadzonych, którzy nie przypominali już ludzi, tylko wygłodniałe zwierzęta pragnące zaspokoić głód. W obliczu głodu kontrolę nad człowiekiem przejmuje krwiożercza bestia zwana instynktem. Mózg wypełnia tylko jedna natarczywa myśl - przetrwać za wszelką cenę.

Jakże blisko nam do zwierząt, od których tak bardzo się dystansujemy. Podkreślamy, że jesteśmy cywilizowani, mamy moralność, etykę i religię, a brutalne prawo silniejszego zastąpiliśmy kodeksem prawnym.

Dajcie głodnemu paragraf - niech się naje.



Rok 1957 – teren Parku Krajobrazowego Goritsy - ZSRR

Dwóch geodetów przedzierało się przez gęsty las przystając co chwilę, aby wykonać niezbędne pomiary. Przodem szedł Oskar Wadim niosący długą listwę, z misternie wyrytą centymetrową miarką. Nieco z tyłu człapała tęga postać Szymona Koptowa niosąca notes i tachimetr geodezyjny na statywie. Zatrzymywali się by robić notatki. Wysłużona busola starego pozwalała ustalić azymut i zorientować w terenie. Nie rozmawiali zbyt dużo, zresztą niespecjalnie mieli o czym. Dzieliła ich granica wieku i mentalności, którą ciężko było pokonać.

- Już widzę, jak za rok pojawi się tutaj droga. To będzie wyczyn godny kanału Białoborsko - Bałtyckiego. Możesz w to uwierzyć, że przy użyciu prostych narzędzi budowniczowie wykuli w trakcie jego budowy 37 kilometrów w skalnym podłożu. Uczyłem się o tym na studiach, niesamowite – zachwycał się Oskar.

- Mhhhmmm – Szymon wydał dźwięk dezaprobaty. Zginęło przy tym sto tysięcy niewinnych więźniów Gułagu, a kanał miał trzy i pół metra głębokości – pomyślał. Mimo swojej buty Szymon doskonale wiedział, kiedy należy trzymać język za zębami. Czasy nie pozwalały na jawne wygłaszanie swoich poglądów.

- Znowu coś nie tak? – Oskar z podejrzliwością spojrzał na kolegę.

- Ależ, skąd. Ciekawe, dlaczego kanał jest nieczynny i nigdy nie przepłynął nim żaden statek?

Na to pytanie jednak nie padła odpowiedź. Młody pracownik PZG, wskazał Koptowowi ręką, aby ten pozostał na miejscu, sam zaś udał się do odległego o kilkadziesiąt metrów kolejnego punktu pomiaru.

Szymon oparł się na statywie przyrządu mierniczego, patrząc mętnym wzrokiem na oddalającą się postać kolegi. Zobaczył jak nieuważny młodzieniec wywraca się na prostej drodze, zahaczając ręką o wystający z ziemi pień. Dureń – pomyślał Koptow obserwując Oskara oblizującego zadrapanie na ręce.

Nagle stary przeciera oczy ze zdumienia, ponieważ dobrze widoczna sylwetka Wadima zaczyna nagle zanikać, by po chwili zupełnie rozpłynąć się w powietrzu. Szczypie się w policzek i jeszcze raz spogląda przed siebie.



Zebrani w piwnicy wierni wyczekiwali z niecierpliwością na przyjście mistrza, który miał im ogłosić dobrą nowinę przekazaną poprzedniej nocy przez Chrystusa. W wyczerpanych i wychudzonych postaciach, zaczęła odżywać nadzieja.

Wreszcie pojawia się jakby odmieniony Zahary Zajcew. Niezwykła twarz, która kiedyś przyciągała i hipnotyzowała wiernych odzyskuje dawny blask. To może oznaczać tylko jedno. Są uratowani. Nie grozi im głodowa śmierć. Może nawet wydostaną się z niemieckiego oblężenia.

Jednak to, co słyszą przerasta ich najgorsze sny.

- Zbierzcie się wszyscy – woła prorok - mam wam do powiedzenia coś niezwykle ważnego.

- Uratujesz nas? – dopytują wierni.

- Chrystus chce nas poddać próbie. Najtrudniejszej z możliwych – z trwogą w głosie rozpoczyna Zajcew. – W zamian wyzwoli nas nie tylko od głodu i niemieckiego oblężenia, ale obiecuje nam wieczne życie.

- Powiedz mistrzu, co to za próba?

- Musimy zabić nasze dzieci. Będziemy się nimi żywić. Dzięki temu przeżyjemy i złożymy ofiarę Panu.



Rosja – czasy współczesne

Leśną drogą pod osłoną nocy poruszał się niewielki Mercedes produkcji radzieckiej. Dymitr Kozłowski, dziennikarz miesięcznika Prawda, zbliżał się do miejsca, gdzie samochód nie mógł już dalej jechać bez ryzyka, że zostanie dostrzeżony przez strażników pilnujących poligonu. Ukrył pojazd w krzakach i otworzył bagażnik. Widok skórzanej walizki znajdującej się wewnątrz spowodował, że na twarzy pojawił się uśmiech, a w pamięci wspomnienie zeszłotygodniowej rozmowy z przyjacielem.

- Mam dla ciebie coś, co pozwoli ci przedrzeć się niepostrzeżenie w pobliże wioski – stwierdził Sasza.

- Kolejny wynalazek? Znowu powygina mi ręce?

- Mówię poważnie – zirytował się Sasza.

– Pokaż to cudo – Dymitr rozsiadł się wygodnie w fotelu.

Przyjaciel wyciągnął kombinezon, przypominający nieco ubranie dla płetwonurków, jednak jego powierzchnia wykonana była z dużo delikatniejszego i lżejszego materiału.

- Ubierz.

Kozłowski wykonał polecenie. Przylegający do ciała ubiór, posiadał nawet buty, rękawiczki i kaptur opinający głowę.

- I co to ma być? Strój dla amatorów lateksu?

- Włóż jeszcze to - Sasza wręczył Kozłowskiemu okulary przeciwsłoneczne.

- Noktowizor?

- Nie tylko, w prawym zauszniku masz przełącznik.

- Dobre – oczy Kozłowskiego rozbłysły w zachwycie – podczerwień, ultrafiolet. Czy to cudeńko potrafi coś jeszcze?

- Spójrz na swoją rękę.

- O ja pieprzę.

- Zaniemówiłeś? Ten strój to czapka niewidka. W nocy jesteś niewidoczny. Muszę jeszcze popracować trochę nad fasonem ubranka – Sasza otworzył butelkę Stolicznej.

Dymitr przykrył samochód gałęziami i ubrany w kombinezon zanurzył się w ciemność lasu. W ręce niósł niewielki przedmiot przypominający wykrywacz metalu. Kątem oka dzięki noktowizyjnemu widzeniu dostrzegł wbity w ziemię znak „Teren wojskowy. Wstęp grozi śmiercią”. Uśmiechnął się tylko i nie zważając na ostrzeżenia zanurkował w gęstwinę drzew.



Zagubiony Szymon Koptow lustrował miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał kolega z pracy. Gdzie też psia mać mógł się podziać ten dzieciak? – zastanawiał się stary. Skrobiąc się po głowie spoglądał na ziemię w poszukiwaniu wilczego dołu lub zapadni, do której mógł wpaść Oskar. Niczego nie znalazł, jednak jego uwagę przykuło dziwne zjawisko. W głębokiej trawie idący człowiek pozostawia ślady stóp, których nie sposób nie zauważyć. Jednak śladów Oskara Szymon nie mógł się dopatrzyć. Czy to możliwe, że nieświadomie oboje stawiali nogi dokładnie w tych samych miejscach? Na odcinku kilkunastu metrów, wydawało się to mało prawdopodobne.

Nagle spomiędzy drzew Szymon dostrzegł światło i polanę znajdującą się pośrodku lasu.



Maj 1942

Ubrana w czarną chustę kobieta skrzętnie pakuje ostatnie okruchy chleba i nadpsutego mięsa do małego woreczka, zastanawiając się nad słusznością podjętej właśnie decyzji.

- Chcę zostać z tobą – płacze dziewięcioletni chłopiec, wtulając się w sukienkę matki.

- Nie możesz, słyszysz. Musisz iść, jeśli chcesz żyć – przekonuje malca.

Wręcza mu niewielki pakunek z jedzeniem i wypycha na zewnątrz. – Uciekaj, zapomnij o mnie. Musisz żyć, słyszysz?

- Mamo, czy nie mówiłaś, że prorok nas ocali, że będziemy razem – kwili spoglądając na zamykające się drzwi.

- Uciekaj stąd, słyszysz Oskar, uciekaj.



Poirytowany rozmową z Szymonem Koptowem Wadim szedł do oddalonego o kilkadziesiąt metrów miejsca, idealnie nadającego się do kolejnych pomiarów. Kątem oka widział jak stary, opierając się na tachimetrze geodezyjnym, mamrocze coś pod nosem.

Oskar przeszedł kilkanaście kroków i znieruchomiał. Drzewa zaczynają się poruszać. Świat wiruje. Błędnik szaleje. Nogi odmawiają posłuszeństwa. Zdezorientowany nie utrzymuje równowagi. Spada na wystający z ziemi pień. Próbuje zamortyzować upadek rękoma. Czuje przeszywający ból dłoni. Na szczęście kończy się tylko na zadrapaniu. Jednak najgorsze dopiero przed nim. Kręcący się las zaczyna zamieniać się w zionącą czarną pustką przestrzeń. Zastanawia się, czy to oczy płatają mu figla, czy po prostu traci przytomność. Ogarnia go ciemność. Nie mdleje. Czuje, że stoi na nogach. Jest świadom własnego ciała. Tylko, dlaczego wokół znajduje się bezkresna nicość?

Oskar był już bliski szaleństwa, kiedy wszystko zaczęło wracać do normy a otaczająca go zieleń, krzewy, trawa a nawet niebo pojawiły się dokładnie tam, gdzie widział je wcześniej. Odwrócił się w poszukiwaniu Szymona i struchlał z przerażenia. Oddech zastygł w piersi a ciało przeszył zimnym dreszcz. Przed nim jakby spod ziemi wyrósł masywny kilkumetrowy, posępny mur.

Czy ja zwariowałem? – myśli kołatały się po głowie Oskara.

Ściana wyglądała tak, jakby stała tu od wieków. Ogromne kamienne bloki połączone grubymi warstwami betonu przesłaniały niebo, przytłaczały i jednocześnie budziły respekt. Oskar rozejrzał się i zauważył, że mur rozciąga się wokół całego terenu. Na nieszczęście Wadim znajdował się wewnątrz, uwięziony w pułapce i bez drogi powrotu.

Gdzie ja jestem? Co się tu dzieje? – zastanawiał się Oskar.

Odwrócił się nerwowo i dostrzegł niewyraźne zarysy domów majaczące pomiędzy drzewami.



Szymon Koptow przedarł się przez gęstwinę lasu i wyszedł na sporej wielkości polanę, na której ujrzał widok przynoszący skojarzenie z biblijną historią śmierci Jezusa Chrystusa. Kilka wysokich drewnianych krzyży powbijanych w ziemię, złowrogo kontrastowało z rozsianymi na powierzchni kilkuset metrów domami krytymi strzechą. Nieco dalej widniał zbudowany z cegieł kościółek.

Szymon podszedł do krzyża i palcem przejechał po nieheblowanej drewnianej powierzchni. W połowie wysokości pionowej belki zauważył niewielką brunatną plamę. Oblizał kciuk zastanawiając się czy to krew. Instynkt podpowiadał mu, że w tym miejscu wydarzyło się coś złego. Rozejrzał się dookoła. W całej wiosce, nie było ani żywej duszy. Dopiero po chwili usłyszał donośny męski głos dobiegający z kościoła.

- Bracia Skopcy. Podziękujmy Panu za cud, którego co dzień jesteśmy świadkami.

W odpowiedzi rozległy się ludzkie głosy śpiewające religijną pieśń pochwalną.

Trafiłem na jakieś nabożeństwo – pomyślał Koptow. Powinienem zapytać tych ludzi o Oskara. Nie lubię młokosa, ale to, że gdzieś wyparował, psia mać, jest co najmniej niepokojące – stary skierował swe kroki w kierunku kościoła.

Nagle poczuł w kręgosłupie przeszywający ból. Wszystkie nerwy i mięśnie jakby w jednej chwili chciały eksplodować. Usłyszał trzask wyładowań elektrycznych i osunął się na ziemię. Pół świadomy zobaczył nad sobą dwie osoby, ubrane w staromodne stroje. Jedna z nich trzymała w ręku urządzenie, generujące coś w rodzaju niewielkich piorunów, które wijąc się i migocząc wytwarzały dziwny dźwięk.

- Czy to zmieniacz? – zapytała jedna z postaci.

- Nie sądzę. Pewnie znowu jakiś przybłęda, jak ten wczoraj. Wsadźcie go do piwnicy z tym drugim– odpowiedział mężczyzna z niezwykłym przedmiotem.

To były ostatnie słowa, jakie usłyszał Szymon zanim stracił przytomność.



Poruszając się niczym kot, Dymitr Kozłowski kroczył niewielką leśną ścieżką, uważając przy każdym kroku, aby przez przypadek nie zdradzić swojej obecności. Niewidoczny dla czujników podczerwieni, niewyczuwalny dla psów pilnujących terenu poligonu, zbliżał się do miejsca, którego obawiał się najbardziej.

Możliwości, jakie dawało mu ubranie, na niewiele zdawały się w obliczu pola minowego, które jak twierdził Sasza, rozciągało się na pasie kilkunastu metrów oddzielającym las od ogromnego muru chroniącego wioskę. Lata spędzone w wojsku, jeszcze zanim Dymitr został dziennikarzem Prawdy, pozwalały zachować względny spokój w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Nie z takich akcji w końcu wychodził cało. Jednak rola sapera przyprawiała go o mrowienie w okolicach żołądka.

Kozłowski słyszy kroki. Instynktownie pada na ziemię. Zamiera w bezruchu. Przy murze, jakby na niedzielnym spacerze idzie wartownik z psem.

Zobaczymy jak sprawdzi się ubranko Saszy – myśli Dymitr. Przylega mocniej do podłoża. Kilkanaście metrów dzielące go od strażnika wydaje się bezpieczną odległością, jednak w obliczu psiego nosa bezpieczna odległość nie istnieje. Ćwiczone zwierze potrafi z kilku kilometrów wyczuć każdy obcy zapach.

Wilczur zatrzymuje się na chwilę i podnosi łeb. Znalazł trop. Zaszczekał. Strażnik wyposażony w noktowizor skanuje teren. No to po mnie – stwierdza leżący w trawie dziennikarz.

Kilka kroków przed Dymitrem jakby z podziemi wyłania się sarna. Zapewne leżała w trawie, jednak czując nadchodzące zagrożenie spłoszyła się. Mimo, że jest to teren parku krajobrazowego, zwierzęta niechętnie się tu zapuszczają. Potrafią wyczuć zapach ludzi, psów i materiałów wybuchowych rozmieszczonych wokół muru. Ta sarenka na szczęście dla Dymitra musiała się gdzieś zagubić. Wybiegła przed siebie uciekając w las. W tym stroju w nocy mógłbym łapać dziką zwierzynę gołymi rękami – pomyślał Kozłowski. Nie wyczuwają mojego zapachu ani mnie nie widzą. Ubranie spełniło swoją rolę.

Pies wyszczerzył zęby i już rzuciłby się pogoń za sarną, gdyby nie smycz ograniczająca jego wolność.

- Siad Sara – wartownik wydaje rozkaz – to tylko jakieś cholerne zwierze.

Dymitr z uczuciem ulgi unosi głowę znad ziemi i odprowadza wzrokiem strażnika.

Leżąc na trawie przypomina sobie rozmowę, jaką niedawno przeprowadził z Saszą.

- Przeszukując archiwa Państwowej Agencji Wywiadowczej, znalazłem coś ciekawego –pracownik tajnych służb nalał Dymitrowi kieliszek Stolicznej.

- Znowu temat, na artykuł roku?.

- Tym razem, to coś naprawdę dużego – Sasza spoważniał.

- Pokaż, co tam masz.

- Znalazłem kawałek ziemi na terenie parku krajobrazowego Goritsy – zaczął Sasza przepijając pomarańczowym sokiem wypitą setkę wódki.

- Gratulacje! Każde zboczenie jest oryginalnością. Rozumiem, że proponujesz mi kupno? Tanio, chociaż?

- Poczekaj ze złośliwymi uwagami. Cała okolica jest pilnie strzeżona przez wojsko.

- Może to jakiś poligon, albo baza wojskowa. Pilnują wyrzutni rakiet, lub jakiegoś innego cholerstwa. Pełno tego w całym kraju. Co w tym dziwnego?

- Przeszukując archiwa, znalazłem informację, że na terenie parku mieszają tzw. Skopcy.

- Mów dalej, robi się ciekawie – zachęcał Dymitr nalewając kolejną porcję trunku.

- Skopcy to założona w 1771 przez niejakiego Kondratija Seliwanowa sekta.

- Rozumiem, że Amerykanie mają w rezerwatach Indian, a my mamy tych no eeeeee....

- Skopców. Ale nie to jest najciekawsze. Odnalazłem w encyklopedii kilka zdań na ich temat. Bazując na Ewangelii Mateusza doszli oni do wniosku, że grzechem pierworodnym ludzkości jest pożądanie i stosunek seksualny. Jedyną ucieczką przed nim, jest oczyszczenie, nazywane chrztem ognia lub wybieleniem.

- Na czym polega ten chrzest?

- Słuchaj uważnie, teraz będzie najlepsze. Skopcy uznają dwa rytuały oczyszczenia, „małą pieczęć” albo „dużą pieczęć”.

- Przejdź do rzeczy. Co to za rytuały?.

- Podczas „małej pieczęci” ucinają mężczyznom nożem jądra – roześmiał się Sasza.

- O kurwa, a przy „dużej”?

- Ucinają siekierą jądra i członka. Kobietom przypalają sutki, albo wycinają wargi sromowe.

Dymitr milczał. Krążąca w żyłach wódka nie przeszkodziła mu poderwać się na równe nogi – Idę tam. To może być temat warty Pulitzera.

- Nie dasz rady – teren jest nie do przebycia. Chyba, że…- zamyślił się Sasza - chyba, że wypróbujemy mój nowy wynalazek…

Chwilę później oczami wyobraźni zobaczył martwą twarz Saszy. Zabity przez służby specjalne i wyrzucony jak jakieś ścierwo na bocznicę kolejową. Na głowę założyli mu worek, aby umierając z braku powietrza zastanawiał się, czy nadjeżdżający właśnie pociąg przejedzie przez niego, przynosząc ulgę w cierpieniu. Tak działały służby specjalne.

Czy warto, aż tak ryzykować? Czy nagroda Pulitzera jest aż tak cenna? Teraz to jednak nieważne. Liczy się dokończenie rozpoczętego przez Saszę śledztwa. To sprawa honoru. Należy zdemaskować i odkryć sekrety rządu. Za wszelką cenę. Życie przyjaciela nie może pójść na marne.

Za wszystkim kryły się najwyższe władze państwowe. Jaką tajemnicę strzegli? Skoro zabili Saszę - swojego człowieka, specjalistę od najnowszych technologii, nie zawahają się zabić dziennikarzyny z wojskową przeszłością.

Czołgał się powoli badając wnikliwie teren przed sobą. Niósł urządzenie przypominające wyglądem wykrywacz metalu, które po napotkaniu substancji wybuchowej delikatnie wibrowało. Dymitr obawiał się, że nie poczuje sygnałów generowanych przez aparat, dlatego wcześniej sporo ćwiczył. Jednak próby na sucho są niczym w obliczu prawdziwego zagrożenia. Mina w najlepszym przypadku oderwie mu nogę, albo rękę. W gorszym - zabije. Niewykluczone, że zanim umrze przez wiele godzin będzie się męczył w niewyobrażalnych bólach, skamląc i prosząc Boga o wybawienie - szybką śmierć.

Złe myśli uleciały. Kozłowski wyczuł, że przyrząd delikatnie wibruje. Mężczyzna nieruchomieje. Kropla potu pojawia się na czole. Przylega do wnętrza ciasnego ubrania. Dłonie zaczynają drżeć.

Niespodziewanie, do głowy przychodzi wspomnienie wyprawy do wielkiej biblioteki narodowej, którą odbył kilka dni temu, jeszcze przed śmiercią Saszy.

- Chciałbym przejrzeć prasę. Na początku Prawdę ukazującą się w XX wieku – poprosił Dymitr elektronicznego bibliotekarza.

- Komputer 247 pokój 15 – wskazał automat.

Dymitr nie znosił całej tej elektroniki. Od czasu, kiedy gospodarka rosyjska przerzuciła się na nowoczesne technologie, na każdym kroku pojawiały się maszyny zastępujące ludzi w tradycyjnych zawodach. Jak tak dalej pójdzie, również dziennikarze staną się niepotrzebni. Komputer stworzy artykuł o dowolnych zadanych przez operatora cechach.

Usiadł w pokoju numer 15 i rozpoczął zdawkowe przerzucanie zeskanowanych do postaci elektronicznej artykułów prasowych.

Przeglądając gazety od początku wieku, aż do końca lat dziewięćdziesiątych doszedł do wniosku, że potęga Rosji zbudowana została z nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności, które przytrafiały się nad wyraz często i w sytuacjach najbardziej dla niej odpowiednich. Gospodarki Amerykańska i Europejska zostały całkowicie zdominowane i podporządkowane gospodarce Rosyjskiej. Liczyła się tylko Moskiewska Giełda, której najmniejsze zawahanie od razu odbijało się szerokim echem na całym świecie. Rosja zawsze i we wszystkim miała ostatnie zdanie i praktycznie nic nie działo się bez jej zgody. Do tej pory Dymitr nie zastanawiał się nad tym głębiej, po prostu przyjmował historię do wiadomości. Było w tym jednak coś frapującego.

Przeszukiwał gazety pod kątem dwóch haseł „Skopcy” oraz „Park Krajobrazowy Goritsy”. Obok propagandowych materiałów nie znalazł jednak niczego ciekawego.

Spędził przed monitorem jeszcze dobrą godzinę, zanim przypadkowo natrafił na artykuł o niemieckim oblężeniu Leningradu w 1941 roku.

„Wojska Związku Radzieckiego, 18 stycznia 1944 wyparły Niemców z Leningradu. Na skutek braku pożywienia, chorób i niemieckich kul zginęło tam ponad milion cywilów. Wkraczających żołnierzy przywitały ludzkie szkielety, snujące się w poszukiwaniu jedzenia. Jednak nie wszyscy byli wycieńczeni. Charyzmatyczny przywódca sekty Skopców Zachary Zajcew utrzymał przy życiu niemal wszystkich swoich wiernych. Co więcej podczas trzyletniego oblężenia miasta, liczba członków sekty zwiększyła się niemal trzykrotnie. Jak na tak skrajne warunki, Skopcy wyglądali nad wyraz dobrze. Prorok i kapłan nie dosyć, że cudem uchronił swych ludzi przed głodową śmiercią, to tuż po wyzwoleniu Leningradu wyprowadził ich do ziemi obiecanej. Sam Zajcew twierdzi, że wszystko to zasługa Chrystusa, który ukazał mu się we śnie. Jak udała mu się ta sztuka? Pytanie na razie pozostaje bez odpowiedzi”

Dymitr zapamiętał jeszcze elektryzujące zdjęcie przywódcy sekty, znajdujące się w nagłówku artykułu.

Mimo drżenia rąk, Kozłowski nie ma żadnej wątpliwości - wykrywacz wibruje. Mężczyzna spokojnie, bez niepotrzebnych gwałtownych ruchów omija niebezpieczne miejsce. Urządzenie milknie. Uczucie ulgi spływa po ciele. Bez większych przeszkód pokonuje drogę dzielącą go od muru. Przełącza okulary w tryby ultrafioletu. Skanuje dokładnie całą okolicę. Panująca dookoła cisza wywołuje uśmiech na twarzy.

Dymitr aktywował dodatkową cechę uniformu i niczym człowiek pająk wspiął się na mur. Ubranie skonstruowane przez Saszę sprawiało się bez zarzutu. Z łatwością pokonał kilka metrów dzielące go od szczytu. Nie chcąc ryzykować zauważenia, szybko zsunął się na drugą stronę ściany, pozostawiając na górze wykrywacz. Zdawał sobie sprawę z tego, że najgorsze dopiero przed nim. Jaką tajemnicę kryje przeklęta wioska Skopców? Dlaczego jest tak pilnie strzeżona? Na te pytania miał nadzieję już wkrótce uzyskać odpowiedź.



Ledwie żywy Szymon Koptow przewrócił się na drugi bok. Bolała go każda, nawet najmniejsza część ciała. Prąd, który przepłynął przez mięśnie spowodował okropne zakwasy. Z niemałym wysiłkiem usiadł. Rozglądnął się po ciemnym pomieszczeniu. Na wysokości sufitu widniał lufcik, przez który wpadało blade księżycowe światło. Przed Szymonem jakby przez mgłę, wyłonił się niewyraźny zarys postaci.

- Kto tam? - wystękał z trudem.

- To ja, Oskar.

- Jesteś cały?

- Tak. A ty?

- Porazili mnie prądem... wszystko mnie boli... psia mać… Gdzie się podziałeś? Kim są ci ludzie?

-Kiedy byliśmy razem. Pamiętasz? Prawie usnąłeś na tachimetrze.

- Ehm.

- Poczułem, jak ziemia ucieka mi spod nóg.

- Zniknąłeś mi z oczu.

- Widziałeś, tam był pień… wystający… Upadłem na niego.

- Pamiętam.

- Zraniłem się w rękę.

- Pomyślałem, nawet, żeś cholerna fajtłapa.

- Spójrz - Oskar wyciągnął przed siebie dłoń - ani śladu rany. Powiedz mi do jasnej cholery, czy ja oszalałem?

- Uspokój się… Ja też nie mogę się w tym połapać. Ustalmy fakty… Rozpłynąłeś się nagle w powietrzu. Szukałem cię. Potem dotarłem do wioski. Ktoś mnie zaatakował. Straciłem przytomność. Dalej nic nie pamiętam, jego mać… To wszystko jest jakieś popieprzone…

- Posłuchaj mnie – przerwał Oskar. Czy idąc w kierunku wioski zauważyłeś ścianę otaczającą teren?

- Porąbało cię? Jaką ścianę?

- Po tym jak zniknąłem, no wiesz… Zaraz za mną pojawił się wielki mur. Boże, to było straszne. Cholera, o co chodzi? Przecież mury nie wyrastają spod ziemi. Musiałem się gdzieś przemieścić. Przecież to nie ma sensu…, chyba że postradałem zmysły – Oskar usiadł pod ścianą. - Poszedłem w kierunku polany – kontynuował zrezygnowany – wypatrzyłem ją pomiędzy drzewami. Spotkałem dziwnie ubranych ludzi. Na początku, nawet byli dla mnie mili. Pytali, o jakąś misję, władzę, czy jakoś tak. Cholera nie zrozumiałem, ani słowa z tego, co mówili.

- Zapytali cię, czy jesteś zmieniaczem?

- O właśnie... To było jedno z tych pytań. Później było coraz gorzej. Nie potrafiłem odpowiedzieć na te wszystkie pytania... Skrępowali mnie i wrzucili do lochu. Zauważyłem tylko, że to piwnica jednego z domów, takiego obok kościoła.

- Poczekaj, niech zbiorę myśli. Jak możemy się stąd wydostać?

- Siedziałem tu jak ten kołek i próbowałem znaleźć wyjście. Strasznie się bałem. Potem wrzucili ciebie. Myślałem, że nie żyjesz. Szymon… Boże… Jezu… co mamy zrobić?

- Uspokój się. Daj pomyśleć.

- Jest właz. Jednak zabarykadowany. Próbowałem otworzyć. Bez szans. Jest też okno -zakratowane. Szymon?

- Słucham?

- Boję się - z trwogą w głosie wyznał Oskar.

- Chodź tu... Nie martw się. Stary Koptow wyprowadzi cię z tego. Nie z takiego łajna wychodziłem podczas wojny.



Pod osłoną nocy w księżycowym świetle przemykała ciemna postać, ostrożnie zbliżając się do ogarniętej snem wioski Skopców. Wczołgała się do niewielkiego leja w ziemi, który dawał schronienie a jednocześnie pozwalał na względnie dobrą obserwację całego terenu. Okulary - wynalazek Saszy – kryły w sobie kolejne niespodzianki. Oprócz możliwości postrzegania w całym widmie częstotliwości, pozwalały na wykonanie kilku zdjęć wysokiej rozdzielczości. Dymitr nie był zawodowym fotografem, jednak udało mu się odpowiednio skadrować w jednym ujęciu krzyże, kościół i kilka krytych strzechą domów.

Zauszniki okularów posiadały również czuły mikrofon, dzięki któremu mógł usłyszeć wszelkie nawet najcichsze odgłosy z obszaru kilkunastu metrów. Kozłowski przystanął i wsłuchał się w noc, aby wyłowić rozmowę dobiegającą z piwnicy jednej z chat.

- Jak długo tu jesteś?

- A bo ja wiem? Po tym jak straciłem przytomność niczego psia mać nie pamiętam.

- Pomyśl chwilę. Ile czasu minęło, od mojego zniknięcia, do momentu, kiedy zostałeś zaatakowany przez tych z dziwną bronią?

- Może godzina, nie więcej.

- Szymon – słychać było wyraźnie wzburzony głos - kiedy wrzucili cię do lochu, ja siedziałem tu już dobre kilkanaście godzin. Mojego żołądka nie da się oszukać. Zegarek można od niego nastawiać. Siedzę tu całą dobę. Szymon, rozumiesz?

Nie ulegało wątpliwości, że ktoś został uwięziony przez Skopców i potrzebuje pomocy. Dymitr spodziewał się zastać w wiosce fanatycznych wyznawców kultu obcinania jąder i wypalania macic, ale nikt nie uprzedził go, że spotka tu uwięzionych ludzi. Przemknął zwinnie do chaty, skąd dobiegały odgłosy i spojrzał w niewielkie piwniczne okienko. Na szczęście wszystko wskazywało na to, że mieszkańcy spali twardym snem.

- Potrzebujecie pomocy? – Kozłowski szepnął w kierunku wnętrza piwnicy.

- Ktoś ty? - odpowiedział czyjś głos.

- Jestem dziennikarzem „Prawdy”. Usłyszałem waszą rozmowę.

- Ratuj nas … - skamlał Szymon. - Jesteśmy geodetami… Mieszkańcy wioski wtrącili nas do tej nory.

- Spróbuję, jednak to może być niełatwe.

- Kim są ci ludzie? Co to za miejsce? – Wadim podszedł do okna.

- Sądziłem, że wy mi powiecie. Jest dobrze strzeżona. Próbuję, czegoś się dowiedzieć.

- Wysłano nas tu…, Boże dlaczego ja się na to zgodziłem… - wzdychał Koptow – abyśmy, wyznaczyli trasę nowej drogi.

- Drogi? Przecież tego miejsca nawet nie ma na mapie. Jakim cudem udało wam się tutaj w ogóle dostać? Jak przeszliście przez pole minowe, mur, strażników z psami? – pytał zdziwiony Dymitr.

- Więc jednak nie zwariowałem - z radością stwierdził Oskar. - Ty też go widziałeś?

- Miny? Strażnicy? Dostaliśmy się tutaj, bez większych problemów – odpowiedział Koptow. – Żadnego muru zresztą też nie widziałem. O czym wy w ogóle mówicie?

- Nie ważne. Spróbuj nas stąd wydostać. Sprowadzić pomoc. Niedaleko jest nasze auto – przerwał Oskar.

- Może mógłbym zadzwonić – Dymitr zamyślił się. - Tylko, dokąd? Policję pewnie mają w garści. Może do redaktora naczelnego? On ma wszędzie swoje wtyczki.

- Co ty bredzisz. Idź sprowadzić pomoc, zamiast szukać telefonu na tym odludziu. Na południowym wschodzie jest nasza wołga. Powinieneś trafić bez problemu – przekonywał Szymon.

Dymitr nagle zamilkł. Twarz przybrała wyraz, jakby w głowie kłębiły się setki myśli, a mózg przetwarzał informacje próbując wysnuć jakiś wniosek. Coś jednak się nie zgadzało. Brakowało pewnych elementów układanki, które Kozłowski musiał jeszcze sprawdzić. Z letargu wyrwał go hałas zbliżających się kroków. Zignorował odgłosy, ponieważ w głowie zrodziło się pytanie, które musiał natychmiast zadać geodetom.

- Który mamy rok?

- Że, co? – zdziwił się Oskar.

- Jaki jest… ? – zaczął Dymitr, kiedy klapa włazu do piwnicy otworzyła się z hukiem.

- Wychodźcie – dobiegł głos.

Dymitr schował się za ścianę. Dwójka geodetów niemrawo wyszła na górę. Mężczyźni, ubrani w staroświeckie przedwojenne stroje wyprowadzili Szymona i Oskara na plac przed wioskę. Poszturchując ich i popychając, straszyli urządzeniami generującymi prąd.

Koptow od razu skojarzył znajome miejsce - pole z krzyżami. Przez głowę przechodzą najgorsze przeczucia. Nagle poczuł dotkliwy ból w okolicach szyi. Osunął się na ziemię tracąc przytomność.



Kozłowski ukryty w koronie drzewa obserwował, jak mieszkańcy wioski wyprowadzają dwójkę geodetów na plac krzyży. Jakie zamiary mieli Skopcy wobec uwięzionych? – zastanawiał się Dymitr, kiedy dostrzegł scenę , która wprost nie mieściła się w głowie. Przerastała pojmowaniem ludzki umysł. Jak można być tak okrutnym? Dlaczego człowiek, gotuje taki los drugiemu człowiekowi? Nawet zwierzęta zabijają szybko, aby zadać jak najmniej cierpienia swojej ofierze. Nawet zwierzęta zabijają dla jedzenia, lub w obronie własnej, jednak nigdy dla przyjemności, a tym bardziej w imię jakiejś wyższej wyimaginowanej siły.

Nawet zwierzęta zabijają…



Oskar obudził się ze strasznym, promieniującym bólem w okolicach szyi i ramion. Próbował rozmasować kark, jednak coś krępowało mu ręce. Podobnie było z nogami.

Chwila na dojście do siebie, aby mózg mógł ogarnąć wszystko to, co z wielkim trudem widzą oczy. Znowu ten koszmar, który śni mu się niemal, co noc. Znowu zbudzi się zlany potem i przewalając z boku na bok będzie próbował zasnąć. Ale zaraz, coś jednak jest inaczej. Jakieś światła, krzyki, potem ciemność i ten nieznośny ból. Każda kolejna sekunda uświadamia go, że to nie sen, a wszystko dookoła jest przerażającą, jednak jak najbardziej realną rzeczywistością.

Mieszkańcy wioski stoją na placu. Trzymają w rękach palące się pochodnie. Śpiewają coś, co przypomina religijne pieśni. Słowa brzmią jak bełkot. Są zupełnie niezrozumiałe. Z przodu wysoka postać w czarnym habicie odprawia jakąś mantrę. Oskar zna tą twarz. Już ją kiedyś widział. To Zachary Zajcew. Demoniczne spojrzenie i ta twarz. Twarz, której nie sposób zapomnieć. Wygląda dokładnie tak samo, jak wtedy. Kolejna myśl, która przychodzi do głowy, na widok postaci proroka. Czy wśród zgromadzonych na placu krzyczących ludzi, jest również matka Oskara? Czy trafiła w tak okropne miejsce? Gdzie są wszystkie dzieci? Śpią w chatach, kiedy dorośli odprawiają po nocach tajemne rytuały?

Fakty zaczynają się układać w jedną całość. Są tak przerażające, że ciężko je ogarnąć. Powracają demony przeszłości. Demony młodości i teraźniejszości. Sytuacja, w jakiej znajduje się Oskar jest nie do pozazdroszczenia. Wisi przywiązany do krzyża. Ręce i nogi drętwieją z bólu. W połowie wysokości pionowej belki znajduje się niewielka deseczka, na której można oprzeć ciało i ulżyć sobie w cierpieniu. Kolejny wyrafinowany wynalazek ludzkości mający zapewnić dłuższe męki konającym na krzyżu. Obok nieprzytomny wisi Szymon. Biedak, mógłby siedzieć z wnukami na zasłużonej emeryturze, ale Oskarowi zachciało się chwały i poklasku budowniczego drogi Leningrad - Goritsy. Niech to wszystko szlag trafi. Nocne koszmary śniące się Wadimowi od lat wróciły. Gorzej, stały się rzeczywistością i to najstraszniejszą z możliwych.

Na placu ukrytym pośród drzew w ciepłą letnią noc rozświetlaną czerwonym światłem pochodni stał Zachary Zajcew. Ubrany w czarny, długi habit z wyszytymi srebrną nicią literami IHS na piersi, bardziej przypominał zakonnika, niż przywódcę sekty.

Stał i spoglądał z szyderczym uśmiechem na postacie siedzące na krzyżach zastanawiając się, kogo tym razem zesłał mu Chrystus. Kogo dzisiaj złożą w ofierze? Podszedł do nieprzytomnego, wiszącego na krzyżu Szymona i obserwował przez chwilę jego bezwładne ciało, jakby znajdował w tym widoku jakąś nieopisaną satysfakcję. Następnie stanął pod Oskarem i z ciekawością przyglądał się budzącemu się z letargu chłopakowi.

- Jak się nazywasz? – Zachary przeszył spojrzeniem wiszącego na krzyżu chłopaka.

- Znam cię morderco – ciężkim głosem wysyczał Oskar.

- Ja też cię pamiętam – Zajcew zamyślił się na chwilę. – Mały Wadim... Choć już nie taki mały.

- Jesteś mordercą. Gdzie jest moja mama?

- Anna Wadim? – ironiczny uśmiech pojawił się na twarzy proroka. – Syn szuka matki. Jakie to wzruszające?

- Co z nią zrobiłeś?

- Anna nie żyje, i to od wielu lat. Opuściła nas po wczesnym załamaniu czasowym. Opuściła nas, wiedząc, co ją czeka. A najgorsze jest to, że mnie okłamała.

- Po jakim załamaniu? Co ty bredzisz? Jesteś chory człowieku – grymas na twarzy Wadima nie pozostawiał wątpliwości, że cierpi.

- Powiedziała, że zostałeś zabity przez Niemców. Nie zdawała sobie sprawy, jaką karę mogła na nas sprowadzić. Musiałeś wtedy zginąć. Tak chciał Pan, ale ty przeżyłeś. Mała gnida, zrodzona z aktu prokreacji. Najbardziej plugawego zwierzęcego aktu, do którego my Skopcy więcej już nie dopuścimy.

- Jesteście chorzy, wszyscy…Zabiliście dzieci. Nie zdajecie sobie sprawy… co zrobiliście?

- Dosyć tego – zażądał Zajcew – zamilcz. Musisz zginąć. Jesteś ostatnim żyjącym dzieckiem Skopców. Słyszysz? Ostatnim…

Oskar cierpiał coraz bardziej. Nadgarstki przywiązane do krzyża puchły a korpus pod wpływem własnego ciężaru wyginał się do przodu powodując dotkliwy ból ramion. Nawet niewielkie siedzenie na krzyżu nie dawało wystarczającej ulgi zmęczonym kończynom. Jednak dopiero teraz w obliczu cierpienia, zrozumiał postępowanie matki. Wszystko w jednej chwili stało się jasne. Jakże wtedy jej nienawidził, kiedy jako małe dziecko wygnała go z domu na ulicę. Sądził, że zrobił coś złego, że nie zasłużył na jej miłość. Dziś jednak, był jej wdzięczny. Uratowała mu życie. Tylko czy teraz miało to jakiekolwiek znaczenie? Jakże okrutny jest los, który posłał go w miejsce, gdzie zaczynała i najprawdopodobniej kończyła się jego historia. A może tak miało być? Może przeznaczenie dokładnie wiedziało, co robi przysyłając go do wioski Skopców? Jakże jednak mieć nadzieję w obliczu męczeńskiej śmierci, która niechybnie dopadnie jego a co gorsze, bogu ducha winnego Szymona?

Koptow odzyskał świadomość i udając nieprzytomnego, z niedowierzaniem obserwował przez małą szczelinę w oczach przebieg całej sytuacji. W głowie zrodził mu się plan, który, mimo że był szalony i ryzykowny miał szanse powodzenia. Musiał go tylko dobrze rozegrać, poczuć się aktorem, który odgrywa swoja ostatnią i jednocześnie najważniejszą rolę w życiu.

- Jestem zmieniaczem – krzyknął otwierając oczy i zmuszając swoje ciało do oparcia na niewielkiej drewnianej deseczce przytwierdzonej w połowie krzyża. - Wypuść mnie natychmiast, inaczej będziecie mieć z Nim do czynienia – stanowczym głosem dodał.

- Jesteś zmieniaczem? – przez chwilę Zachary, jakby stracił pewność siebie. Widząc to Koptow, nadal wzorowo wczuwał się w rolę.

- Jestem zmieniaczem. Przybywam z misją. Wypuśćcie mnie natychmiast. – powtarzał z uporem.

- Sądziliśmy, że to przybłęda – tłumaczył mężczyzna z paralizatorem w ręku, który widząc dziwne zachowanie swojego mistrza, próbował nieco załagodzić sytuację.

- Czy chcecie narazić się władzy? – Zajcew wpadł we wściekłość - Czy pamiętacie jaki zawarliśmy układ? Natychmiast go rozwiążcie – rozkazał.

Plan Szymona działał, jednak na euforię było jeszcze za wcześnie. Nadal musiał udawać kogoś, kim nie był i o kim co gorsza nie miał zielonego pojęcia. Na dodatek nie mógł powiedzieć niczego, co wzbudziłoby podejrzenia Skopców.

Trójka rosłych mężczyzn wykorzystując drabiny odwiązało Szymona od krzyża. Ból promieniujący w ramionach i udach nie pozwalał utrzymać równowagi. Podpierając się na kolanach stary próbował dojść do siebie łapczywie wdychając w płuca powietrze.

- Skoro jesteś zmieniaczem, powiedz mi, z jaką misją przybywasz? – nieoczekiwanie zapytał Zachary.

Nieco zdezorientowany pytaniem Koptow udawał, że brak mu tchu. W głowie próbował wymyślić coś, co pozwoli mu przeżyć a jednocześnie będzie na tyle szalone, aby wydawało się prawdziwe.

- Przybywam… zabić pierwszego sekretarza KC KPZR – wypalił pewny siebie. Wśród zgromadzonych zapadła cisza, tylko z rzadka wśród zebranego tłumu dawało się słyszeć pojedyncze śmiechy. Zachary Zajcew podszedł do Szymona i spojrzał mu głęboko w oczy.

- Czyli kogo?

Szymon zastanawiał się jak wybrnąć z sytuacji i co powiedzieć, aby nie pogrzebać siebie i Oskara. Nie specjalnie znał się na polityce, dlatego wybrał człowieka, którego w Związku Radzieckim rozpoznawali wszyscy.

- Nikitę Chruszczowa.

Rozległy się śmiechy. Zachary Zajcew skrzywił się i spojrzał na Szymona takim wzrokiem, który mógłby skruszyć najtwardszy głaz.

- Nie jesteś zmieniaczem – stwierdził. - Rosją rządzi towarzysz Stalin, oczywiście po wczesnym załamaniu czasowym. Po późnym - Władimir Dupin. Zapamiętaj to raz na zawsze, zanim zginiesz – odwrócił się na pięcie i udał się w kierunku wiernych. – Zabijcie ich - dodał.

- Jak to? Stalin nie żyje od czterech lat – przekonywał Szymon. Jaki Dupin? Nie ma nikogo takiego. Tkwicie tu jak w dżungli przez lata i nie macie pojęcia, co dzieje się na świecie. Jestem zmieniaczem, słyszycie. Macie mnie słuchać – silił się na coraz bardzie rozpaczliwe wyjaśnienia, czując jednocześnie, że właśnie spalił najważniejszą rolę swojego życia. Rolę, która mogła ocalić jego i Oskara.

Zachary zatrzymał się na chwilę, odwrócił i spojrzał spode łba na Koptowa.

- Gdybyś był zmieniaczem głupcze, wiedziałbyś, że prawa świata tutaj nie obowiązują. Tutaj obowiązują moje prawa. Zabijcie ich. Wcześniej poddajcie rytuałowi wielkiej pieczęci. Niech znają moją dobroć.

Zgromadzeni na placu ludzie pełni napięcia w pośpiechu zaczęli przygotowywać się do chrztu ognia. Od bardzo dawna nie byli świadkami tego ceremoniału, wszak każdy z nich miał go już dawno za sobą.



Obserwujący z daleka całą scenę Dymitr nie mógł uwierzyć własnym oczom. W głowie jednak wszystko zaczynało układać się w logiczną całość. Nawet rozmowa telefoniczna, jaką przeprowadził z Saszą, na chwilę przed jego śmiercią wydawała mu się nieco bardziej zrozumiała.

- Idziesz tam jednak?

- Nie przepuszczę takiej okazji.

- Służby coś zwęszyły. Wiedzą, że coś wiem. Boję się. Znalazłem coś jeszcze. Obawiam się, że tego właśnie pilnują.

- Gadaj, co znalazłeś?

- Tam się coś popieprzyło… z czasem – głos Saszy załamał się.

- Gdzie? Co się popieprzyło? – dopytywał Dymitr, kiedy usłyszał dźwięk telefonu świadczący, że rozmówca odłożył słuchawkę.

Wszystko to było tak niesamowite, a jednak poszczególne elementy układanki zaczęły do siebie pasować. Geodeci zachowywali się tak, jakby pochodzili z ubiegłego stulecia, ich ubrania również na to wskazywały. Dymitr nie chciał pozwolić, by skrzywdzono tych ludzi. Co jednak mógł zrobić? Mieszkańcy wioski byli jeszcze dziwniejsi. Miał dowody, które dobitnie świadczyły, że dzieje się tu coś nieprawdopodobnego. Jeśli spróbuje uwolnić geodetów, sam może wpaść w pułapkę. Wiedział, że musi sprowadzić pomoc. Myśli błąkały się po głowie, kiedy nagle spostrzegł, że na placu dzieje się coś niesamowitego.

Wysoki mur oddzielający wioskę od świata zewnętrznego na odcinku kilku metrów zaczyna z hukiem chować się pod ziemię. Wszyscy zgromadzeni na placu, jakby w oczekiwaniu na coś, co jest im dobrze znane, zwracają się w kierunku ściany.

- Na co oni wszyscy się gapią? – pyta Szymon. Stoi zdziwiony i obserwuje ludzi, którzy zupełnie stracili zainteresowanie ceremonią chrztu ognia, tylko patrzą się w kierunku najzwyczajniej wyglądającego lasu.

- Szymon… nie widzisz… muru? – wystękuje Oskar, który z coraz większym trudem opiera się sile ciężkości wyginającej jego stawy i mięśnie. – Niczego… nie słyszysz?

- Niczego nie widzę, oprócz lasu – odpowiada zupełnie zdezorientowany Koptow. – Co się tu dzieje? Wszyscy na coś patrzą. Tylko, na co? Odpowiedz mi.

Trójka mężczyzn przypomina sobie o istnieniu starego. Chwyta go mocno, aby podczas zamieszania nie przyszła mu ochota na ucieczkę.

Jedynym logicznym wyjaśnieniem, jakie Szymon jest w stanie wymyślić, to postradanie zmysłów. Bez wątpienia to efekt działania urządzenia generującego prąd – tłumaczy sobie Koptow. To tylko halucynacje lub sen, który zaraz zniknie, a on znajdzie się za wygodnym biurkiem w pracy, lub z wnukami nad czystym, gorącym morzem.

Kilka betonowych bloków muru wsunęło się w ziemię, tworząc szerokie przejście. Za nim pojawiło się czterech dziwnie ubranych ludzi. Błyszczące kombinezony, hełmy, wysokie skórzane oficerki i karabiny w rękach budziły jednoznaczne skojarzenie z wojskiem i armią.



- Zmieniacze? Teraz? – westchnął rozczarowany Zachary, wychodząc naprzeciw żołnierzom. – Nie mogli znaleźć lepszej pory?

- Witajcie mieszkańcy wioski. Przyprowadzamy trójkę zmieniaczy ze specjalną misją –mężczyzna wyglądający na dowódcę wyciągnął rękę w geście powitania. – Kim są ci ludzie? Co tu się dzieje? – wskazał palcem na zebrany tłum.

- Mamy dwóch nowych.

- Naprawdę?

- Przybyli z równoległego świata.

Zaskoczony dowódca podszedł do Zacharego i nachylił się, jakby miał do przekazania jakąś tajemnice, której trójka stojących za nim żołnierzy nie mogła usłyszeć.

- Dajcie nam ich – zaproponował żołnierz wskazując na geodetów.

- Mamy układ… mieliście się nie wtrącać w nasze sprawy.

– Nie chcielibyście pokonać efektu starości?

- A co oni mają z tym wspólnego?

- Wykorzystamy ich do badań. Oddajcie nam ich, a może uda się znaleźć lekarstwo.

- Ci z tyłu jak zawsze nic nie wiedzą? - zapytał prorok.

- Ehe.

Zachary Zajcew był niezadowolony z takiego obrotu sytuacji, jednak wizja pokonania efektu starości wydawała się tak nieprawdopodobna, że szybko przystał na propozycję dowódcy. Spojrzał jeszcze na Szymona, później na Oskara i machnął ręką.

- Dobrze, bierzcie ich. Przy czym stary nie przeszedł, żadnego załamania czasowego. Nawet was nie widzi. Pewnie zastanawia się, czy nie zwariował.

Żołnierze wolnym krokiem przeszli przez otwór w murze i udali się na środek placu krzyży. Zaraz za nimi podążył Zachary.

Szymon obserwował kapłana stojącego kilkadziesiąt metrów od niego i rozmawiającego z kimś niewidzialnym. Oczy wszystkich zebranych zwrócone były na proroka.

- Idą tu – stwierdził Oskar.

Po chwili jakby z nicości przed oczami Szymona zaczynają wyłaniać się postacie żołnierzy ubranych w dziwne uniformy.



Siedzący na drzewie Dymitr wykonał kilka zdjęć. Taki materiał idealnie nadawał się na artykuł roku. Oczami wyobraźni widział już nagłówek prasowy na pierwszej stronie Prawdy: „Ludzie zamrożeni w czasie”.

Zastanawiał się, kim byli zmieniacze? Jaki układ zawarli ze Skopcami? To musiało się wiązać z tajemnicą, o której mówił Sasza, a którą władze tak pilnie strzegą. Wiele pytań nadal pozostawało bez odpowiedzi a bez nich artykuł życia byłby niepełny.



- Dajcie nam tylko młodego. Po starego przyjdziemy pojutrze. Po późnym załamaniu czasowym.

- Niech i tak będzie. Wsadźcie go z powrotem do lochu i nie pozwólcie zdechnąć przez kolejne dwa dni – powiedział Zajcew i wściekły oddalił się w kierunku własnego domu. - Zdejmijcie młodego i wydajcie władzy. I zajmijcie się jak zawsze naszymi zmieniaczami – rozkazał na odchodnym – na pewno przybywają z niezwykle ważną misją.

- Wrócimy pojutrze po starego – powiedział żołnierz i odszedł zabierając ledwie żywego i obolałego Oskara. Mur zaczął chować się pod ziemię, powoli wracając do dawnego kształtu.



Dymitr postanowił opuścić niebezpieczne miejsce. Musiał jak najszybciej zdać relację z wszystkiego, co widział i słyszał. Zebrany materiał nie mógł dłużej czekać, musiał wreszcie, ujrzeć światło dzienne. Dziennikarz nie mógł jedynie zrozumieć, jak przez tyle lat rosyjskie władze ukrywały takie miejsce nie tylko przed mediami, ale nawet lokalną ludnością.

Do załatwienia pozostała jeszcze tylko jedna drobna sprawa, która pozwoliłaby poukładać brakujące elementy zagadki. Odczekał kilka godzin i nim zaczęło świtać podkradł się pod loch, w którym trzymali uwięzionego Szymona Koptowa.

- Psst – zasyczał.

- Kto tam? – z nadzieją w głosie zapytał człowiek w piwnicy.

- Posłuchaj mnie uważnie. Nie dam rady cię stąd wyciągnąć.

- Nie możesz mnie tu tak zostawić. Oni mnie…

- Nic ci nie będzie. Za dwa dni zabiorą cię, jak twojego młodszego kolegę.

- Gdzie mnie zabiorą?

- Tego nie wiem… dam ci coś, co pozwoli mi cię odnaleźć… gdziekolwiek będziesz – Dymitr podał przez okno Koptowowi niewielką pluskwę.

- Nie możesz mnie tu zostawić – narzekał stary, biorąc od Dymitra niewielki okrągły przedmiot.

- Sprowadzę pomoc... Będę cię słyszał. Ty mnie niestety nie. Spróbuj dużo mówić. Opowiadaj, co się dzieje dookoła, oczywiście tak, aby nie wzbudzić niczyich podejrzeń. To ułatwi mi odnalezienie ciebie.

- Ale… wrócisz?

- Wrócę i sprowadzę pomoc. Musisz ukryć pluskwę gdzieś przy sobie. Jest nie do wykrycia przez urządzenia analizujące.

- Nie daj mi zginąć. Mam wnuki, dzieci... Potrzebują mnie – szlochał Szymon.

- Geodeto?

- Tak?

- Który mamy rok? – Dymitr nie mógł powstrzymać się, aby nie zadać tego pytania.

- 1957 a co?

- Tak myślałem. Posłuchaj. Nie wiem wszystkiego, ale postaram się trochę rozjaśnić ci sytuację.

- Czy wytłumaczysz mi, co się tu dzieje? Czy ja zwariowałem?

- Nie zwariowałeś. To czas w tej wiosce zwariował.

- Nie rozumiem?

- Jakby ci to powiedzieć? Wyobraź sobie, że tam skąd pochodzę jest już dwudziesty pierwszy wiek.

- Przybyłeś tu wehikułem czasu? – zdziwił się Szymon.

- Wehikułem jest to miejsce. To ma coś wspólnego z sektą Skopców.

- Więc to jest sekta?

- Tak. A ten w czarnym habicie to ich przywódca Zachary Zajcew. Podczas wojny kazał wszystkim swoim wyznawcom pozabijać własne dzieci.

- Faktycznie - zamyślił się Koptow - w całej wiosce są tylko dorośli.

- Właśnie. Ci ludzie są przeklęci. Czas się w tym miejscu zatrzymał. Tu zawsze jest 1947 rok. Właśnie w tym roku Zachary przyprowadził tu swoich wiernych, którzy wybudowali osadę. Tkwią tu od lat, nie starzeją się. Nie wiem jak to możliwe. Zresztą sam wszystko widziałeś.

- Kim byli ludzie w mundurach? Dlaczego zobaczyłem ich dopiero, kiedy podeszli do mnie bliżej?

- To ma coś wspólnego z załamaniem czasowym i z murem otaczającym wioskę.

- Znowu ten cholerny mur? Psia mać, o czym ty mówisz?

- Obawiam się, że trzymają cię tutaj, abyś przeszedł jedno z takich załamań czasowych.

- To wszystko jest jakieś nienormalne... Gdzie oni chcą mnie zabrać? Do czego jestem im potrzebny?

- Chciałbym… abyś mi pomógł. Zapewne zabiorą cię w jakieś tajne miejsce. Ukryj pluskwę tak, aby nie mogli jej odnaleźć. Bądź rozmowny, staraj się dużo gadać... Niestety muszę już iść, zaczyna świtać.

- Poczekaj, nie zostawiaj mnie – krzyknął Szymon, kiedy postać Dymitra zniknęła w ciemności nocy.



c.d.n.
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.
  • Ostatnie artykuły

Copyright © 2004-2017 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 23 wrz 2017, 03:08 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka