Opowiadania

Bez Tytułu - opowiadanie Neuroshimowe

Ostatnia z humanoidalnych maszyn zaiskrzyła i stanęła w płomieniach. Jej „oczy” eksplodowały niebieskim ogniem, po czym cała jej głowa wybuchła, rozrzucając wkoło kawałki metalu. Promienie zachodzącego słońca padły na pobojowisku, tu i ówdzie wywołując refleksy na stalowych pancerzach i polerowanych płytach atakujących. Victor widział już zbyt wiele takich starć, żeby zdobyć się na okrzyk radości. Westchnął tylko z ulgą i otarł pot z czoła. Usiadł, dał trzęsącym się dłoniom odpocząć, choć ledwo udało mu się odgiąć palce, którymi kurczowo trzymał swoją broń – mały pistolet maszynowy. Westchnienie dobyło się także z ust innych uczestników potyczki, bo bitwa to nie była. Gdy Victor przeżył pierwszą taką walkę, zadowolony z siebie powiedział do Skull’a „No, ciężko było”. Ten popatrzył na niego wtedy z politowaniem i powiedział słowa, które już na zawsze zostały w głowie Victora: „To było małe nic, małe gówno. To był zwiad.”. Ale to było trzy lata temu. Skull nie żył już od dwóch, a Victor wiedział już co nieco o walce w pobliżu frontu. Między innymi to, że wszystko z czym walczą to tylko jakiś gówniany zwiad. Gdyby Moloch choć raz wysłał na nich porządną armię, nie mieliby szans. Czemu tego nie robił, to było dobre pytanie. Cholernie dobre pytanie.

Ktoś zwymiotował. Victor obejrzał się spokojnie, apatycznie. Młody. Jasne, że Młody. Niektórzy tak reagowali na stres – cała walka nic, a potem bum i cała zawartość żołądka ląduje obok stóp. I rzygasz. Rzygasz dopóki już nie masz czym rzygać i z ust skapuje ci żółć. A żołądek nadal panicznie chce się pozbyć wszystkiego co w nim dotychczas siedziało. Mimo, że już nic nie ma. Dobrze, że tym razem nie było gazu. Wtedy rzygali by wszyscy, ale dla większości skończyło by się to tragicznie. Ataku poprzedzonego gazem bojowym nie przeżywało wielu. A przynajmniej jeszcze mniej, niż zwykłego ataku.

Tym razem straty nie były nawet takie wielkie. Przynajmniej na oko. Victor nigdy nie łaził po polu bitwy zaraz po niej. Z wieloma tutejszymi już dobrze się poznał. Gdyby zobaczył ich twarze wykrzywione bólem, ich ciało rozerwane granatem, rakietą lub ostrzami „mielarek”, jak często nazywano tutaj jeden z bardziej wymyślnych wynalazków Molocha, chyba by nie wytrzymał. Dużo łatwiej było usłyszeć „Steve’a rozerwało, Mary się wykrwawia a Duncanowi urwało głowę”. A jeszcze łatwiej było, gdy po prostu mówili „Ten i tamten nie dali rady”. Wtedy oszczędzasz sobie wizji rozerwania, wykrwawiania i urwanych głów.

Już widział dwójkę lokalnych medyków, Williamsa i Nancy, którzy kręcili się po pobojowisku szukając rannych których warto było jeszcze ratować. Jeśli ktoś miał urwaną rękę i był nieprzytomny, ale żył, od razu posyłało się po kapelana Michaelsa, szkoda było czasu na kogoś, kto i tak się wykrwawi. Ale gdy ranny wierzgał i darł się w niebogłosy albo leżał w kałuży własnej krwi z wyrazem twarzy a’la „co ja tutaj robię?”, to była jeszcze szansa. W pierwszym przypadku większa, ale mimo wszystko. Poza tym, flaki da się czasami pozszywać. A na co komu żołnierz bez ręki?

Te zasady były straszne i bezwzględne, wiedzieli to wszyscy. Ale na sentymenty i litość oraz troskę nie było tu miejsca. Zapasów wiecznie brakowało. Nie tylko bandaży i leków, ale nawet żarcia, o amunicji nie wspominając. Dostawy były stałe, ale ostatnio ataki się nasiliły i pewnych rzeczy zaczynało brakować. Jedzenia zawsze było mało, głodem nikt się już poważnie nie przejmował. Ale bandaże były już drugiej lub nawet trzeciej świeżości, a chodziły plotki, że jeśli tak nadal pójdzie, to przyjdzie im rzucać w maszyny kamieniami. Dokładne liczby znał tylko kwatermistrz, Douglas. Nieprzekupny sukinsyn, ale przynajmniej nikogo nie faworyzował. Jeśli ktoś dostał 5 sztuk amunicji .44, mogłeś być pewien że też dostaniesz pięć, jeśli tylko masz w swoim wyposażeniu Desert Eagle’a lub inną spluwę karmioną tą amunicją.

Victor nie myślał o tym wszystkim. Wstał, otrzepał odruchowo spodnie z kurzu, chociaż i tak były podarte, poplamione krwią, smarem i bóg-jeden-wie-czym-jeszcze. Myślał teraz o łyku wody. Zwykłej wody z pobliskiego źródła. Chociaż nie miała smaku górskiej, którą zdarzyło mu się kilkakrotnie pić, tylko odrobinę czuć w niej było metale ciężkie. „Co jak co, ale to cię nie zabije.”, jak to powiedział mu jeden z żołnierzy, któremu poskarżył się w pierwszych dniach swojej bytności w obozie. Wtedy pogardzał tą wodą. Teraz tylko o niej marzył. Tak to jest, gdy z Federacji trafiasz nagle na północ. Zamiast wygodnego łóżka twarda prycz, zamiast piwa syfna woda, a zamiast jako-takiego spokoju ducha – ciągłe zagrożenie. Trzeba było wtedy nie wiązać się w tą rodową sprzeczkę...

Dotarł do studni, przy której ustawiła się już spora kolejka. Stał tam też Williams, na którym podtrzymywał się Młody. Był blady, ledwo trzymał się na nogach. Woda zapewne go otrzeźwi. Gdy wreszcie przyszła kolej Victora, dostał od kwatermistrza metalowy kubek z wodą o metalicznym posmaku. Cóż, ważne że jest. Przepłukał wysuszone gardło i wraz z pierwszym łykiem poczuł jak bardzo jest zmęczony. Dopił szybko i zwolnił miejsce następnej osobie, nie oglądając się nawet na nią.

Ktoś klepnął go w ramię. Obrócił się tak samo apatycznie jak szedł, kompletnie nie przejmując się czy to swój, czy jakaś maszyna robi sobie z niego jaja. Stał przed nim wysoki na prawie dwa metry Terry, jeden z wyższych oficerów. Dokładny stopień nie grał roli. Liczyło się to, że był o krok bliżej dowództwa niż zwykli oficerowie.
- Źle wyglądasz Donhouse. Co jest? – zapytał.
- Nic. Po prostu, zmęczony jestem. Idę się właśnie położyć.
- Jesteś mi potrzebny, ale widzę że ledwo stoisz na nogach. Masz siłę jeszcze rzucić na coś okiem?
- Tak, pewnie. – odpowiedział Victor, chociaż nie miał wcale ochoty nigdzie iść i rzucać na cokolwiek okiem. Wyższy Oficer Terry obrócił się, a Zwykły Zasrany Szeregowiec Donhouse poszedł za nim.

Dotarli do Garażu, czyli sporej wielkości namiotu na granicy miasteczka, którego nazwy nikt już teraz nie pamiętał, a w którym Czwarta Kompania urządziła sobie bazę. Umocnienia naturalnie były skupione tutaj, ale jakieś 600 metrów od Garażu znajdował się wysunięty bunkier, postawiony tutaj jeszcze przed wojną, z niewiadomych powodów, i to wokół niego były najmocniejsze bariery, mury i najlepsze pozycje strzeleckie. Tam też rozegrał się kolejny odcinek nigdy nie kończącego się serialu pod tytułem „Ile jeszcze wytrzymają?”. Victor mógł mieć takie skojarzenia, bo wiedział co to serial. W Federacji widział parę odcinków takich kilku. Jeden był o jakiejś paczce znajomych, był tam podłożony śmiech a wszystko działo się w tak cholernie czystych pomieszczeniach, że ledwo się wierzyło że tak kiedyś wyglądała Ameryka. Drugi był bardziej życiowy – o paczce żołnierzy, chyba nawet Amerykańskich. Walczyli w jakichś okopach, często byli w sytuacjach gdzie już się wydawało, że atakujące ich czołgi przejadą po prostu po nich. Pamiętał, jak ktoś wyedukowany, chyba z Nowego Jorku, mówił że to o Drugiej Wojnie Światowej. Victorowi nie robiło to większej różnicy, bo o Pierwszej Wojnie Światowej nigdy nie słyszał. Nie widział więc sensu w nazywaniu czegoś Drugą Wojną.

Historykiem nie był. Był natomiast niezłym mechanikiem. Zawsze gdy kazali mu się pojawić w Garażu, znaczyło to że chcą żeby wziął na warsztat jakąś zabawkę Molocha. Najlepiej rozłożył ją na części pierwsze i znalazł dla tychże jakieś zastosowanie, co nie zawsze się udawało. Tym razem było inaczej. To co mu pokazali nie było maszyną, a przynajmniej nie do końca. Spod metalowej czapy spoglądały na niego oczy. Ludzkie oczy, nabiegnięte krwią. Jedna z rąk istoty była całkowicie metalowa (przynajmniej z wierzchu), ale druga – całkowicie organiczna. Dłoń była co prawda zupełnie zmiażdżona, ale wystające z tej miazgi kawałki kości tylko wyraźniej podkreślały fakt, że to co leżało na stole, to nie była zupełnie maszyna. Słyszeli już o czymś takim. Na wschodzie często mówili o Juggernautach, czołgach kierowanych przez „ludzi”, lub też tego, co po nich zostało. Ale żeby walczyć z czymś, co wygląda jak kiepska parodia złotego androida z Gwiezdnych Wojen (kultowy film w Salt Lake City, mają nawet swój kościół) połączonego z czymś co przypominało Victorowi skrzyżowanie Robocopa i Terminatora (maszyny walczące z ludźmi – ależ twórcy tego filmu mieli przeczucie!)? Widział sporo filmów, ale te trzy zapadły mu w pamięć najbardziej. Z tym że tamto, to były filmy. A teraz widział przed sobą cyborga – pół-człowieka, pół-maszynę.
I nie mógł uwierzyć własnym oczom. Obok niego stało jeszcze dwóch szeregowców. Jeden z nich podniósł maskę istoty, swoistą przyłbicę zasłaniającą częściowo twarz. Gdy to zrobił, drugi z nich zamarł, a z jego ust wydostało się tylko głuche „O kurwa...”.
- Co jest? – zapytał Terry. Szeregowiec był blady jak płótno.
- O kurwa mać... – powtórzył ze ściśniętym gardłem żołnierz.
- Chyba wiem o co mu chodzi, panie oficerze. – odpowiedział głosem służbisty ten pierwszy. – Poznaję go.
- Kogo? Tę hybrydę?
- Tak. Poznaję go. Służyliśmy razem pod Fort Mayor. Garalez, czy jakoś tak. Meksykaniec, z Texasu.
Victor milczał.

Plotki rozeszły się szybko, cholernie szybko. Już następnego dnia wieczorem, gdy większość żołnierzy zebrała się w budynku przerobionym tymczasowo na mesę, było słychać niespokojne szepty. Muzyka grała jak zawsze, na stołach jak zawsze zostały po kolacji puszki i masa innego śmiecia, ale wszyscy czuli że coś jest nie tak jak wcześniej. Bo oto okazało się, że Moloch nie tylko zabija ludzi – tylko porywa ich i przerabia na swoje maszynki. Wszyscy o tym słyszeli, ale mało kto w to wierzył. Jajogłowi z Posterunku twierdzili, że to właściwie niemożliwe. A jednak, kilku żołnierzy widziało to na własne oczy i chociaż Terry zapowiedział, że jeśli ktoś puści parę z ust, to go osobiście zastrzeli, ten ktoś się wygadał. Victor milczał, milczał nawet wtedy gry już któryś z kolei szeregowiec zapytał lokalnego speca od mechaniki o to, co widział w Garażu. Zbywał ich krótkim „Nic wyjątkowego, następna maszynka”, ale widział, że mu nie wierzą, a przynajmniej nie do końca.
Victor dostał tej nocy wartę. Z zapadnięciem zmroku wyszedł z w miarę ciepłej mesy, ubrany w lekko poszarpaną grubą kurtkę z kapturem i rękawiczki. Wojna sprawiła, że nawet tak blisko miasta wahania temperatur były znaczne, jak na pustyni: w dzień piekielnie gorąco, w nocy tak zimno, że bez odpowiednio ciepłego stroju można było zamarznąć na śmierć. W gruncie rzeczy po wojnie wszystko co nie było dżunglą albo ruinami większych miast było, lub stawało się pustynią, stąd też takie same warunki. Z przewieszonym przez ramię karabinem z doczepioną „na słowo honoru” lunetą, włożonymi do kieszeni goglami noktowizyjnymi (prawdziwa rzadkość, dostanie baterii graniczyło z cudem), oraz wciśniętą w drugą kieszeń krótkofalówką rozpoczął obchód.
Swoje pierwsze kroki skierował do Garażu. Paliło się tam jeszcze słabe światło, a dochodzące stamtąd głosy sugerowały, że ktoś jeszcze ogląda truchło maszyny, która kiedyś była Garalezem, czy jakoś tak, Meksykańcem z Texasu. Victor miał nadzieję, że oglądał je ktoś kompetentny, a nie pierwszy lepszy szeregowiec. Nic tak nie psuło morale garnizonu jak panika zasiana przez jakiegoś żółtodzioba. Nie sprawdził tego jednak, pogrążony w myślach. I na nim wywarło wrażenie dzisiejsze „znalezisko”. Z tego czego dowiedział się od Terry’ego, Garalez był członkiem oddziału zwiadowczego, z którego wróciła tylko połowa żołnierzy. Mieli oni dotrzeć do najbliższego miasta kontrolowanego przez Molocha i rzucić na nie okiem, z daleka. Nie przeszli nawet połowy trasy gdy spod ziemi wyskoczyły na nich jakiegoś rodzaju metalowe macki, miażdżąc od razu jednego z nich, a drugiego, meksykańca właśnie, wyrzucając w powietrze. Reszta oddziału spanikowała i uciekła, po drodze kolejny z nich spotkał śmierć, wdeptując w minę. To był ostatni raz kiedy garnizon wysłał jakikolwiek zwiad na tereny Molocha. Od tego wydarzenia minął ponad miesiąc.
Z zamyślenia wyrwał go dźwięk kroków. Przerzucił karabin do ręki i szepnął w ciemność:
- Hasło!
- Abraham. – odpowiedział mu znany głos, z ciężkim, szkockim akcentem – Odzew?
- Lincoln. Dzisiaj ty, McCannaghy?
- Ta. – powiedział Seamus McCannaghy wydostając się z nieprzeniknionych ciemności. – Młody jednak mocno przeżywa ten wczorajszy atak. Zgodziłem się zastąpić szczyla.
Szkot był najstarszym żołnierzem w garnizonie. I jedynym nie-amerykaninem jakiego znał Victor. Jego historię znali wszyscy – jako młody student przyleciał z Europy do Stanów, dosłownie na parę miesięcy przed wybuchem wojny. Zanim dobrze zaczął studia, świat szlag trafił, a on został odcięty od wszystkiego co znał, rzucony na głęboką wodę w wielkim kraju, który, niczym rak toczący ciało, zżerał Moloch. Był chyba w całych Stanach, zlazł wszystko co dało się zleźć, był w każdym większym mieście i w sporej ilości wiosek. Próbował się ustatkować, założyć rodzinę w Teksasie albo Federacji, ale zawsze wzywała go wędrówka. No i w końcu trafił tutaj.
McCannaghy skręcił papierosa, Victor nawet nie zamierzał próbować zwrócić mu na to uwagi. Wiedział, że Szkot tylko uśmiechnąłby się i zaśmiał jowialnie, jak miał w zwyczaju. Płomień zapalniczki na krótką chwilę oświetlił ich twarze. Łysa czaszka Seamusa zalśniła, a jego broda rzuciła gęsty cień na tors. Po chwili widać było już tylko tlącego się skręta.
Zamienili kilka słów i rozeszli się, kontynuując obchód. Victor dotarł do miejsca, w którym każdy ze strażników miał obowiązek rzucić okiem przez gogle na otaczającą obóz okolicę. To też zrobił. Miał już odjąć sprzęt od oczu, gdy coś mignęło na granicy wzgórz i horyzontu. Przyjrzał się. Tak, tam na pewno coś było. Sięgnął szybko po krótkofalówkę.
- Dwójka, odbiór.
- Słyszę, co jest? – odpowiedział Szkot.
- Seamus, spójrz na wzgórza, po prawej, w linii prostej od Garażu. Widzisz coś?
Chwila ciszy. „Szybciej, do cholery” powtarzał w myślach Victor.
- Nie, nic nie ma.
Victor wcisnął krótkofalówkę z powrotem do kieszeni i spojrzał znowu przez gogle. To, co tam było, zniknęło. Rozejrzał się nerwowo po horyzoncie. Nic.
- Te, jankesie, jesteś tam jeszcze? – zapytał Seamus przez radio.
- Tak, tak. Cholera, chyba mi się wydawało.
Radio zaskrzeczało i odezwał się głos operatora.
- Trójka, dwójka, rzućcie okiem na horyzont, jedynka zgłasza ruch, potwierdzić.
Stojąc dobrze ponad 700 metrów od siebie Victor i Seamus jednocześnie sięgnęli po gogle. I prawie jednocześnie zaklęli.
- Potwierdzam, kurwa mać, potwierdzam! – ryknął Szkot do radia. – Idą na nas!
Rozległ się alarm, zapaliły się reflektory, oświetlając obóz i wzgórza. I ujawniając masę mechanicznych żołnierzy, poruszających się wolnym, zdecydowanym krokiem w kierunku bazy. Po chwili dało się słyszeć też buczenie silników oraz szum opon jadących po piasku. Zza wzgórza wyjechały szybsze, dużo szybsze maszyny.
Mobilizacja garnizonu nie zajęła długo. Alarm postawił na nogi wszystkich, cały personel chwycił za broń, z dachu bunkra suchym terkotem odezwało się działo maszynowe, z Garażu artylerzyści wyprowadzili Słodką Betty, samobieżne działo dalekiego zasięgu. Zaczęło się piekło.
Żołnierze nie dotarli nawet do okopów, nie zdążyli. Szybkie maszyny dojechały tam wcześniej. Z kilku wystrzeliły serie nabojów, parę innych rozpędziło się i gdyby nie to, że żołnierze Czwartej Kompanii znali już te sztuczki, kilku z nich zostałoby przeciętych wpół ostrzami, które maszyny wyrzuciły na boki. Pocisk z RPG trafił w jedną z nich, powodując sporych rozmiarów eksplozję. Do tego czasu piesze roboty dotarły do umocnień, ostrymi kończynami przebijając się przez drut kolczasty i zasieki. Snajperzy pracowali jak mogli, ale pancerze na głowach agresorów okazywały się wyjątkowo wytrzymałe.
Victor też nie próżnował. Ramię w ramię z innymi strzelał, przeładowywał i strzelał znowu. Ciągle tak samo – krótkie przycelowanie, strzał, powtórka. Liczył naboje. Po każdych dziesięciu wyrzucał magazynek i pakował następny. Był już przy trzecim, gdy dostał. Uderzyła go w głowę twarda kula z metalu, pod siłą uderzenia przewrócił się jak zwalone drzewo. Zamroczyło go kompletnie, nie słyszał nic. Po chwili stracił przytomność.

Słońce. Pali. Mogę widzieć? Tak. Słońce. Muszę zamknąć oczy, pali. Pustynia. Chrzęst. Skrzypienie. Żyję.

Zimno. Widzę? Tak. Metalowe ściany. Posterunek. Będą mnie ratować... Chrzęst. Skrzypienie. Szum. Maszyneria.

BÓL! MOJA RĘKA, O BOŻE, MOJA RĘKA! TNĄ! BÓL! NIE WYTRZYMAM!

Ciepło. Widzę? Tak. Stoję. Młody, naprzeciwko mnie. Metalowe ściany. Szum. Maszyneria. Czemu on jest w jakimś słoju? Wymarsz? Tak jest.

Ból. Dostałem. Trafili mnie. Maszeruję. Seria z prawego ramienia. Idę... na garnizon? Błysk. Ostrzał z bunkra. W nas? Nie mogę krzyknąć. Cholera, niech oni nie strzelają, jesteśmy po ich stronie!

Ból. Dostałem. Łamię mu rękę. Seria z ramienia prosto w tors. Rozszarpany na kawałki. Twarz... Terry? TERRY?

Ciemność.
KOMENTARZE (1) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Ejszet 22 lip 2008, 11:25
Najlepsze z całości jest zakończenie ;) Aż człowiek wyobraża sobie ciąg dalszy Twojego opowiadania. Jest w tym coś koszmarnego; ta świadomość, że oni "żyją" w taki czy też inny sposób.

Copyright © 2004-2017 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 17 lis 2017, 22:29 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka