Opowiadania

Opowieść asceptyczna

Ta opowieść zaczyna się właściwie w momencie, gdy jako student pracowałem dorywczo w zakładzie szklarskim. Ot, prosta robota: wynoszenie formatek, wnoszenie szkła, pomoc przy krojeniu. Majstrem wieczornej zmiany był pan Edziu, człowiek dusza, który z uśmiechem i anielską cierpliwością zdradzał mi największe arkana sztuki obróbki szkła. Dzięki niemu wiedziałem, czym się różni stopsol od antisolu, jak powstaje lustro zwykłe, a jak „łososiowe”, czyli złote i czym to się je, jakie luzy dawać do szyb i co to jest szyba zespolona. O klejonkach nie wspomnę; dość przyznać, że nauka nie poszła w las, bo wiedza nabyta podczas dorabiania sobie na lewo u szklarza zaprocentowała mi kilka lat później i był to procent najwyższy z możliwych. Dzięki niemu wygrałem życie.

Staż odbywałem w ośrodku leczenia nerwic, niestety za psie pieniądze. Nie żebym gardził szkłem, broń Boże! Niestety, z kasą nie chciał przyjść stosowny papier, a to mi było potrzebne do znalezienia stałej, dobrze płatnej pracy. Co ja tu będę pióro strzępić – każdy z nas przechodzi te wszystkie etapy kariery zawodowej, każdy z nas płaci jakieś frycowe... No więc zapłaciłem i ja. Wylądowałem na telefonie jako bardzo zaufana osoba i przyznam, że ta zaszczytna funkcja powinna przypaść doświadczonemu psychologowi, a nie młokosowi zaraz po studiach. Dość, że podczas trzech godzin dyżuru przy telefonie zaufania zadzwoniło do mnie pięć osób. Cztery z nich po rozmowie ze mną popełniły samobójstwo, przy czym, jak się okazało, troje z nich zadzwoniło do mnie przez pomyłkę. No i dostałem papiery ze stażu do ręki, dobrą opinię, ale łatka jonasza przylgnęła do mnie jak gówno do pantofla. Potem był salon samochodowy, gdzie wciskałem ludziom stare graty sprowadzane z zagranicy i ta niemiła historia z kobietką, która kupiła samochód Jasia Fasoli. No tak, trafił nam się żółty mini, identyczny, jak ten na filmie. Kobitka kupiła, dumna odjechała, a przez następny tydzień jej mąż wydzwaniał do nas kilka razy dziennie, że to niemożliwe, aby autko tego rozmiaru paliło pięćdziesiąt na sto. Chyba, że ma napęd odrzutowy. Po tygodniu poprosiłem o przyjazd do naszego punktu, wsiadłem jako pasażer i poprosiłem panią, aby wsiadła z powrotem do tego cudu brytyjskiej komunikacji i obwiozła mnie po okolicy. Pani wsiadła, wyciągnęła małą, zakończoną plastikową gałką rączkę i… powiesiła na niej torebkę. Wszystko stało się nagle jasne! Ta prześliczna wajcha to była dźwignia ssania, a nie wieszak!
Nie wiem, jak mocno wydarł się na nią mąż, ale ja chyba byłem głośniejszy, dlatego już w poniedziałek szedłem do serwisu komputerowego na okres próbny. Nie był to może szczyt moich marzeń, ale żyć za coś trzeba było, niestety do następnego wtorku. Trzeciego dnia zadzwonił klient i skarży mi się, że mu klawisz K w klawiaturze nie działa, a dopiero przecież zakupił komputer i w ogóle co to ja sobie nie myślę. Nie myślałem. Nie myślałem, że będę miał do czynienia z idiotą. Poradziłem, żeby odpiął i przywiózł nam, co trzeba, a my wymienimy na gwarancji. Po czterdziestu minutach pojawił się w sklepiku trzymając dumnie w ręku pojedynczy klawisz z literką K… K jak mać.
W czwartek byłem już na rozmowie, ale co tam! „Damy panu odpowiedź w przyszłej dekadzie, proszę czekać!” Słysząc taki slogan wielokrotnie, wysyłałem moje CV gdzie tylko popadło. Było ciekawe ogłoszenie w prasie? Posyłałem. W urzędzie pracy? Posyłałem. Choćby i było na słupie – też bym posłał. Aż ni z tego, ni z owego otrzymałem odpowiedź. Z banku. Nie czytając, jaki to bank, otworzyłem kopertę. Radość przepełniła mi skołatane serducho, bo z lakonicznego tekstu wynikało, że moja aplikacja wzbudziła w dyrekcji zainteresowanie. Co prawda przez myśl mi przeszło, że nie mam pojęcia o bankowości, funduszach i oprocentowaniu, ale jak wykazały dalsze wydarzenia, nie miało to żadnego znaczenia.

Pracowałem już trzeci tydzień na dziennej zmianie wydając co jakiś czas bezcenne depozyty kurierom i rozchodując surowiec. Moje szczególne umiejętności analitycznego myślenia, a także brak obrzydzenia sprawiły, że stałem się najlepszym kandydatem na stanowisko kierownika jednoosobowego działu utrzymania ruchu w banku. Praca była monotonna: co jakiś czas podjeżdżał umundurowany kurier, przedkładał mi plik dokumentów, ja to sprawdzałem, podbijałem, szedłem do sejfu, otwierałem, pobierałem odpowiednią ilość i jakość, wydawałem… Czasem miałem gości pod postacią uzupełnienia sejfu, wtedy w wielkim pośpiechu obsługa mikrobusu wyładowywała cenny urobek całego dnia z różnych punktów w mieście. I tak się życie toczyło. Po pewnym czasie z nudów opowiadałem znajomym bajeczki, jaką to mam ciekawą pracę, ile to się rzeczy dzieje, jaki to nie był napad na mój bank, choć nigdy napadu nie było. A ja z uporem maniaka opisywałem kumplom wieczorem przy piwku, jak to do kontuaru podchodzi zamaskowany połówką damskiej rajstopy jegomość, wyciąga pistolet i mówi:
– To jest napad, otwieraj sejf!
– Proszę bardzo – odpowiadam z uśmiechem i ku zaskoczeniu delikwenta otwieram ten cholerny sejf. A właściwie coś, co wygląda jak sejf, bo też jest ze stali nierdzewnej, jest duże i ma skomplikowane zamki. Więc ja to otwieram, wyciągam woreczek foliowy z cieczą w kolorze surowej wątróbki, rzucam gościowi i patrzę, co zrobi.
– Co to, kurwa, jest?! – ryczy zaskoczony bandzior.
– Pyszniutka be-er-ha-plus! – zachwalam z uśmiechem. – Najlepiej smakuje z pieprzem i schłodzona do ośmiu stopni Celsjusza!
– …to jest…. – Bandzior opuszcza broń i z niedowierzaniem wpatruje się w woreczek z podejrzaną etykietką.
– Aha! – potakuję. – Niektórzy dodają to do jajecznicy, lecz osobiście uważam, że jako dodatek do sosów i mięs jest niezastąpiona!
Gość lekko zielenieje na twarzy.
– Co, bukiet nie odpowiada? – pytam zatroskany uważnie obserwując gościa. – Woli pan bardziej wytrawne? Er-ha-minus mam, ale tylko A. Moim zdaniem to sikacz, bo ma metaliczny posmaczek. Dawca choruje chyba na nerki…
Facet jest już bardzo zielony.
– … to jest …
– Krew ludzka, konserwowana – dodaję z uśmiechem. – Zgodnie z etykietką. Dać jeszcze pół litra?
Wiem, że delikwent zaraz puści pawia, ale na całe szczęście nie zdążył. Wcześniej zemdlał. A ja w tym czasie chowam bezcenny woreczek z powrotem do stalowej chłodni i wybieram numer 997.
– Cześć – mówię. – Tak, to znowu ja. Mam kolejnego analfabetę. Gość odcyfrował tylko BANK, nie doczytał, że to BANK KRWI… Tak jak i tamci, leży mi na podłodze, cymbał jeden.
I tak co wieczór. Historyjka wkrótce się wszystkim osłuchała, choć za każdym razem rżeli jak stado dzikich centaurów. Dzięki temu jakoś gładko przełknęli moją nową historyjkę, choć w tym przypadku nie musiałem już kłamać. Nie musiałem nikomu wciskać kitu, jak to zostałem Łowcą. Okrutnym, bezwzględnym Łowcą. Punktem zwrotnym w mojej nietypowej karierze była prośba technicznego o czasowe przejście na nocną zmianę.

No właśnie – zdradziłem już połowę mojego największego sekretu: jestem Łowcą. Samozwańczym. Nie jakimś tam wybrańcem, pomazańcem, pomyleńcem. Po prostu odkryłem w sobie mordercze instynkty i robię to, co lubię. A wszystko przez naszego dyrektora technicznego. Wyobraźcie sobie, że ten cymbał nie był nawet świadom skali spisku, w jakim wszyscy uczestniczyliśmy. Ale… właśnie dzięki temu wszystko wyszło na jaw i mogłem odkryć w sobie moje niesamowite talenty, które z bezwolnej ofiary pomogły mi się przeistoczyć w myśliwego.
Katalizatorem całego następującego łańcuchu zdarzeń było zniknięcie Stacha, nocnego zmiennika. Widywałem go głównie rano i choć facet był mrukowaty, lubiłem go za prostotę formułowania myśli. A miał kiedy myśleć – rzadko kiedy na nocnej zmianie działo się cokolwiek, a gdzieżby tam miało się dziać coś ciekawego! Pamiętam, jak po raz pierwszy obejmowałem dzienną wachtę, a mój cokolwiek ekscentryczny kolega zdawał mi dyżur wraz z całym tym krwawym dobrodziejstwem. Oczywiście towarzyszył mi personalny, który specjalnie przyjechał z oddziału wojewódzkiego, aby wprowadzić mnie w arkana magazynowania i gospodarowania życiodajnym płynem ustrojowym, jakim niewątpliwie jest krew. Weszliśmy do sali operacyjnej, zza kontuaru wychynęła strasznie chuda postać na oko po czterdziestce. Jak się później okazało, Stach, choć dość poważnie wyglądał, dobiegał dopiero trzydziestki. Dość, że ten kościsty wypłosz na mój widok warknął tylko przyjaźnie coś pod nosem, po czym dodał:
– Mmmm. Nowe mięsko…
Personalny zmierzył go wzrokiem.
– Masz tu. – Wypłosz walnął w stół papierami na podkładce z napisem „Scholar”. Zadrukowana tabela wykazywała, kiedy i o której był kurier, skąd przyjechał, ile i jakiego sortu pobrał. Prosta rzecz! Tak wtedy myślałem.
– Dzięki. Tomasz jestem. – Wyciągnąłem rękę. Popatrzył na nią obojętnym wzrokiem, po czym po chwili, jakby bez przekonania, uścisnął.
Tymczasem personalny przeglądał zapiski oparty plecami o coś, co mi się wydawało kasą pancerną.
– Skoro już się znacie, poproszę pana o przekazanie nowemu koledze co nieco wiedzy o naszej pracy. – Jego nieskazitelnie błyszczący ołówek błądził po notatkach.
– To pudło za dyrektorem, to nasz sejf. Strzeż go jak oka w głowie, wszędzie pełno krwiopijców!... – zaczął Stach, ale nie było mu dane dokończyć.
– Proszę nie żartować sobie z nowego kolegi! – wtrącił się dyro odrywając wzrok od papierów.
– Taaaaa… Jak otworzysz sejf, po lewej masz plusy, po prawej minusy. Leci od góry zerówka, potem jak w alfabecie: A, B, AB… Jak się która skończy, trzeba rozpisać zamówienie, wtedy punkty rozpoczną zbiórkę i wieczorem cały ten kisiel ci zwiozą.
– Aha – potaknąłem, choć to wszystko było dla mnie dość niesamowite.
– Tu rejestrujesz wypływy… he, he! Fajnie brzmi! – Dyrektor znowu spojrzał spode łba na mojego zmiennika. – Tu wpływy. Co tydzień inwentarka, zmiennik potwierdza stany. Straty wpisujesz do kolumny na końcu. Tylko nie podpijaj, bo bilans musi się zgodzić!
– Straty? – zapytałem zdziwiony.
– Czasem pakunek spadnie przy przemieszczaniu – wtrącił personalny. – Te nowe woreczki do przechowywania też nie są rewelacyjne. Szkło z podwójnym korkiem było o wiele lepsze…
– Taaa… – mruknął Stach. – Kto by pijał wino z foliowego worka!
Dyro zmierzył go raz jeszcze, więc chudzielec pożegnał się, wziął skórzaną raportówkę na przydługawym pasku i poczłapał raźno do wyjścia. A dla mnie rozpoczęła się pierwsza, krwawa dniówka. Bez napadu, o którym tak chętnie opowiadałem później przy piwku.

Po pół roku byłem już całkiem obcykany, gdzie, co, jak, za ile i po co. Wiedziałem, że jak przyjeżdżał „Ra-aptek”, to przeważnie była to B Rh+, co najmniej pięć litrów. Inni brali głównie rzadkie grupy krwi, ale „raptusie” brali głównie B+. Pewnego pięknego dzionka dyro techniczny placówki wezwał mnie do siebie i zapytał o Stacha. Wyjątkowo dziś rano papiery czekały na mnie na kontuarze, ale nocnego zmiennika nie było. Cóż, zdarza się! Klucze od tego przybytku i tak miałem, tak na wszelki wypadek. Kodu do alarmu nie pamiętałem, bo i też nie pamiętałem, kiedy ostatnio alarm był używany. Myślę, że na to pytanie nie potrafił mi odpowiedzieć nikt w firmie. A Stach? Podobno odbił kartę po dziesiątej wieczór, czyli objął zmianę, natomiast kiedy ją skończył? Nikt nie wiedział.
– Podejrzewam, że pan Staszek po prostu pieprznął robotą – wypalił techniczny.
– Może gdzieś popił?
– Człowieku, to krowa, nie mężczyzna! – Mój rozmówca wzniósł oczy do nieba. – W życiu opił się tylko mlekiem, alkoholu do ust nie brał!
– Dobra, ja wracam do operacyjnej. – Odwróciłem się na pięcie. – Jakby co, to ja chwilowo nie mam zamiaru pieprzyć tej roboty.
– Jakby co, to proszę wieczorem być pod telefonem – rzucił całkiem serio dyrektorek. – Na nocnej zmianie trochę lepiej płacą, a i spokojniejsza robota.
Co do pierwszego miał rację. W miarę delikatnie zamknąłem drzwi do jego pokoju szumnie nazywanego „gabinetem”, nie wiedząc, że w tej drugiej kwestii dyro się cholernie mylił.

Telefon zadzwonił. Piętnaście po byłem już na posterunku i zamykałem za zatroskanym technicznym. W końcu stracił w miarę nienarzekającego pracownika! Usiadłem w fotelu, spojrzałem w grafik. No tak, teraz to mi już tylko nocki pozostaną… Ale niech tam! Na nocce też można się przekimać i jeszcze ci za to płacą. O jedenastej zajechały „raptusie” swoim wysłużonym Polonezem. Tak jak pisałem kilka wersów temu: pięć litrów B Rh+. Motocyklista na autostradzie. Potrzeba dużo krwi, bo gość chciał przegwałcić kierownicę, która ostatecznie spenetrowała mu trochę wnętrza. Drobiazg, może szczaw pożyje dzięki tym woreczkom do rana. O dwunastej piętnaście telefon, czy mam dychę A minus. Aż tyle nie, ale osiem mogę dać. Dobra, zobaczą, czy nie uda się skompletować dostawy z dwóch mniejszych magazynów bliżej szpitala. Ha! Trudno! Na Tomaszka z popielnika iskiereczka mruga – chodź, opowiem ci bajeczkę, nocka będzie nudna. O pierwszej dwadzieścia miałem gościa. Tego oczywiście nie rejestrowałem, ale przyszedł do mnie facet, który był kolejnym ogniwem odmieniającym mój nudny żywot „bankowca”. Trudno zresztą mówić, że przyszedł, bo to ja go wciągnąłem do środka myśląc, że gość jest ranny, albo nagle zasłabł. Dość, że dokładnie o pierwszej dwadzieścia facet zawisł mi na chromowanym pochwycie aluminiowych drzwi prowadzących z ulicy wprost do operacyjnej.
– Nic panu nie jest? – zapytałem szczupłego mężczyznę przed pięćdziesiątką, który wisiał mi na ramieniu.
– To chwilowe. – Jegomość próbował się uśmiechnąć, lecz wyszedł mu tylko jakiś taki dziwny, kwaśny grymas.
– Proszę się na mnie oprzeć – dodałem. – Usiądzie pan, odpocznie chwilę…
Co prawda był ode mnie wyższy o pół głowy i rzekłbym, że garnitur wręcz na nim wisiał, ale tego, że facet okaże się aż tak lekki, nie podejrzewałbym. Wprowadziłem go do operacyjnej kopiąc piętą w drzwi. Niepotrzebnie, bo samozamykacz i tak by zadziałał. Oparłem mojego nieoczekiwanego gościa o kontuar i odsunąłem stolik w zaimprowizowanym punkcie oczekiwania petenta. Złapałem gościa pod pachy i ciężko usadziłem w miękkim fotelu.
– Napije się pan wody? – nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy.
– Dziękuję, nie…
– Jak się pan czuje?
– Trochę mi już lepiej – odparł gość słabym głosem. – Myślałem, że już nie dojdę.
– Na całe szczęście mam nocny dyżur – starałem się podtrzymać rozmowę, bo widziałem, że gość jakby powoli odzyskiwał kolory.
– Czy… – zawiesił głos.
– Czy…? – powtórzyłem jak echo.
– Czy i od pana dostanę trochę krwi?
To pytanie mnie zaskoczyło kompletnie.
– Transfuzja nie wchodzi w rachubę – burknąłem nie wiedząc, co powiedzieć.
– Pan wtajemniczony? – zapytał mnie dziwny gość kładąc głowę na oparciu fotela.
– Wtajemniczony – odparłem, bo przecież byłem członkiem Gildii Miłośników Fantastyki i chyba mogłem się zaliczać do wtajemniczonych. Tak mi się przynajmniej wydawało.
– To rozumiem pańskie opory – jęknął facet. Dopiero teraz mogłem mu się przyjrzeć. Pomimo wieku, skórę miał gładką, choć bladą. Jego rysy twarzy mógłbym nazwać szlachetnymi, gdyby nie to, że sam delikwent zdawał się cierpieć.
– Nie mam identyfikatora… – westchnął gość.
– Zgubił pan? – zapytałem przysiadając obok na stoliku.
– Odebrali mi. Jestem seropozytywny.
– C'est la vie – odparłem filozoficznie, ale nic ciekawszego mi do głowy nie przyszło. To już po raz drugi tego wieczora, ale chyba rozumiecie moją dezorientację.
– Złotem zapłacę! – mężczyzna poderwał się do siadu wyszarpując z kieszeni niedużą monetę, która chwilę potem potoczyła się po stole w moim kierunku. Podniosłem żółtawy krążek i przyjrzałem mu się. Z jednej strony smutne oblicze ukazywała Matka Boska, obok majaczył wytarty napis „..a mater dei patrona hungarie…”, z tyłu był herb Węgier. Obok imienia władcy brak jednak było nazwy Węgier, były natomiast niezrozumiałe skróty i liczba 26. Znałem się na starych monetach jak nikt inny w moim wieku, ale takiego egzemplarza nie spotkałem jeszcze nigdy. I wtedy wszystkie elementy układanki zaczęły mi się same dopasowywać… Moneta była z Siedmiogrodu, pół węgierskiego, pół rumuńskiego księstwa. Nie muszę chyba mówić, skąd pochodził najsłynniejszy hospodar wołoski…
– Siedmiogród… – wyszeptałem oglądając monetę.
– Transylwania – odparł mój tajemniczy rozmówca. – Ojczyzna ukochana i nasze przekleństwo.
– Jak to się stało…? – spytałem odkładając monetę na blat stołu i choć nie o to pytałem, usłyszałem tylko potwierdzenie szalonej hipotezy, która zaczynała dojrzewać w moim skotłowanym umyśle.
– Od czasu, jak jakiś Murzyn bzyknął małpę gdzieś w Afryce, Rada podjęła decyzję o rozwoju sieci banków krwi. Uruchomili ogromne fundusze, owszem – krew ratuje wasze kruche życie, ale głównie służy nam. Jak każdy z nas, identyfikator miałem i ja. Przychodziłem, odbierałem butelki, potem woreczki… tylko za okazaniem. A potem zatęskniłem za tradycją i dziabnąłem tego zataczającego się młodzieńca. Śmierdział klejem i niestety, przenosił HIV. Od tego czasu jestem seropozytywny, a Rada za złamanie przepisu odebrała mi identyfikator skazując na wieczny głód. Kąsać też mi już nie wolno, spiłowali mi kły. Tak oto i ja stałem się ofiarą małpiej zarazy.
„Wariat” – pomyślałem. „Albo mitoman! Mało to takich?”. Na wszelki wypadek, gdyby jednak gość był seropozytywny i chciał mnie ugryźć, odsunąłem się na krawędź stolika.
– Niech się pan nie obawia. – Facet starał się mnie uspokoić widząc moją reakcję. – Pochodzę ze starego rodu, w którym uczciwość ceni się szczególnie wysoko.
Nie odpowiedziałem. Zapadło niezręczne milczenie, ale przyznam, że perspektywę nudnych nocek powoli przesłoniła mi wizyta wariata, który do swojej roli był całkiem dobrze przygotowany. Brak mu było tylko długiej, czarnej peleryny.
– To jak? Da się pan przekupić? – zapytał szaleniec.
– Podobno ceni pan uczciwość…?
– Owszem, ale głód potrafi przesłonić wszystko. A głód krwi jest silniejszy, niż może pan sobie wyobrazić – zapewnił mnie gość. – Niech pan sobie wyobrazi, jak to jest mieć w życiu tylko jedno pragnienie! Boże, jak ja pragnąłbym umrzeć!
– To wampiry żyją wiecznie? – zapytałem po raz pierwszy bez oporów używając słowa „wampir”.
– Niestety, tak.
– To fascynujące, poznać tylu ludzi i zobaczyć tyle wydarzeń… – postanowiłem pociągnąć temat, bo gdzieś wyczytałem, że wariat się uspokaja, jeżeli trochę mu poprzytakiwać do jego idée fixe.
– Niezbyt. – Mężczyzna skrzywił się kwaśno. – Patrzeć na świat, który przemija i coraz mniej go rozumieć?
– Proszę wyjść kiedyś na słoneczko – poradziłem, przypominając sobie książkę Brama Stokera.
– To by było samobójstwo! – oburzył się mój gość. – Po takim czynie Bóg by mi nigdy nie wybaczył! Nie czytał pan Pisma?
– Ależ oczywiście, że czytałem! – zapewniłem go nie tyle dla świętego spokoju, ile dla własnego bezpieczeństwa. W tym moim powalonym kraju, kraju, z którego pochodził jeden z największych ludzi nauczający swoje owieczki tolerancji, ja – ateista – doświadczałem nietolerancji na każdym kroku, myśląc niejednokrotnie, że pontyfikat tego wielkiego człowieka poszedł na marne, bo ludzie nic nie zrozumieli z jego nauk.
– … a tak mam szansę na odkupienie win, choć nie będzie to łatwe!
– Proszę zatrzymać swoją drogocenną błyskotkę. – Przesunąłem monetę w jego kierunku. – Zobaczę, co się da zrobić. Proszę tu poczekać.
To rzekłszy, udałem się na zaplecze i zacząłem grzebać w mojej czarnej, szmacianej i odrobinę znoszonej torbie. Wyciągnąłem kartonik, naciąłem nożyczkami róg. Pod stołem stało kilka starych butelek po kroplówkach. Wybrałem najmniej zakurzoną, otworzyłem szufladę i wyciągnąłem samoprzylepną etykietkę z czerwonym paskiem na skos oraz dużą literą B z prawego boku. „KREW LUDZKA KONSERWOWANA” – głosiła etykietka, krzycząc dużymi literami. Wlałem do połowy myśląc też i o moim aperitifie, zakorkowałem gumę, nałożyłem aluminiowy kapsel i całość tej mojej mistyfikacji zawinąłem w foliową reklamówkę. Popatrzyłem na efekt – na pierwszy rzut oka mój wieczorny sok pomidorowy z osiedlowego marketu przypominał trochę zleżałą porcję krwi… W każdym bądź razie temu biednemu szaleńcowi nie zaszkodzi! Z lekkim uśmieszkiem zadowolenia powróciłem do operacyjnej, gdzie w fotelu spoczywał mój niezwykły gość.
– Stare zapasy, przeterminowane i poza stanem… ale jakoś utylizować to muszę. Nie miałem serca wylać. – Zacząłem łgać jak z nut.
– Dziękuję panu. – Mężczyzna pochwycił butelkę owiniętą reklamówką. – Niekoniecznie ratuje mi pan życie, ale na pewno ulży mi pan w cierpieniu.
Wyciągnąłem rękę, aby pomóc mu wstać. Ciężko było go ruszyć z miejsca, biedak musiał być naprawdę bardzo osłabiony, ale w końcu jakoś poszło.
– Nie ma za co, czasem też bywam w potrzebie – odparłem uprzejmie doprowadzając gościa do drzwi. – Zdrowia życzę i dobranoc.
– Dobranoc. – „Wampir” skłonił się, przeszedł na drugą stronę ulicy. Po chwili straciłem go z oczu. Zadowolony ze spławienia cokolwiek ekscentrycznego gościa wróciłem do krzyżówki.
Dwanaście minut później drzwi wejściowe do banku otworzyły się z hukiem.

Dziwnym, rachitycznym krokiem, jakby na sztywnych nogach, wtoczył się do operacyjnej mój ulubiony szaleniec udający wampira. Jego sztywne kończyny odmawiały posłuszeństwa, arystokratyczną twarz wykrzywiał grymas. Na widocznych częściach ciała coraz wyraźniej zarysowywały się spuchnięte żyłki czegoś, co wyglądało jak spękania w marmurze. Żyłki pulsowały własnym życiem, pojawiały się, to znikały i znów pojawiały się, ale jakby ze zdwojoną siłą.
– …to był sok pomidorowy…? – wysyczał gość.
– Sprawdzę datę ważności, ale nie powinien panu zaszkodzić. Zresztą ja też już piłem…
– Pan nie jest wtajemniczonym!.... – pod gościem ugięły się kolana i padł na klęczki. Żyłki na bladej skórze stawały się coraz grubsze. – Teraz Najwyższy mi wybaczy!... Zostałem otruty… pomidory zawierają srebro… zabójcze dla wampirów…
Padł na twarz wijąc się w konwulsjach. Dopadłem do nieszczęśnika mając nadzieję, że to tylko atak padaczki albo hipoglikemia, ale kiedy go odwróciłem, wiedziałem, że facet kona.
– Krzyż! – wystękał, jego przekrwione białka oczu powoli zachodziły mgłą. Natychmiast wpadłem do chłodni tuż obok. Kiedyś miała tu być kostnica, ale Akademia Medyczna sprzedała budynek i powstał nasz bank. Chłodnia jednak została, a tam wisiał jedyny krzyż w całym banku. Zerwałem go natychmiast ze ściany i pognałem do operacyjnej. Położyłem konającemu na piersi.
– Dziękuję…. – wyszeptał i stężał. Jego ciało poszarzało i po chwili faktycznie przypominało stary kamień.
Stałem tak nad nim z rozdziawioną gębą, bo to raczej chyba nienormalne, aby przypadkowy facet wykitował na pierwszym, nocnym dyżurze i to jeszcze z winy soku pomidorowego. Nie wiedziałem, czy mam dzwonić po technicznego, po jakieś pogotowie, czy po „aniołki Charliego” spod numeru 997… i co ja powiem?
Gdy tak kombinowałem, co tu zrobić, wpadł mi do głowy jeszcze jeden, niedorzeczny pomysł. A jeżeli klient mówił prawdę? Targany najgorszymi przeczuciami wyszarpnąłem szufladę pod kontuarem, gdzie obsługa gromadziła latami różne, bardzo potrzebne i wysoce zbędne śmieci. Pamiętam, że gdy szukałem żyletki do zaostrzenia ołówka zaciąłem się w palec kawałkiem rozbitego lustra.
Po chwili znalazłem kawał rozbitego zwierciadła. Ustawiłem je nad zwłokami i popatrzyłem w odbicie trupa. Moje najgorsze obawy znalazły potwierdzenie w rzeczywistości – trupa na posadzce nie było widać. Popatrzyłem na leżącego przede mną mężczyznę z krzyżykiem na piersi i jeszcze raz po patrzyłem w lustro. Krzyżyk był, lecz gdzie był nieboszczyk? Podniosłem krzyżyk i odniosłem do nieczynnej chłodni, aby odwiesić go na miejsce. Sięgając do zaczepu na ścianie kopnąłem butem coś metalowego. Śrubka, i to nierdzewna! Skąd to u licha…? Popatrzyłem do góry. Jedna z płyt podwieszonego sufitu była odsunięta. W mroku powstałej szczeliny majaczyła ludzka ręka. Miałem już dwa trupy. Odnalazł się Stach.
Wziąłem metalowy taboret i postanowiłem sprawdzić, czy aby się nie mylę. Stojąc na stołku odkryłem dwie rzeczy – faktycznie odnalazłem mojego zmiennika, poza tym w palcach nieboszczyk miał duży, mosiężny żeton z uśmiechniętym słoneczkiem i napisem „one penny / dum tacet clamat”. Schowałem ten żeton i postanowiłem ze Stachem poczekać do rana. Tylko co można było zrobić z trupem z sali operacyjnej?
Rozwiązanie nasunęło mi się, gdy jeszcze stałem na taborecie i dokręcałem obluzowaną płytę. Obok wisiała lampa bakteriobójcza, emitująca światło, którego spektrum do złudzenia przypominało intensywne światło słoneczne. Pół minuty później ciągnąłem już truchło wampira za nogi w kierunku chłodni. Ułożyłem pośrodku niedużej Sali i podbiegłem do włącznika lampy. Oby tylko zadziałała! Ufff! Była na chodzie! I jak myślicie? Co się stało? Nie było ani wybuchu, ani kuli ognia, ani skwierczących płomieni. Ciało zaczęło się kurczyć jak kostka cukru w gorącej herbacie, coraz bardziej się rozpuszczając w jasnej poświacie, aż w końcu zniknęło całkowicie. Bez dymu, bez ognia, bez smrodu spalenizny.

Rano, kiedy zjawił się personalny z nowym kandydatem do pracy na dziennej zmianie, gestem wezwałem go na stronę.
– Czy pan jest wtajemniczony? – zapytałem zupełnie zaskoczonego dyrektora.
– A ty masz identyfikator? – zapytał dyro. Po chwili patrzył zupełnie skołowany w tajemniczy żeton z uśmiechniętym słoneczkiem.
– Wystarczy? – zapytałem.
– Widzę, że nic nie zostawili przypadkowi. Mogłeś mnie uprzedzić!
– Przepraszam! – odparłem skruszony. – Nie było okazji.
– Oczywiście dostaniesz podwyżkę…
– Nie o tym chciałem rozmawiać – przerwałem tyradę dyra. – Zmiennik mi się znalazł
Wymownym gestem przejechałem palcem po gardle, następnie pokazałem górę.
– Gdzie?
– W chłodni.
– Do wieczora posprzątamy – zapewnił mnie dyrektor, po czym prawie po przyjacielsku klepnął mnie w ramię. – Idź do domu, prześpij się. Miałeś ciężką noc.
Nawet nie wiedział, jak bardzo.

Kiedy wstałem po południu, odbyłem szybki rajd po okolicy. W osiedlowym markecie kupiłem mój ulubiony sok pomidorowy, w sklepie sieci „jeden dolar” nabyłem za całe trzy złote damskie lusterko do makijażu, format dwadzieścia pięć na piętnaście, obrotowe na krótkich ośkach, a na koniec srebrny krzyżyk w księgarni Świętego Jacka. Wpadłem na chwilę do kościoła i unurzałem krzyżyk w chrzcielnicy wypełnionej święconą wodą. Następnie udałem się do mojego mistrza od szkła, pana Edzia. Ucieszył się na mój widok, lecz moje pytanie, z jakim go odwiedziłem, zdziwiło go absolutnie.
– Mam zwykłe lustro, w którym pewnych rzeczy nie można dostrzec – zacząłem niezręcznie rozmowę. – Chciałbym jednak dostrzegać.
– Bawisz się teraz magią? Ja w twoim wieku uganiałem się za laskami…
– Kłopot mam w pracy i chciałbym go rozwiązać tą niekonwencjonalną metodą.
– Dobra – uśmiechnął się mój mistrz i gestem wskazał wnętrze warsztatu. – Chodź, pokażę ci różne lustra.
Poszliśmy. Z tyłu szlifierki do krawędzi stała wielka tafla zwykłego lustra.
– Stań naprzeciw. – poprosił pan Edek. – Co widzisz?
– Jak to co? Siebie! – odparłem i moja odpowiedź była oczywista.
– No właśnie! – Pan Edzio nasunął okulary na nos. – To zwierciadło jest zwykłym lustrem srebrnym, jego tylna powłoka to głównie srebro z lekką domieszką manganu i sodu. Gdy w grę wchodzi taka ilość srebra, człowiek widzi tylko siebie. Poza tym srebro uchodzi za „czyste”, więc wchłania energię, niezależnie od tego, czy jest ona superdobra, czy arcyzła. Dlatego ani zła, ani anioła nie obejrzysz w takim lustrze.
– Ładnie! – odpowiedziałem z półuśmiechem wiedząc już, że nie jestem aniołem. Moje odbicie było widoczne.
– Ale istnieją jeszcze inne lustra – ciągnął wykład mój mistrz. – Grafitowe odbija świat na szaro, ale niestety, dzięki domieszce węgla, duchy widać w nim bardzo blado. Do twoich niecnych celów najlepsze będzie lustro złote, zwane też lustrem czarownicy.
– No ładnie! Teraz to już chyba awansowałem! – zakrzyknąłem niemal radośnie idąc za szklarzem w głąb hali.
– Myśl sobie, jak chcesz – uśmiechnął się pan Edek stając przy złotej tafli. – To lustro w swojej warstwie obijającej zawiera tylko związki chromu, a dokładnie chromiany. To one nadają mu niepowtarzalny, złoty kolor. A dzięki temu, że nie zawiera srebra, wszystkie istoty nie z tego świata pozostawiają w nim swój ślad. Pamiętaj tylko: ich obraz w zwierciadle jest odbiciem ich rzeczywistego wyglądu, bo niejednokrotnie to, co widzisz, to narzucone przez nie złudzenie optyczne.
– Widziałem waszą nową ekspedientkę z punktu handlowego na Matejki – pozwoliłem sobie na żart. – Jej obcisła bluzka, to dopiero było złudzenie!
– Wiesz co? – Mistrz szkła udawał prawdziwie oburzonego. – Ożeń się w końcu i nie truj mi dupy.
Nie trułem, co nie znaczy, że od razu poleciałem się ożenić. Poprosiłem o przycięcie formatki dwadzieścia pięć na piętnaście z odpadu złotej tafli. Nie było problemu. Potem, ku uciesze zaskoczonego znajomka, rozmontowałem damskie lusterko do makijażu, wyciągnąłem taflę srebrną, złożyłem plecami z taflą złotą i ponownie wprowadziłem materiał w prowadnice. Teraz miałem obrotowe lustro dwojakiego rodzaju: z jednej strony zwykłe srebrne, z drugiej złote lustro czarownicy. Podziękowałem i ruszyłem w drogę powrotną do domu.

O dwudziestej drugiej przejąłem dyżur od Pawła z popołudniówki. Gdy tylko drzwi zamknęły się za jego zwięzłym „cześć”, rozpocząłem własne porządki. Na kontuarze tuż przy ścianie ustawiłem lusterko srebrną powierzchnią w kierunku drzwi. Krzyżyk położyłem obok klawiatury komputera tuż pod blatem tak, aby był w każdej chwili pod ręką. Do potężnej strzykawki wygrzebanej w domu nabrałem sporą ilość soku pomidorowego w nadziei, że nie sfermentuje mi do rana. I jeszcze tylko jedna rzecz – na szyi powiesiłem sobie rzemyk z nietypowym wisiorkiem – mosiężnym pieniążkiem z uśmiechniętym słoneczkiem. Czekałem.
Pierwsza dwadzieścia wpadli „raptusie”. Jak po ogień! Kątem oka zobaczyłem, że obaj kurierzy mieli swoje odbicie w lustrze, więc dałem sobie spokój z moimi pozazawodowymi dociekaniami, bo czas naglił. Tym razem zerówka, ale też w plusie. Pobrali, uścisnęli łapkę i pognali do potrzebującego. Nawet nie zdążyłem rozchodować surowca w kartotece, kiedy drzwi do banku otworzyły się i wszedł niewysoki wąsacz o bladej karnacji. Trzeba przyznać, że i ten był dobrze ubrany, więc od razu odruchowo spojrzałem w damskie lusterko. Nikogo!
Więc było ich więcej! Tymczasem mój nowy gość podszedł dystyngowanym krokiem do kontuaru, oparł się o niego nonszalancko i kiedy zobaczył mój medalik, obnażył wystające z uśmiechu kły.
– Miło pracować z kimś kompetentnym – rzucił na dzień dobry. A może dobry wieczór?
– Witam. Identyfikator proszę – odparłem urzędowo, aczkolwiek uprzejmie.
– Ha! Po uśmiechu nie widać?
– Procedury, pan wybaczy. – Rozłożyłem ręce nie wiedząc, czy uwierzy w moje zmyślone procedury.
Po chwili o blat brzęczał rzucony medalik, identyczny z moim uwiązanym na rzemyku.
– Czym można służyć? – zapytałem, ale przecież wiedziałem, że facet nie wpadł tu na kawę. W pewnym sensie, oczywiście.
– Woreczek A, może być AB. Koniecznie plus, po minusie mam zgagę. – Klient był wyraźnie zadowolony. Nie dziwota. Oto szykował się obiadek.
Odwróciłem się, otworzyłem sejf i wybrałem woreczek z odpowiedniego gatunku i odczynu.
Po chwili położyłem woreczek obok klawiatury komputera i w momencie, kiedy wąsacz chował swój drogocenny żeton do skórzanego portfela, podłączyłem strzykawkę z sokiem do wentyla pojemnika. Wstrzyknąłem wszystko, po czym szybko potrząsnąłem woreczkiem. Mężczyzna wsunął portfel do wewnętrznej kieszeni marynarki i popatrzył na mnie wyczekująco.
– Tak, aby nikt nie widział z zewnątrz. – Konfidencjonalnie mrugnąłem okiem. – Rozgłos nam niepotrzebny, a ludzka ciekawość jest wielka.
– Dobrze rozumujesz, młodzieńcze! – warknął zaśliniony wampir z lubością wpatrując się w podany w pośpiechu spod lady woreczek krwi.
– Dobra, proszę sobie z tym usiąść w kącie, poza zasięgiem wzroku, a ja skoczę na chwilę do chłodni, chyba żarówka mi wysiadła. – To rzekłszy, wyszedłem do chłodni. Sprawdziłem żarówkę z lampy bakteriobójczej i odczekałem w spokoju pięć minut. Kiedy powróciłem do sali operacyjnej, mój gość właśnie tężał, oczywiście konając. Czarne żyły pulsowały na jego dłoniach i twarzy, w końcu przestał się poruszać. Szybko położyłem krzyż od Świętego Jacka na jego zimnym czole i wyszeptałem patrząc w zachodzące mgłą, przekrwione oczy „Niech Bóg ci wybaczy”.
Tej nocy lampa bakteriobójcza pracowała jeszcze przez pół godziny.

Z biegiem czasu wciągałem moich gości w rozmowę, usypiając ich czujność. Numer dwudziesty czwarty okazał się na oko w moim wieku, więc nim go zabiłem, pożartowaliśmy trochę.
– Słuchaj – zagadałem. – Jak to jest z tym czosnkiem i wodą święconą?
– He, he, he! – zaśmiał się blady gostek, ukazując śnieżnobiałe kiełki. – Tu cię zaskoczę! Woda święcona nas nie pali, jak to jest na tych lipnych filmach, po prostu ze względów higienicznych unikamy wody, w której ktoś inny macza palce. A woda święcona pobrana w kościele jest roztworem niesamowitych brudów pochodzących z rąk wiernych. Rzeszy wiernych!
– Moment, jak to higienicznych? – zapytałem zdumiony.
– Dla ciebie wyglądam zawsze tak samo. – Facet pochylił się nad kontuarem i zniżył głos do szeptu. – Ale ja nie żyję i się rozkładam. Inaczej niż normalny trup, niemniej czuję to, to pali jak ogień. Nie mogę umrzeć, więc czuję ten smród, ten ogień… to co ty widzisz, to złudzenie.
A brudna woda to dodatkowe bakterie do mojego rozkładu.
– A czosnek? – rzuciłem krótko.
– Ja nie lubię – skrzywił się wampir. – Ale niektórzy go uwielbiają, na przykład Żydzi.
– Żydowski wampir? E, nabierasz mnie!
– A co ty myślisz? Mamy różne korzenie, choć wspólną przeszłość…
– Dobra. – Wskazałem mu fotel w kącie. – Siądź sobie tam, załatw co potrzebujesz i oddaj worek. Będzie, że mi upadł, to jakoś to rozchoduję. Aha, palenie zabronione!
I rechocząc mu do wtóru poszedłem odpalić lampę w chłodni. To był numer dwadzieścia cztery.

Od numeru sto ósmego dowiedziałem się ciekawej rzeczy: całą tą hołotą krwiopijców rządził książę, o którym mój rozmówca powiedział kilka razy „centurion”. Zaiste, dziwny to przydomek dla księcia wampirów, ale muszę przyznać, że ich organizacja oraz profity, jakie z tego wyciągali, powoli zaczynały robić na mnie wrażenie. Do dyspozycji był nie tylko jeden bank, ale cała sieć! Istniała ona w wielu krajach – i oprócz pełnienia funkcji bufetu dla wiecznie podróżujących wampirów przynosiła konkretne, siedmiocyfrowe zyski. A ja pracowałem nadal, znajdując ukojenie w zabijaniu wolnego czasu zabijaniem wampirów i muszę przyznać, że porządny zastrzyk adrenaliny z tym związany był mi niezbędny do życia, jak innym skoki na bungee, wyścig motocyklowy czy wspinaczka wysokogórska. Ot, takie przyjemne hobby.
Numer pięćset dwanaście wygadał się na temat mitu o zostawaniu wampirem. Nie była to prawda, nie można było ot tak zostać wampirem, choćby się go całego zjadło na surowo. Ciążyła na nich jakaś klątwa, tylko dlaczego? Tego już mi nie zdążył powiedzieć, bo zaczął chłeptać swoją zaczarowaną porcję B plus. Po dziesięciu minutach lampa w chłodni znów pracowała pełną parą.
Czasem techniczny się dziwił, że w zapotrzebowaniu biurowym pisałem czasami żarówkę do lampy bakteriobójczej. Tłumaczyłem, że chłodnia może się jeszcze kiedyś przydać, a póki co, korzystam z niej jak ze zwykłego magazynu. Nie dodałem, że był to magazyn na martwe wampiry. I tak umykały mi miesiące pracy, z czasem i lata. Czwartego sezonu wzbogaciłem na tyle swoje wyposażenie, że byłem przygotowany na najgorsze, to znaczy na ewentualną wpadkę. Nie było z tym żartów, bo wampir to stworzenie odrobinę martwe, natomiast silne jak wściekły wół i bezwzględne jak świerzb jajek. Najgorsze nastąpiło szybciej niż myślałem, bo w dwa miesiące od wzbogacenia arsenału.

Po pierwsze, arsenał wzbogaciłem o modlitwę. Pomimo swojego braku wiary w cokolwiek, kilka razy już przekonałem się o potędze słowa, i nie chodzi mi tu o oklepany frazes „zwalniam pana”. Chodziło mi o słowo żywe, słowo magiczne, a ponieważ moja wyobraźnia co do modlitw magicznych ograniczała się do „zdrowaśki” i „ojcze nasz”, mój wybór padł na ten ostatni tekst. Zdobyłem go w kilkunastu językach świata, tak na wypadek, gdyby oporny krwiopijca nie najlepiej radził sobie z polszczyzną, więc był tam „Father unsern”, „Tatal nostru”, „Pater noster” i kilka innych wariantów. Aby nie tracić cennego czasu na oczekiwanie właściwego tekstu podczas ewentualnej konfrontacji, zgrałem to jako jeden plik ponakładany wielokrotnie na siebie. Powstała z tego niezła kakafonia, ale pewien byłem, że właściwy tekst przebije się spośród innych, niezrozumiałych.
Drugą rzeczą, jaką wykombinowałem, to prymitywna broń miotająca. Ot, proste drewienko, tasiemka elastyczna i spinacz do bielizny jako mechanizm spustowy. Słodowy mógłby się za mnie wstydzić, ale jedno było najważniejsze – mój wynalazek działał. Próba ze śrutem wędkarskim i puszką po piwie wypadła imponująco, więc przystąpiłem do kombinowania odpowiedniego pocisku. Poświęciłem starą półmarkówkę z czasów cesarza Wilhelma, ale musiałem – to było srebro wysokiej próby. Przerobiłem to w pół godziny na całą kolekcję srebrnych wiórów, które posklejałem spoiwem organicznym w nieduże kulki. Wyszło mi ich pięć, więc zakosiłem ze strychu jeszcze cztery żabki do bielizny i zmajstrowałem sobie mini arsenał. Teraz tylko mogłem zrobić dwie rzeczy, obie cierpliwie: wysłuchać narzekania sąsiadki na tych gówniarzy od zdziry spod dwójki, co to jej klamerki do bielizny pokradli i czekać, aż nadejdzie czas konfrontacji z jednym z klientów mojego nietypowego baru.

Dwudziestego ósmego grudnia, kiedy objąłem dyżur, krótko po jedenastej przyszedł on. Wysoki, o bladej twarzy, z orlim nosem i nienagannymi, białymi rękawiczkami do czarnego garnituru. Kiedyś być może był to szczyt elegancji, mnie się raczej kojarzył ze stangretem. Pokazał identyfikator, poprosił o pół litra konkretnego bukietu i cierpliwie czekał. Kiedy wyjąłem woreczek, wykonał ruch, jakby go chciał delikatnie przejąć i wtedy śnieżnobiała rękawiczka poszybowała na wykładaną kafelkami posadzkę. Schylił się, ja w tym czasie szybkim, wytrenowanym ruchem dłoni podpiąłem strzykawkę z sokiem pomidorowym do woreczka i opróżniłem zawartość strzykawki w ułamku sekundy.
– Brawo! – Drzwi do korytarza z boku otworzyły się z impetem i ujrzałem dwie postacie, tak dobrze mi znane. Pierwszy do pokoju wtoczył się dyrektor techniczny, spętany jak baleron, bosy i z czarnym kneblem w gębie. Po chwili dopiero się zorientowałem, że facet został zakneblowany własnymi skarpetami. Drugim osobnikiem był dyrektor personalny, który popychał przed sobą nieszczęsnego miłośnika skarpet bijąc przy tym brawo pewnemu skromnemu pracownikowi działu obsługi. Mianowicie – mi.
– Miałeś rację, książę. – Personalny zbliżył się do wampira. – To w tym punkcie znikali wszyscy twoi towarzysze.
– Co z tego masz, mały człowieku? – Książę skierował się do mnie. – Tylko rychłą śmierć w perspektywie… Ilu zabiłeś?
– Sześćset dziewięćdziesiąt dwa wampiry – odparłem spokojnie, choć serce waliło mi jak młot parowy.
– Czyli ja jestem ostatni – uśmiechnął się tajemniczy arystokrata. – Przed nami długa noc! Najpierw ty, a nad ranem zajmę się tym przypadkowym safandułą.
Z przerażeniem obserwowałem, jak wampir delikatnie muska palcem powierzchnię kontuaru i powolutku, nieśpiesznym krokiem nieuchronnie podąża ku końcowi blatu.
– Opowiedz mi o klątwie, centurionie! – rzuciłem śpiesznie, by zyskać na czasie.
– Ha! – mężczyzna przystanął zaskoczony. Efekt został osiągnięty, zyskałem kilka chwil na przygotowanie się do ataku.
– W noc pojmania na wzgórzu Getsemani było nas dwie kohorty. Tylko dwóch wielkich centurionów z Judei na dwie kohorty. Wiesz, co to kohorta, ludzki ochłapie?
Pokręciłem głową na nie, choć doskonale wiedziałem, że centurion dowodził centurią. Setką żołnierzy.
– W czasach republiki kohorta rzeczywiście liczyła tysiąc najlepszych synów Rzymu, lecz w wyniku cięć związanych z powstaniem Cesarstwa, liczebność tą zmniejszono do 660 żołnierzy. Do tego sześciu setników. Razem 666 żołnierzy – oto liczba bestii. Oto tajemnica pisma! Kiedy oddział powstańców po złupieniu świątyni w Jerushalaim schronił się wśród ruin na wzgórzu, otoczyliśmy górę potrójnym pierścieniem. Pojmaliśmy Jeszuę, syna Judy z Gamalii, który mienił się królem ze szczepu dawidowego. Osądzony zgodnie z prawem rzymskim zawisł na krzyżu jak pospolity rzezimieszek – głową do góry, przybity za kończyny. Lecz kiedy konał, rzucił na nas przekleństwo – skoro skradaliśmy się w nocy łaknąc jego krwi, mieliśmy się skradać za krwią po wieczność, aż Bóg nam wybaczy. Czy choć trochę zrozumiałeś, ludzkie ścierwo?
Skinąłem głową, bo przyznam, że jego opowieść, choć skrótowa, była fascynująca. Szkoda, że człowiek dowiaduje się takich rewelacji na kilka sekund przed bardzo prawdopodobną śmiercią, i to w męczarniach. Potrzebowałem jeszcze tylko malutkiego wybiegu, by uratować moją ścierwowatą dupę…
– A co z resztą legionistów, co z drugim, słynnym centurionem? – Udałem ciekawego i lekko się nachyliłem nad kontuarem.
– Draconusa znasz jako Draculę, władcę Walachii – ciągnął wampir, ale już bez widocznego uśmiechu. – Pochodził z północnej Tracji i miał sentyment do swojej ojczyzny. Zginął z rąk takiego ścierwa, jak ty, sto lat temu. A reszta legionistów? Też zginęła! Kiedyś polowania na wampiry były bardziej popularne, bo i ludzie w nas wierzyli. Teraz – na całe szczęście – niewielu.
– W takim razie, skoro jesteś ostatni, mam dla ciebie dar – powiedziałem spokojnie i złapałem za górną krawędź obrotowego, damskiego lusterka. – Lustereczko, powiedz przecie, kto jest najstraszliwszy w świecie!
Szarpnąłem delikatnie. Lustro obróciło się ukazując drugą połać zwierciadła. Zwierciadła złotego, bez srebra pochłaniającego energię zła. Zwierciadła zdolnego odbić potworne odbicie bestii nocy. Wampir spojrzał w zwierciadło zaciekawiony i stanął zahipnotyzowany, bo po raz pierwszy od dwóch tysięcy lat zobaczył swoją twarz, a była to twarz śmieci. Nie wiem, co było widać w odbiciu, nawet nie jestem ciekaw, ale widok był na tyle przejmujący, że zmroził nawet tak zimnokrwistą kreaturę jak nocny łowca. Korzystając z chwili, jaka została mi dana, stopą wcisnąłem wmontowany w linoleum pod biurkiem włącznik starego, poczciwego Kaprala, mojego pierwszego magnetofonu. Szczęściem dychał nawet po tylu latach, więc z głośnika ukrytego pod kontuarem popłynęły słowa modlitwy.
„Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię twoje…”
Nim jednak modlitwa doszła do słowa „któryś”, miałem już w prawym ręku mój prymitywny miotacz kapsułek ze srebrem. Wampir spojrzał na mnie wściekle znad zwierciadła szczerząc kły, lecz ja już nacisnąłem klamerkę od bielizny, ten prosty i niezawodny mechanizm spustowy. Z głośnym sykiem przyśpieszona do ogromnej prędkości kulka opuściła opiekuńczą tasiemkę, by tuż przed osiągnięciem celu rozpaść się na dziesiątki ostrych, połyskujących wiórów. Potwór zawył raniony w twarz, po chwili ponowił swoją niewypowiedzianą skargę, gdyż drugi grad wiórów uderzył go na linii nosa. Z półtorej setki drobnych, głębokich ran poczęła się sączyć gnijąca ropa, znak nieomylny o toczącej potwora gangrenie. Trzeci pocisk zmasakrował mojemu przeciwnikowi szyję, czwarty zabarwił tysiącem kropek koszulę. Na twarzy wampira pojawiły się doskonale mi znane marmurowe żyłki, skóra, a właściwie masa pod nią, pulsowała sobie tylko znanym, burzliwym rytmem. Miałem już w ręku krzyżyk od Świętego Jacka, gdy drogę zagrodził mi drugi przeciwnik. Personalny widząc, jak masakruję jego mentora, wyszarpnął zza paska nóż myśliwski i przeskoczył przez spętanego dyrektora technicznego.
– Chodź tu, bydlę głupie – sapał. – Skończę z tobą, to zabawię się z tym ciekawskim wieprzem!
– Nie sądzę – odparłem i uniosłem do góry dłoń ściskającą ostatni miotacz. Błyskawicznie nacisnąłem klamerkę. Żadne stworzenie tego świata, czy to wampir, czy człowiek, czy nawet komornik, nie utrzyma się na nogach, gdy około osiemdziesięciu ostrych jak igły wiórów z dużą prędkością wbije mu się w oczy. Dyro padł na kolana.
– Moje oczy! – Złapał odruchowo rękami za twarz. – Kurwa, oślepiłeś mnie!
– To jeszcze nic z porównaniu z kręceniem wora, jakie ci zafunduję! – warknąłem i przywaliłem z prostego podbicia klęczącemu personalnemu w twarz. Ten z głuchym łomotem poleciał do tyłu, zwalił się ciężko na plecy i zaległ nieruchomo. Tymczasem ja przyskoczyłem do wijącego się w konwulsjach wampira. Położyłem mu krzyż na czole, ale ten machnął ręką tak potężnie, że poleciałem aż pod sejf. Pozbierałem się szybko, nabrałem rozpędu i z całej siły wbiłem nieduży, srebrny krzyżyk w jego pochlapaną koszulę.
– Pan ci wybaczył – wystękałem odsuwając się na czworaka od konającego monstrum. Wraz z ostatnim „amen” z odtwarzanej modlitwy wampir znieruchomiał.
Odczekałem kilka minut oparty plecami o ścianę, po czym zwlekłem się z podłogi. Kopnąłem zewłok, tak dla pewności. Wampir był martwy, i to bardzo dokładnie. Niestety, jak się okazało, dyrektor personalny też – mój kopniak w szczękę okazał się zbyt solidny, bo zawiasy żuchwy wbiłem mu aż do mózgu. Podniosłem upuszczony przez niego w chwili trafienia nóż i poprzecinałem wszystkie więzy krępujące mojego przełożonego. Przyjemność usuwania skarpetek zostawiłem jednak jemu.
– Dzięki, sprytny jesteś – wysapał techniczny. – Co to, do cholery, było?
Podszedł do leżącego, martwego potwora.
– Uwaga, może ugryźć! – zażartowałem, ale poskutkowało. Dyrek się wystraszył i zawrócił.
– Trzeba by kogoś powiadomić…
– Proszę nic nie mówić, nic pan nie widział i jeśli chce pan mieć nadal robotę, to proszę nic nikomu nie mówić. A żonie najlepiej powiedzieć, że ma pan romans z sąsiadką i to ona tak pana poturbowała…
– Z Hilową? – zdumiał się coraz bardziej zaskoczony dyrektor. – Ona ma osiemdziesiąt lat!
– Coś pan wymyśli! – Złapałem ciało wampira za nogę. – Proszę mi pomóc, złapać go za drugą nogę. Ciągniemy go do chłodni.
Tej nocy lampa bakteriobójcza w chłodni pracowała po raz ostatni. Nigdy już tego światła nie zapalałem. Dyrektor był coraz bardziej zdziwiony moją znajomością tematu, więc pokrótce streściłem mu ostatnie cztery i pół roku, wszystko od czasu zniknięcia Stacha. Powróciliśmy do operacyjnej, gdzie na kafelkach leżał martwy personalny z województwa.
– Co zrobimy z nim? – zapytał techniczny.
– Pojęcia nie mam! – westchnąłem. – Sprawa byłaby dużo prostsza, gdyby gość był jednym z nich.
– Ale nie jest – odparł przełożony. – Kolaborant cholerny!
– Jedno mnie tylko zastanawia. – Usiadłem na podłodze obok trupa. – Dlaczego ON wybrał do tego zadania właśnie mnie? Przecież ja nawet do kościoła nie chodzę! Co ja mówię – komunii nawet nie mam! A ON mi zaufał…?
– Myślę, że ON wiedział, co robi. – Dyro położył mi ciężkie łapsko na ramieniu. – „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem ich jest Królestwo Niebios, błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą”.*
– Jest w tym coś, jakaś głębsza myśl! – Wstałem z podłogi wiedząc, że my tu sobie gadu-gadu nad nieboszczykiem, a w każdej chwili może wpaść jakiś kurier. I co ja mu powiem? Że dawca przyszedł osobiście, tylko trochę się wykrwawił?
Nie namyślałem się długo: przeszukałem kieszenie zabitego, wyciągnąłem jego komórkę i po trzech minutach poszukiwań wybrałem odpowiedni numer.
– Bank Krwi z Brzozowej. Dzwonię z polecenia księcia. Tak. – Udawałem głupa, ale co mi pozostało. – Współpracownik księcia zdradził, chciał całą historię sprzedać do prasy. Trzeba posprzątać i to szybko. Czekam!
Dyrektor techniczny stał osłupiały.
– Nieźle to wykombinowałeś – rzekł z uznaniem. – Ciało uprzątną, nikt o niczym się nie dowie, a firma dalej będzie funkcjonować. Chyba zasłużyłeś na premię kwartalną!
– To było jedyne wyjście – wyjaśniłem. – Policja węszyłaby do upadłego, a i tak nikt by nie uwierzył w historyjkę o dwóch kohortach honorowych biorców krwi.
– A co z wampirami?
– Ten był ostatni – wskazałem na chłodnię. – Poza tym dla większego bezpieczeństwa byli w ciągłej podróży, przemieszczali się z miejsca na miejsce, aby nie wzbudzać podejrzeń.
– Dziękuję. – Dyro uściskał mi rękę. – Dziękuję za ocalenie mi dupy.
– Polecam się na przyszłość – uśmiechnąłem się blado. – Wampirów już nie ma, może teraz się przerzucę na wilkołaki?

O trzeciej wpadli „raptusie”. W wypucowanej na błysk operacyjnej mogłem pozwolić sobie na uraczenie moich ulubionych gości pięcioma litrami B Rh+. Nie żałowałem im. W końcu oni ratowali życie co wieczór, ja tylko od święta.

* * *
Z dedykacją dla wszystkich kierowców dowożących krew do nagłych przypadków.


* Mateusz 5,3 oraz 5,8
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.
  • Ostatnie artykuły

Copyright © 2004-2017 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 25 maja 2017, 21:04 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka