Opowiadania

Bunt

Bitwa miała się ku końcowi, oddziały królewskie z łatwością radziły sobie z źle zorganizowanymi i uzbrojonymi oddziałami buntowników. Prawą flankę armii królewskiej stanowiła doskonała lekka kawaleria Amirelian, w centrum linii walczyła ciężka piechota królewska, wspomagana przez paladynów. Lewą flankę stanowili najbardziej elitarni żołnierze Amirelii Wojownicy Cienia. Było ich około czterystu, każdy odziany w lekką ciemną zbroję z hełmem na głowie. Byli właściwie nie do odróżnienia, dla przeciętnego człowieka. Ich hełm miał jedynie bardzo wąski otwór na oczy, co skutecznie uniemożliwiało ich identyfikacje. Każdy taki żołnierz był wart swojej wagi w złocie, byli najlepsi i najskuteczniejsi w walce. Ich dowódcą był Wielki Mistrz Zakonu Wojowników Cienia Larrius, mężczyzna niskiego wzrostu o siwych włosach, miał około pięćdziesięciu lat, zakonem zarządzał już dwadzieścia lat. Wojownicy Cienia, z wielką łatwością pokonywali rebeliantów, atakowali w swoim szyku bojowym, i skutecznie wypierali wrogów z pola bitwy. Buntownicy mieli dość walki, która trwała przeszło od dwóch dni, Wojownicy Cienia walczyli niezmordowanie od początku bitwy, a poległo ich zaledwie kilku. Z szeregów Larriusa wyskoczyło nieoczekiwanie kilku żołnierzy, którzy w dali się w indywidualną walkę z buntownikami.
- Wracać!- krzyknął mistrz.
Wojownicy Cienia posłusznie wrócili do szeregu, ale wciąż pozostał jeden, który a ni myślał o powrocie do oddziału. Na ramieniu i na tarczy miał swój herb, dwa srebrne węże, splecione razem. Po tym właśnie Larrius zdołał zidentyfikować nieposłusznego żołnierza.
- Godryk wracaj!- krzyknął.
Godryk nawet na niego nie spojrzał tylko rąbał dalej.
- Godryk, ostatnie ostrzeżenie, WRACAJ!- być może to zgiełk bitewny, ale Larrius był przekonany że Godryk go usłyszał.
- Cholera.- mruknął pod nosem.- Cedric, Lotariusz, przyprowadźcie mi tego idiotę.- Larrius zwrócił się do dwóch żołnierzy walczących w pierwszym szeregu.
Oby dwoje posłusznie ruszyli za Godrykiem, Godryk nie przejmował się niczym, tylko dalej bił wrogów.
- Wracaj natychmiast.- warknął Lotariusz.
- A ni myślę.- zaśmiał się Godryk.- Mogę nareszcie zostać bohaterem.
- Ja ci pokażę bohatera.- krzyknął Lotariusz i uderzył go tam gdzie powinien znajdować się nos.
Cedric nie miał zamiaru mieszać się w żadne konflikty, tylko osłaniał bijących się przed wrogami. Po chwili Godryk ze złamanym nosem padł na ziemię.
- Pomóż mi go przenieść.- Lotariusz zwrócił się do Cedrica.
Ten posłusznie chwycił Godryka za ręce, zaczęli go nieść w kierunku oddziału, dwóch innych wojowników osłaniało ich. Godryka przeniesiono na tyły gdzie oddano pod opiekę medyką.
- Policzę się z nim później, teraz mamy bitwę do wygrania.- mruknął pod nosem Larrius.
Wojownicy Cienia naparli na buntowników ze zdwojoną siłą, wkrótce lewa flanka została całkowicie rozbita. Buntownicy zaczęli wycofywać się do Ebonstone, głównego miasta opanowanego przez chłopów. Szyk Wojowników Cienia rozsypał się i poszczególni żołnierze (tzn. ci co mieli jeszcze siłę), rzucili się w pogoń za buntownikami. Larrius obserwował pole bitwy, wszędzie walały się martwe ciała rebeliantów i żołnierzy amireliańskich. Bitwa nad Kamienną Rzeką skończona, pozostało jedynie zdobyć Ebonstone, a wciągu miesiąca bunt przestanie zagrażać królestwu.
Bunt chłopski zaczął się niewinnie, kilku chłopów należących do starego szlachcica Dana, odmówiło odrabiania pańszczyzny. Nie było to pierwszy raz, takie rewolty zdarzały się niezwykle często, dlatego Dan wysłał oddział najemników cejlońskich do przypomnienia chłopom kto tu rządzi. Najemnicy nie podołali zadaniu, wpadli w pułapkę i zostali rozbici. Na wieść o tym sukcesie do buntu przyłączyli się inni chłopi Dana. Wkrótce potem chłopi przejęli kilka farm niewolników i uwolnili więźniów, bunt niezwykle szybko się rozprzestrzeniał się. Chłopi wymordowali kilka rodów szlacheckich i zajęli kilka mniejszych miast i wsi. Do walki z buntownikami zostali wysłani rezerwiści armii królewskiej, wpadli oni w pułapkę i zostali rozgromieni. Sytuacja stawała się poważna, buntownicy zajęli Ebonstone, największe miasto w północno-zachodniej Amirelii. Ostatnim punktem oporu okazał się klasztor paladynów Słońca, tam schronili się szlachcice i niedobitki z wojska. Buntownicy chcąc złamać ducha bojowego w królu zaatakowali klasztor. Oblężenie trwało dwa tygodnie. Zginęło prawie pięć tysięcy chłopów i sześciuset obrońców klasztoru, wydarzenie to znacznie osłabiło siłę buntu i pozwoliło królowi zebrać potężną armię gotową zniszczyć buntowników. Do pierwszej poważnej bitwy doszło pod Lasem Elfickim, gdzie buntownicy ponieśli klęskę, generał królewskiej armii Andre skierował główne siły przez równiny amireliańskie. Była to najkrótsza droga do Ebonstone. Wojska jednak nie dotarły pod miasto, w połowie drogi spotkali główne siły buntowników, bitwa trwała cały dzień i zakończyła się klęską amireliańskiego rycerstwa. W akcie desperacji Andre wysłał ludzi przez Kamienne Góry, gdzie żołnierze zostali niezwykle szybko wyparci. Wtedy to właśnie generał Andre napisał list do Larriusa, z prośbą o pomoc. Nie chciał robić tego wcześniej, ze względu na swoje uprzedzenia, ale sytuacja zmusiła go do tego. Larrius przystał na propozycje generała i na czele czterystu ludzi ruszył do obozu Amirelian. Wojownicy Cienia wzbudzili niezwykły entuzjazm wśród żołnierze Andre, kilka dni po ich przybyciu udało się opanować Kamienne Góry i zepchnąć buntowników nad Kamienną Rzekę. Armia królewska dotarła tam trzy dni później i stoczyła z buntownikami dwudniową, zwycięską bitwę.
Wśród Wojowników Cienia był młody nie rzucający się zbytnio w oczy żołnierz, imieniem Cedric. Cedric wychowywał się w Harnoxie, urodził się tam. Nie miał matki ani ojca. Był to siedemnastoletni blondyn o niebieskich oczach, miał się stać pierwszym Wojownikiem Cienia idealnym. Bez uczuć, bez emocji, miał być po prostu bezmózgą maszyną do zabijania. Tak się jednak nie stało, Cedric był zbyt ludzki. Często wyjeżdżał do miasta w interesach, śmiał się, płakał, czuł ból, strach, radość, smutek. Dlatego, więc eksperyment Larriusa był całkowicie nie udany. Co wcale nie oznaczało że był tępiony, lub nie szanowany ze strony Wielkiego Mistrza. Przeciwnie! Cedric był uważany za najlepszego Wojownika Cienia od czasów Eycka Smocze Serce (założyciela zakonu). Cedric potrafił być bezwzględny i wyrafinowany w swoich działaniach, dokładnie tak jak to wymarzył sobie Larrius.
Najlepszym przyjacielem Cedrica był Lotariusz. Wysoki na prawie dwa metry Wojownik Cienia, z pochodzenia Cejlończyk, miał około trzydziestu lat, a w do zakonu należał dziesięć lat. Był on niezwykle brutalny i zazwyczaj skuteczny w działaniu. Miał on własny, mały regiment w oddziale Larriusa i był dość popularny i szanowany wśród Wojowników Cienia.
Jedno smagnięcie batem, potem drugie, trzecie, czwarte... Godryk nie dał po sobie poznać jaki to ogromny ból mu sprawia. Po każdym uderzeniu batem, w jego plecy uśmiechał się szyderczo w stronę Larriusa, tak jak by chciał powiedzieć „Zabij mnie psi syn, ja i tak postawie na swoim”. Złamany nos przez Lotariusza niezwykle bolał, choć nie tak bardzo jak na początku. Kolejne smagnięcie batem, które z kolei? Nie wiadomo... Godryk nie liczył, może dwudzieste, albo trzydzieste. Nie ważne. Liczy się teraz tylko zemsta na Larriusie i Lotariuszu. Godryk ich nienawidził, od samego początku. Ból powoli stawał się nie do zniesienia, Godryk wiedział jednak że nie może nawet jęknąć z bólu. Larrius tylko na to czekał. Kolejne uderzenie. Nie, nie da mu tej satysfakcji. Nie dzisiaj.
- Starczy.- usłyszał głos Wielkiego Mistrza.- Zostaw go.- Wojownik Cienia, który biczował Godryka posłusznie przerwał pracę.
Godryk wstał i wykrzywił twarz w stronę Larriusa.
- To koniec? Nawet nie zabolało.- powiedział, ale w głębi duszy dziękował bogom że to się skończyło.
Larrius podszedł do niego i spojrzał prosto w oczy.
- Masz dość?- zapytał cicho.
Godryk milczał przez chwilę.
- Nie.- warknął niezwykle hardo.
Cios w szczękę, potem w złamany już nos. Upadek na ziemię, dwa kopnięcia w żołądek. To wystarczyło by Godryk leżał na ziemi zwijając się z bólu.
- A teraz?- Larrius uśmiechnął się szyderczo patrząc na niego.
Wokół nich utworzyło się zbiegowisko, młodzi Wojownicy Cienia bacznie obserwowali rozwój sytuacji.
- Nie.- wycharczał Godryk.
Kolejny dwa kopy w żołądek i twarz.
- Jeszcze nie?- Larrius patrzył na niego z niekłamaną satysfakcja.
Godryk przez chwilę milczał a potem wyszeptał:
- Tak.
- Co? Nie słyszę.- Larrius uśmiechnął się.
- Tak mam dość.- powiedział nie co głośniej Godryk.
- Nie słyszę!- krzyknął Larrius kopiąc go w wątrobę.
- MAM DOŚĆ!- krzyknął z całych sił Godryk.
Larrius patrzył na niego zadowolony.
- Wstań,- padł rozkaz z jego ust.
Godryk z ogromnym trudem zdołał się pozbierać z ziemi.
- Co teraz czujesz?- zapytał Larrius.
- Nienawidzę cię, ty gnido.- odparł Godryk, oddychał niezwykle ciężko.
- I co z tym zrobisz?
- Zabije cię.
Larrius uśmiechnął się i podał mu miecz.
- Masz okazję.
Godryk patrzył na niego zaskoczony, każda komórka jego ciała krzyczała z bólu, a pragnienie zemsty było silne. Jednak... czuł podświadomie że Larrius go podpuszcza. Nie. Nie zrobi tego. Nie dziś. Wypuścił miecz ze swej dłoni, broń opadła na ziemię.
- Nie.- wycedził patrząc na niego z nienawiścią.
- Nie?
- Nie.
Wielki Mistrz podszedł do niego patrząc z wyższością na Godryka. Ten zaczął przygotowywać się na kolejny cios, jednak nie spotkało go to.
- To teraz zapamiętaj. Nigdy nie łam szyku, wykonuj polecenia dowódcy, choćby wydawały ci się bezsensowne. Rozumiesz?
- Tak.
- To dobrze, a teraz zjeżdżaj stąd.
Godryk obrzucił go nienawistnym spojrzeniem i powoli odszedł. Larrius uśmiechnął się tryumfalnie, kolejny na prostowany żołnierz. Młodzi Wojownicy Cienia obserwujący zajście zaczęli się rozchodzić, zabawa się skończyła. Takie zajścia nie zdarzały się zbyt często, było to po prostu oderwanie się do rutyny. W zakonie nie było zbyt wiele takich samozwańców jak Godryk, zazwyczaj nie przyjmowano takich, bowiem Wojownik Cienia musiał być przede wszystkim posłuszny swojemu dowódcy.
Larrius był dwudziestym Wielkim Mistrzem Zakonu Wojowników Cienia, był to mężczyzna pięćdziesięcioletni o krótkich siwych włosach, oczy miał szare. Stosował brutalne metody nauczania, często poniżał rekrutów. Jednak dla swych ulubieńców był gotów zrobić niemal wszystko, działo to jednak w drugą stronę, ci którzy mu podpadli byli bezlitośnie tępieni. Larrius był doskonałym wojownikiem, mówiono że najlepszym w całej Amirelii. Było to poniekąd prawdą, Larrius zdołał pokonać na ostatnim turnieju rycerskim najlepszego szermierza w całym królestwie. Przyniosło mu to rozgłos i sławę.
Godryk był wściekły, jeszcze nigdy, ale to nigdy, nie został tak upokorzony. Ból to sprawa drugorzędna, ale gorzej z honorem i godnością. Godryk pochodził ze starego rodu rycerskiego, wiedział że gdyby posiadał ich siłę i godność to dałby się zabić Larriusowi. Godryk posiadał jednak jedynie resztki godności swoich przodków, po za tym... to głupota dać się zabić w taki sposób. Marzeniem Godryka było zginąć tak jak jego dziadek, z mieczem w dłoni i na koniu. Śmierć z ręki Larriusa nie przysporzyła by mu chwały, co najwyżej posłużyłby jako ostrzeżenie dla pozostałych. Trzeba się zemścić, i to w dodatku skutecznie. Larrius musi zginąć, ale... nie tak od razu. O nie! Godryk nie zamierzał po prostu uciąć mu głowy. To by było za proste. Trzeba go zabić tak, a by przed śmiercią cierpiał i to straszliwie. Dopiero jak będzie błagał o śmierć to Godryk z pewnym ociąganiem i nie chęcią zgodzi się go dobić. Tylko jak to zrobić? Tego na razie Godryk nie wiedział, ból sprawiał że nie mógł logicznie myśleć. Postanowił najpierw iść do medyka i uleczyć rany, a potem przespać się.
Dla Cedrica była to ciężka bitwa, zresztą jego pierwsza. Ile jeszcze takich bitew przyjdzie mu stoczyć? Nie wiadomo. Nie wiadomo nawet czy przeżyje oblężenie Ebonstone. Zresztą nie obchodził go to. Przeżyje ile bogowie mu pozwolą i nie zamierzał się tym przejmować. Cedric spojrzał na lewę ramię, tkwił tam głęboko kawałek sztyletu, wbity przez jakiegoś chłopa. Ramię niezwykle krwawiło i wyglądało że niezbędna będzie wizyta u medyka. Cedric zajrzał do swojej skórzanej torby w poszukiwaniu bagiennego zioła, niestety skończyło się. Cedric zaklął cicho pod nosem, zioło było niezwykle drogie i niedostępne w tej części kraju. Krew coraz obficiej kapała z ramienia, sztylet musiał być czymś zatruty i nie pozwalał ranom się zabliźnić. Przeklinając z bólu, Cedric wstał i chwiejnym krokiem ruszył do namiotu medycznego. Po drodze mijał wielu Wojowników Cienia, większość z nich była zmęczona, ale szczęśliwa, w walce poległo zaledwie ośmiu wojowników.
Przy namiocie koczowało dwudziestu innych Wojowników Cienia, większość z nich miała drobne skaleczenia, lub otarcia, dlatego ranę Cedrica od razu sklasyfikowano jak groźną. Wśród rannych Cedric zobaczył Godryka, wyglądał gorzej niż źle. Na plecach miał ślady po uderzeniach bata, nos i szczęka były złamane, jedno oko było pobite.
- Witaj.- zagadnął Cedric nieśmiało.
- A to ty...- Twarz Godryka wykrzywiła się w okropnym uśmiechu.
- Co ci się stało?
- Nic.- odwarknął Godryk.
- Jak uważasz.- Cedric odwrócił wzrok.
- A tobie co?
- Jakiś wieśniak dźgnął mnie w ramię.- pokazał mu zranienie.
Godryk zagwizdał z uznaniem.
- Chyba jest skażona jakimś paskudztwem.- dodał Cedric.
- No.
Przez chwilę obaj milczeli. Medycy w długich szkarłatnych płaszczach posmarowali rany Godryka dziwną zielonkawą maścią, rany po uderzeniach bata zostały posypane jakimś dziwnym proszkiem. Godryk raz po raz syczał z bólu. Po około dwóch godzinach pozwolono mu opuścić namiot.
Miasto Ebonstone znajdowało się przy Kamiennej Rzece, było to miasto-twierdza, jak dotąd niezdobyta. Mury miasta miały wysokość dwudziestu metrów, a szerokość wynosiła pięć metrów. Ebonstone było jedną z najpotężniejszych twierdz w Amirelli, a w ręce buntowników wpadło tylko dlatego że w chwili oblężenia w mieście nie znajdował się a ni jeden żołnierz. Taką właśnie twierdze przyszło oblegać żołnierzom pod dowództwem generała Andre. Morale było jednak wysokie, ostatnie zwycięstwa odniesione przez żołnierzy armii królewskiej przyniosły wiarę w umiejętności dowódców i pojedynczych żołnierzy.
Główny obóz armii został przeniesiony o dwadzieścia kilometrów w kierunku Ebonstone. Buntownicy rozpoczęli fortyfikowanie miasta, według zwiadowców buntowników w mieście jest około pół miliona. Była to ogromna siła, dla generała Andre, który miał pod swoją komendą zaledwie dwieście tysięcy, wręcz zatrważająca. Generał wiedział jednak że dane zwiadowców mogą być błędna, po za tym miał po dowództwem kwiat rycerstwa całej Amirelii, no i oczywiście Wojowników Cienia. Dodatkowo do wojsk królewskich dotarło pięciuset krasnoludów, mieli oni broń do tej pory niespotykaną w Amirelii: bombardy, armaty i muszkiety. Dzięki temu w szeregach żołnierzy króla morale wzrosło jeszcze bardziej, a wśród buntowników wywołało to prawdziwą panikę.
Pierwsze kamienne kule spadły na Ebonstone piątego maja roku 565, o godzinie czwartej piętnaście nad ranem, rozkaz do ich wystrzelenia padł z ust Chrisa, prawej ręki Larriusa. Chwilę potem wystrzeliły pozostałe katapulty i armaty. Na Ebonstone spadł grad kamieni, ognistych kuli i prochu strzelniczego. Buntownicy próbowali kontrataku, jednakże wyszły na jaw elementarne braki w wykształceniu chłopów i mieszczan, żaden z nich nie był wstanie poprawnie naładować katapulty. Żołnierze Andre byli po za zasięgu strzał. Bombardowanie miasto trwało cały dzień, ostrzał przerwano dopiero o świcie dnia następnego. Przywódcy buntu postanowili negocjować z Andre. Generał chętnie przystał na tę propozycję i wyznaczył kilku partnerów, którzy mieli mu pomóc w negocjacjach. Byli wśród nich: Larrius, Chris, Kenthrodor (głównodowodzący siłami paladynów) i Grix (przywódca oddziału krasnoludów). Termin negocjacji wyznaczono na godzinę piętnastą.
Żołnierze Andre nie mieli złudzeń, to tylko chwilowe zawieszenie broni, wkrótce po zakończeniu negocjacji bombardowanie rozpocznie się na nowo. Świadczył o tym rozkaz generała, nakazywał on trzymanie w gotowości broni oblężniczej. Buntownicy również przeczuwali że zawieszenie broni nie będzie trwać długo. Kiedy w końcu wybiła godzina piętnasta generał i jego zausznicy wyjechali z obozu, spotkanie miało się odbyć na gruncie neutralnym, tzn. w zagajniku pomiędzy Ebonstone, a obozem. Ze strony buntowników nadjechało osiem ludzi na koniach. Był upalny dzień, żołnierze obu stron pilnie przypatrywali się swym dowódcą z rosnącym napięciem. Pierwsi na miejsce spotkania byli ludzie Andre, głównodowodzący buntem wjechał chwilę później.
Andre uśmiechnął się na jego widok, odziany był w staromodny półpancerz ze stali. Był niski i łysy, na plecach miał przywieszony topór.
- Witaj buntowniku.- przywitał go Andre.
- Generale.- poprawił przywódca.
- Jedynie król ma prawo nadawać tytuł generała.
- Jestem generałem, ale nie dla króla.
- A za ten nic nie wartym generałem, twojego tytułu nikt nie uznaję, po za tobą i twymi ludźmi.
- Więcej niż pan myśli.- buntownik uśmiechnął się ponuro.
- Tak, wiem. Chłopi, rozbójnicy, niewolnicy.
- Panie generale, myśle że mój tytuł nie jest tematem dzisiejszej rozmowy.
- Tak, nie jest.- zgodził się Andre.
- W takim razie pewnie pan wie że na początku rozmowy należy się przywitać, a więc jestem Valeth.
- Gnerał Andre, a to są moi oficerowie.Larrius i Chris, Wojownicy Cienia.
Chris podniósł rękę na powitania, a Larrius odwrócił od nich wzrok.
- Kenthrodor, paladyn.- Kenthrodor skłonił się.
- Grix, dowódca krasnoludów.- Niski krasnolud skłonił się po pas.
Dowódca Valeth uśmiechnął się z pogardą.
- A to moi. Krix, Sandarius, Assmont, Coristo, Hipolit, Ral i Vino.- zgraja chłopów w brudnych i odrapanych pancerzach uśmiechneła się.
- Za ten panie buntowniku.- Andre widział że zawsze, gdy nazwał Valetha buntownikiem ten czerwienił sięza złości.- Czemu chciał się pan ze mną widzieć?
- Żądam natychmiastowego przerwania ataku na nasze miasto.
Wszyscy oprócz Larriusa wybuchli śmiechem, Andre usciszył ich ruchem ręki.
- A z jakiej to racji, żądasz chłopie bym odstąpił od zdobycia miasta?
Valeth poczerwieniał ze złości.
- Generale, ja nie żaden chłop, ja szlachcic.
- Sam sobie nadałeś ten tytuł, po zdobyciu miasta i bestialskim zamordowaniu zwolenników króla!- prawie krzyknął Andre.
W rękach Valetha pojawił się topór.
- Co wieśniaku? Zabijesz mnie?- zapytał generał ironicznie.
- Jeśli nie przestanie mnie pan obrażać to...
- To co? Rzucisz się na mnie z tą pordzewiałą siekierą?
Tego było za wiele dla Valetha, zamachnął się toporem i próbował trafić w Andre. Generał zręcznie uskoczył i krzyknął:
- Bić buntowników.
Wszyscy momentalnie dobyli broni i zaatakowali przywódców buntu. Mimo przewagi liczebnej buntowników, to żołnierze króla zdołali zwyciężyć.
- Nic się nikomu nie stało?- zapytał Andre.
Jedynie Kenthrodor miał rozbity nos, a pozostali nie zostali nawet draśnięci.
- Co teraz?- zapytał Grix.
- Wrócimy do obozu i wyślemy im emisariusza z wiadomością, że Valeth poddał miasto w zamian za posiadłości w Cejlonie, i że jeśli nie spełnią jego rozkazu to w przeciągu dwóch dni zrównamy miasto z ziemią.- powiedział z dziwnym błyskiem w oku Andre.
- Przecież nie uwierzą wiadomości od nas.- powiedział Larrius.
- Powiemy że ich oficerowie bali się spojrzeć im w twarz i wyjechali.
- No, ale jeśli odkryją w sobie instynkt bohatera?- wyraził swój niepokój Chris.- Mogą walczyć do ostatniego żołnierza.
- Obiecamy im że jeśli się poddadzą to puścimy ich wolno, a jeśli nie to wszyscy zgina.
- Czy to tak przystoi rycerzowi? Oszustwo?- wtrącił Kenthrodor.
- To jest wojna i wszystkie chwyty są dozwolone.- powiedział Andre.
- Właśnie, w czasie wojny kodeks rycerski nie obowiązuje.- stwierdził Grix.
- Jak uważacie.- wzruszył ramionami paladyn.- Nie wydam was, ale umywam ręce.
- Zabiłeś dwóch buntowników: Corista i Hipolita i teraz chcesz się wyłgać?- warknął Larrius.
- Walczyłem ponieważ padł taki rozkaz, a zabiłem w obronie.-Bronił się Kenthrodor.
- Próbujesz się wyłgać.- powiedział oskarżycielsko Chris.
- Jak już mówiłem umywam ręce...
Nie dane mu było dokończyć zdania, Grix zakradł się do niego od tyłu i wbił mu noż między łopatki. Kenthrodor upadł martwy na ziemię.
- Świętoszek się znalazł.- splunął na niego krasnolud.
- Właśnie, ale trzeba go ukryć.
Cała czwórka przeniosła ciała paladyna i buntowników do najgęstszej cześci zagajnika i tam ukryła zwłoki.
- Dobra.- powiedział Andre.- Spotkaliśmy się z buntownikami i namówilismy ich na kapitulacje w zamian za ziemię. Dwójka buntowników imieniem Coristo i Hipolit nie zaakceptowała tych warunków i rzucili się na nas. Kenthrodor bohatersko zasłonił mnie własnym ciałem i poległ z rąk buntowników. Ciało zostało zakopane w zagajniku, ze wszystkimi honorami należytymi tak znakomitemu rycerzowi.
- Tak było.- potwierdzili wszyscy.
Cedric stał na warcie oczekując wyniku negocjacji, wiedział że od tego zależą losy wojny, być może dziś zakończy się walka. Nie tylko on tego oczekiwał, większość żołnierzy również patrzyła oczekująco na zagajnik. Po kwadransie Cedric dostrzegł coś niepokojącego, krew pokryła niektóre liście drzew, zauważył to nie tylko Cedric. Niektórzy żołnierze również pokazywali krew, pytanie pojawiało się samo: Czy ją? Któryś z wartowników zawiadomił tymczasowego dowódce obozu, paladyna Cyrrusa.
- Co się stało?- zapytał.
- Sir, krew, zagajniku.- wydyszał wartownik.
Cyrrus spojrzał we wskazanym kierunku, na liściach rzeczywiście znajdowała się krew.
- Spokojnie.- powiedział paladyn.- Jeśli miało by się coś złego, to Grix miał wypalić z pistoletu.
- A jeśli nie zdążył?- wtrącił Cedric.
Cyrrus obrzucił go badawczym spojrzeniem i rzekł.
- Jeśli nie wrócą za kwadrans, to wyśle tam patrol.
- Generał może się tam na śmierć wykrwawiać, a my to stoimy z założonymi rękoma.- Nadszedł Godryk, był wyraźnie oburzony.
- Nie twoja sprawa czarne ścierwo.- warknął jeden z paladynów.
- Alex, cicho!- krzyknął Cyrrus.
- Co powiedziałeś?- Godryk ruszył w jego stronę.
- To co słyszysz!- paladyn zwany Alexem nie zamierzał ustąpić.
- ALEX!
- Spokojnie dowódco.- powiedział cicho Godryk.
- Godryk uspokoj się.- powiedział Cedric.
- Ale ja jestem spokojny.
- Odwagi ci nie starczy by mnie dotknąć.- Alex zaśmiał się.
Zapadła cisza Godryk podszedł do niego, jego twarz była na równy z jego, oddychał niezwykle szybko i płytko. Nagle odwrócił się do niego plecami.
- Mówiłem, on nie...- wypowiedź Alexa została przerwana ciosem w szczęke.
Alex nie pozostawał mu dłużny i po chwili oby dwoje kotłowali się na ziemi. Do bójki dołączyli dwaj inni paladyni, więc Cedric chcąc nie chcąc rzucił się koledze na pomoc.
- PRZESTAŃCIE!- ryknął Cyrrus, ale nikt go nie słuchał.
Dowódca paladynów spojrzał z rezygnacją na nich, nagle wpadł na genialny pomysł.
- Gotuj broń!- wydał rozkaz krasnoludom, którzy stali w pobliżu i przypatrywali się walce z uwagą.
- Cel!- krasnoludy posłusznie wymierzyły w walczących.
Nagle wszyscy jak na komendę przestali się bić. Godryk patrzył zaskoczony na krasnoludów, miał rozbitą wargę.
- Jeszcze jedno słowo i spotkacie się z waszymi przodkami.- wyszeptał z satysfakcją Cyrrus.
Cała piątka wpatrywała się w niego z podziwem, Cyrrus nigdy nie był tak stanowczy. W mgnieniu oka odskoczyli od siebie.
- Tak lepiej.- Cyrrus uśmiechnął się tryumfalnie.- A teraz Alex i wy dwoje...- zawachał się przez chwilę.- po pięćdziesiąt batów.
Kilku paladynów zabrało ich, po chwili dały się słyszeć okrzyki bólu.
- Co do was...- Cyrrus zwróciłi się do Cedrica i Godryka.- Nie jestem waszym przełożonym, ale możecie być pewni że powiadomię Larriusa.
- To oni zaczeli...
- A ja skończyłem.- przerwał Godrykowi Cyrrus.- Rozejść się.
W całym tym zamieszaniu zapomniano o Andre i jego ludziach, dopiero po chwili Cyrrus przypomniał sobie o nich. Postanowiono że poczekają pięć minut i ruszą na poszukiwania. Chwilę później rozległ się odgłos kopyt konia, generał Andre wracał! Cały obóz obserwował ich z daleka, pierwszy jechał Andre, za nim Grix, Larrius i Chris.
- Dziwne...- mruknął Godryk.
- Co?- zapytał Cedric.
- Nie ma Kenthrodora, a nie zauważyłem by przywódcy buntu wracali do miasta.
Brak przywódcy paladynów zauważył nie tylko Godryk, kilku paladynów pokazywała na jadących palcami. Generał wjechał do obozu, zdjął hełm i gestem zaprosił Cyrrusa do swojego namiotu. Chris, Larrius i Grix również rozeszli się do swoich namiotów, unikali spojrzeń swoich ludzi i nie odpowiadali na pytania. Cyrrus wyszedł z namiotu pół godziny później, blady i milczący, podobnie jak reszta nie odpowiadał na żadne pytania. Andre wydał rozkaz zwołania wszystkich żołnierzy. Naturalnie przyszedł cały obóz, wszyscy byli ciekaw co wydarzyło się pod czas rokowań.
- Żołnierz, paladyni, Wojownicy Cienia, krasnoludowie.- zaczął przemowe Andre.- A może prościej mówiąc, po prostu ludzie wierni naszej wspaniałej ojczyźnie!
Odpowiedział mu ryk radości.
- Dzisiaj miało dojść do rokowań pokojowych.- Andre zwiesił wzrok, tak jak by te słowa sprawiały mu ból.- Początkowo wszystko szło dobrze, przywódcy buntu szybko dali się przekonać o słuszności naszej racji...
Kolejny ryk radości.
- Przywódca powstania Valeth, był gotów do natychmiastowej kapitulacjii, niestety dwóch jego oficerów, imieniem Hipolit i Coristo...- urwał, a gdy znowu przemówił jego głos co jakiś czas się zacinał.- Rzucili się na nas, nie chcieli zaakceptować woli króla. Do walki z nimi bohatersko rzucił się przywódca paladynów Kenthrodor.- Znowu urwał na dłuższą chwilę.- Kenthrodor poległ w bohaterskiej walce.
Zapadła cisza, wszyscy paladyni spojrzeli ze zdumieniem na generała.
- Wiem że sprawia wam to ból, byłem przy nim w ostatnich chwilach jego życia. Życzył sobie przed śmiercią, a by to paladyn imieniem Cyrrus godnie go zastąpił.
Cyrrus, który do tej pory stał za generałem wyszedł do swoich ludzi.
- Śmierć Kenthrodora nie zmienia jednak faktu że koniec wojny jest już bliski.- zaczął po chwili Andre.- Jeszcze dziś zostanie wysłana wiadomość do buntowników, z żądaniem natychmiastowej kapitulacji.
Wszyscy oprócz paladynów wydali okrzyk radości.
- Buntownicy muszą się poddać! Lub wy żołnierze Amirelii zgniecie cię ich.
Wiadomość do buntowników została wysłana o godzinie siedemnastej, mieli dwie godziny do namysłu.
Dochodziła godzina dziewiętnasta, Cedric palił fajkę obserwując leniwie Ebonstone, obok niego siedzieli Godryk i Lotariusz.
- Jak myślicie? Poddadzą miasto?- zapytał z niepokojem Lotariusz.
Cedric wzruszył ramionami.
- Nawet jeśli nie to bez oficerów długo się nie utrzymają.
- Po za tym mają skromne zapasy żywnościowe.- dodał Godryk.- Na więcej niż miesiąc im nie starczy.
Wiadomą rzeczą było to że bunt słabnie, wkrótce Amirelia raz na zawsze uwolni się od rebeliantów.
Cedric poczuł na ramieniu silny uścisk.
- A więc moje drogie rozrabiaki...- usłyszał za uchem głos Chrisa.
- Cholera, zapomniałem o tym.- mruknął Godryk.
- No, zapomniałeś.- zgodził się Chris.
- Oni zaczeli.- dodał Cedric.
- Wiem, słyszałem o całym zajściu od Cyrrusa, jest to pewna okoliczność łagodząca, ale... prawdziwy Wojownik Cienia umie poskromić temperament. Dlatego za karę...- zawachał się, pewnie Larrius kazał mu wymyślić szczególnie złośliwą i uciążliwą karę.- Polerujecie zbroję mi i Larriusowi.- zakończył z promiennym uśmiechem.
- Przez ilę?- zapytał Godryk.
- Myślę, że miesiąc dobrze wam zrobi. To do zobaczenia chłopaki.
Puścił ich i odszedł.
- Lubię tego gościa.- powiedział rozbawiony Lotariusz.
- Zamknij się.- warknął Cedric.
Chris był wysoki i silny, miał trzydzieści jeden lat, a w zakonie służył pięć. Larrius mianował go na swojego zastępce rok temu. Chris był zawsze uśmiechnięty i wesoły, miał szacunek niemalże wszystkich Wojowników Cienia. W walce drugi Wojownik Cienia w kraju przewyższał każdego, zadawał niesamowicie silne ciosy, po za tym miał świetną technikę. Niektórzy uważali że był by znacznie lepszym Wielkim Mistrzem od Larriusa, Chris nie miał jednak zamiaru przejmować władzy. Nie zależało mu na tym.
Wybiła godzina dziewiętnasta, kilku buntowników galopowało na koniach w stronę obozu, żołnierze zaczęli się cieszyć, buntownicy na pewno chcieli skapitulować. Jeźdcy jeszcze bardziej przyśpieszyli, po chwili zobaczono w ich rękach palące się polana. Jeden z nich rzucił polano w najbliższy namiot, inni obrzucili skład amunicji krasnoludów. W obozie wybuchł popłoch, skład wybuchł. Namioty paliły się w zastraszającym tępię. Generał Andre wybiegł z namiotu w wyjściowej zbroii, za pewne był pewien kapitulacji wrogów. Pierwsi opamiętali się Wojownicy Cienia, kilku z nich wsiadło na konie i ruszyli w pościg za zdrajcami. Piano pojawiła się w ustach Andre, oddychał ciężko, kiedy patrzył na miasto.
- Wznowić ostrzał!- ryknął na całe gardło.- Przygotować wieżę i drabiny oblężnicze, taran ma być gotowy na jutro rano. Natychmiast rozpocząć podkopywanie fundamentów zamku.- sypał rozkazami na wszystkie strony.
Była to straszna noc, ogniste kule spadały na miasto niczym deszcz. Buntownicy wezwali na pomoc kapłanów, którzy rzucali klątwy na żołnierzy króla. Andre wydał rozkaz przeniesienia mniejszych dział krasnoludzkich i balist bliżej murów miasta, miało to całkowicie złamać słabe i tak morale obrońców Ebonstone. Cedric, Lotariusz i Godryk zostali przydzieleni do ochrony kilku dział krasnoludzkich. Znajdowali się około dwustu metrów od murów miasta, obsługa takich dział była szczególnie narażona na strzały wrogów. Dodatkowo buntownicy robili częste wypady z miasta, miało to na celu zniszczenie bliżej położonyc armat.
Strzała przemkła ze świstem obok ucha Cedrica i utkwiła w drewnianym kole jednej z armat.
- Nic ci nie jest?- krzyknął Lotariusz wystrzeliwując strzałę w kierunku murów.
- Nic!- odkrzyknął Cedric i nałożył hełm na głowę.
Oficer krasnoludów dał rozkaz do wystrzelenia z armat, wszyscy którzy ich nie obsługiwali padli na ziemię i zatkali uszy. Huk z jednej armaty był w stanie ogłuszyć żołnierza, a co dopiero, gdy strzelało pięć dział. Pociski armatnie zrobiły sporą wyrwę w murze, oddziały buntowników natychmiast ustawiły się przy niej. Takich wyrw było znacznie więcej, buntownikom zaczęło powoli brakować żołnierzy. Z drugiej linii nieustannie strzelały ciężkie działa i krasnoludów. Andre nakazał również ładować martwe krowy do katapult i przerzucać je za mury miasta. Miała to na celu wywołania zarazy wśród mieszkańców Ebonstone. Część żołnierzy miała za zadanie wykopać podziemne tunele biegnące pod mury miasta, pod murami miano podłożyć krasnoludzkie ładunki wybuchowe i rozsadzić umocnienia. Około godziny piątej nad ranem do boju ruszył taran.
Cedric przetarł oczy i pociągnął łyk piwa z butelki, nie przespana noc dawała mu się we w znaki. Pocieszyła go myśl że większość buntowników nie czuła się dużo lepiej od niego. Obok Cedrica leżał Lotariusz, miał dwie strzały wbite w klatkę piersiową i syczał z bólu, gdy medyk próbował mu je wyjąć. Godryk w czasie jednego z wypadów buntowników stracił dwa palce u prawej dłoni, zawinął sobie dłoń w jakąś brudną szmatę. Cedricowi nic nie było, nie licząc naciągniętego mięśnia ramienia od łuku i rozbitego nosa. Sto metrów dalej przejechał taran zbliżający się do głównej bramy. Za taranem szli łucznicy i kusznicy nieustannie ostrzeliwując mury. Godzinę później do ich pozycji przybył Chris.
- Witam wszystkich.- powiedział uśmiechnięty, jednak jego uśmiech znikł gdy zobaczył swoich ludzi.
- Godryk, Lotariusz natychmiast wracać do obozu, a tobie Cedric nic nie jest?
- Nic.- potwierdził młody Wojownik Cienia.
Godryk posłusznie wstał i powoli ruszył w stronę obozu, ale Lotariusz spojrzał tylko na niego z wyrzutem.
- A no tak.- powiedział Chris kiwając głową.- Zaraz przyniosę nosze. Cedric za mną.- wydał niespodziewanie rozkaz.
- Tak jest.- powiedział Cedric wstając z ziemi.
- Spałeś?- zapytał Chris, gdy odeszli kawałek od stanowiska dział.
- Nie, działa strasznie huczą.
- No tak.- zaśmiał się Chris.- Ja też, te ciężkie są znacznie gorsze.
- Taa, a jeszcze łucznicy.
- A no, Lotariusz nie uważał.
- Po ciemku można kierować się tylko instynktem.
- Tak.- zgodził się Chris.- Ale spokojnie jeszcze dwa, trzy dni i miasto będzie nasze. Dużo razy wypadali z miasta?
- Ze cztery razy, Godrykowi palce odcięli, świnie.
- To nie jest, tak źle, bo dział nie zniszczyli?
- A ni jednego.
- Pięć kilometrów od waszego stanowiska wyrżnięto całą ochronę i zniszczono działa.
Do końca drogi do obozu nie odzywali się do siebie.
Obóz wojsk królewskich był niemal całkowicie opustoszały, żołnierze obsługiwali machiny oblężnicze, lub je ochraniali. Reszta budowała wieżę i drabiny oblężnicze, w obozie pozostali jedynie ranni. Andre, wraz z Cyrrusem, Grixem i Larriusem robili co godziny obchód wśród żołnierzy. Generał chciał w ten sposób pokazać że jest wśród nich, a tym samym podnieść morale swych ludzi. Andre nadal był ubrany w odświątną wypolerowaną na błysk zbroję, z gronostajowym płaszczem. Jego towarzysze nosili stare, często ubrudzone błotem i krwią zbroję i miecze. Huk ciężkich krasnoludzkich dział był nie do wytrzymania, a działa strzelały niezwykle często, (co dwie minuty jedna salwa). Nic więc dziwnego że spora część krasnoludów była kompletnie głucha. Z niegdyś potężnej twierdzy, Ebonstone miało się wkrótce zamienić w kupę gruzów i kamieni. Mury zewnętrzne wyglądały jak sito, a oddziały buntowników wycofały się w głąb miasta pozostawiając je bez obrony. Działa niszczył, więc zewnętrzną część Ebonstone.
Godryk leżał otumaniony jakimś dziwnie działającym narkotykiem przeciwbólowym, nie oczekiwanie przypomniał sobie że jeszcze nie dawno chciał urżnąć łeb Larriusowi. Nie czuł bólu, strachu, ani nawet pragnienia życia. Wstał, przeszedł niepewnie kilka kroków, podniósł leżące nieopodał niego siekierę i ruszył w strone Larriusa. Oddychał ciężko, ale jakoś nie czuł strachu przed Wielkim Mistrzem, najwyżej go zabiją, co mu szkodzi?
- Godryk? Co ty?- zapytał zaskoczony Larrius, gdy Godryk z siekierą szedł w jego stronę.
- To za moje krzywdy!- zawył wściekle Godryk.
- Co?
Godryk zamachnął się, Wielki Mistrz zrobił unik i dobył broni, przez chwilę trwał zacięty pojedynek. Larrius próbował wszelkimik sposobami pozbyć się tego wariata, ale niestety nie dawał rady. Andre, Grix i Cyrrus patrzyli na nich całkowicie zaskoczeni zachowaniem młodego Wojownika Cienia. Dopiero Grix wyjął swój pistolet i okrążył walczących, wycelował w plecy Godryka i wyszeptał:
- Wybacz mi chłopcze.
EPILOG.
Narkotyk, który miał znieczulić biednego Godryka został zakazany w całym królestwie, na pogrzeb Godryka przybył cały zakon, w tym Larrius. Wielki Mistrz od tej chwili zmienił swój stosunek do podwładnych, zakazał kar cielesnych i przestał faworyzować swoich uczniów. Wojska królewskie zajeły miasto w przeciągu dwóch dni, z rozkazu generała wyburzono całe miasta i zamordowano wszystkich mieszkańców. Cedric opuścił zakon i wyruszył zdobyć wiedzę praktyczną, Lotariusz zdołał wylizać się ze swych rann, a po wyjeździe Cedrica, zaprzyjaźnił się z Kharimem, Engorem i Kirgonem. Zbrodnie generała Andre wykryto dopiero po jego śmierci, Cyrrus okazał się nieudolnym dowódcą i zrzekł się tytułu pół roku po bitwie.
Koniec.
KOMENTARZE (3) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Wiedźma 4 lis 2007, 21:16
Ja wyjaśnię tu tylko kwestię korekty na Bestiariuszu- mojej korekty tekst nie przeszedł (co miało miejsce w przypadku pozostałych). Ten jeden był pozostawiony do korekty dla któregoś z naszych szanownych korektorów, których wszak ostatnio, teoretycznie, mamy więcej. No i to tyle w ramach umywania rąk :P.
Fafarafa_Fraa_vel_Farara 31 paź 2007, 16:56
Hmmm... Sporo błędów, to fakt. No dobra, nawet więcej niż sporo. :] No i momentami całe akapity jakby wyjęte z podręcznika do historii, jakoś mi się to gryzło z fragmentami dotyczącymi bohaterów. :) Chociaż zamysł jest i byliby z tego ludzie, gdyby tylko zrobić gruntowną korektę. :) No i epilog jak z jakiejś "Dziewiątej Kompanii" czy innego filmu wojennego opartego na faktach. ;)
Misiekh 29 paź 2007, 17:09
Może taki komentarz zabrzmi ostro, ale - czy ten tekst wogóle przeszedł jakąś korektę po napisaniu? Wygląda jak napisany na kolanie, styl leżyi kwiczy, pełno literówek, słowa jakoś porozszczepiane, ogólnie strasznie ciężko się to czyta. Fabuła chaotyczna i momentami nie trzymająca się kupy. Nie podoba mi się.

Copyright © 2004-2017 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 22 cze 2017, 12:56 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka