Opowiadania

Srebrnoskrzydły

1 – czyli początek

Kuternoga nasadził wyświechtany kapelusz mocniej na głowę i poprawił w dłoni kostur. Kryjąc się przed ciekawskimi spojrzeniami ludzi, przemykał lasami od wsi do wsi. Właściwie nikt nie umiał powiedzieć, w jakim celu mężczyzna kuśtyka po tym świecie. On sam nigdy o sobie nie opowiadał. Chociaż czasem, kto wie?

Kulawiec wprowadza

Podczas jednej z moich licznych wędrówek dotarłem do pewnego zamku. Nie wątpię, że niegdyś był doprawdy wspaniały, a jego biała wieża górowała nad okolicą. Jednakże w czasie, w którym ja się tam zjawiłem, po dawnej potędze nie istniało już nawet wspomnienie. Wiatr hulał swobodnie wśród zgliszcz. Czubkami butów trącałem ogryzione przez robactwo kości.
Snułem się po rynku i czułem się jak duch. Chrzęst pod stopami był jedynym dźwiękiem, jaki mi towarzyszył. Wstąpiłem do kilku opustoszałych domostw, które jakimś cudem zachowały jeszcze dachy. W końcu nogi poniosły mnie do pałacu. A raczej do tego, co z niego pozostało.
Tam odnalazłem dziwną staruchę. Rzucała nerwowe spojrzenia to na mnie, to na cztery ściany, w których tkwiła zamknięta. Oczy miała podkrążone, a policzki zapadnięte. Jej chorobliwie bladą skórę poorały zmarszczki. Siwe włosy niemal całe wyrwała własnymi, szponiastymi dłońmi. Kiwała się w przód i w tył, bezgłośnie ruszając ustami. Szybko zorientowałem się, że jest niema. Na moje prośby chwyciła jednak pióro i pergamin, by przybliżyć mi minione wydarzenia.

Relacja starej kobiety

Król był dobrą istotą. Bardzo zmęczoną. Zacny umysł uległ pod naporem dworskich intrygantów i zdrajców stanu. Prawdziwie żal mi było tego człowieka. Ale mimo najszczerszych chęci nie miałam pojęcia, jak mogę pomóc. Za każdym razem gdy go widziałam, pogłębiało się moje wrażenie, że korona mu ciąży. Że złoto drąży bolesne rowy w jego skroniach. Tak, tak. Rowy. Wąwozy.
O tamtych rzeczach wiedzieliśmy od strażników. Jeden z nich opowiadał tak:

„Ubrany na czarno, łysy. Twarz chuda. Ale nie dziwota – to biedak był. I miał cylinder. Elegancki, to prawda. Ale tu i ówdzie wyłaziła szarzyzna starości. No i wszedł do komnaty Jego Wysokości. Ja żem słyszał ino monarsze krzyki. Zdenerwował się, oj zdenerwował. Tamten o upadku Świętego Miasta opowiadał, a Jego Królewska Mość się zżymał, że pariasa mu do pałacu wpuścili. Bo to grabarz był. Pospolity grabarz. Przedstawiał się imieniem Yarkerad. Jego Wysokość wyrzucił go bez wysłuchania. Ja żem słyszał, co ten przybysz potem do przyjaciela mówił. Bo czekał na niego taki odpicowany jeden. Krój stroju z zachodu, a kolory z cyrku. Pewno śpiewak. No i oni rozmawiali później. Ten w tym pasiastym, żółto-fioletowym doublecie zagadnął, jak audiencja poszła. I grabarz mu odpowiada, że go król wyrzucił na zbity pysk. Tamten pomiętosił chaperon taki chabrowy, jak bogów kocham, chabrowy – i obaj opuścili pałac. Oj, miny mieli nieciekawe.”

Poszli do tawerny. Urokliwe to było miejsce, mój panie. Mała karczma, wtulona nieśmiało między manufakturę a budynek Rady Miejskiej. Zerkała na rynek parą okien, rozświetlonych od wewnątrz blaskiem lamp oliwnych. Zawsze witała gości ciepłem i zapachem jadła. Tak, tak. Jadła.
Jak już wspomniałam, zjawili się tam dwaj mężczyźni. Gospodarz mi opowiadał. Wzięli po kuflu piwa i siedli przy stole. No i zaczęli się kłócić.

-Nie wiem, przyjacielu. – zaczął wtedy grabarz – Nie wiem co robić. Oni niebawem dotrą do stolicy. Co wtedy uczyni nasz król-ślepiec?
-Niech bogowie… - szepnął ten śpiewak, ale Yarkerad mu przerwał:
-Ha! Bogowie! Dobre sobie! Bogowie dawno już opuścili tę krainę.
-Nie mów tak.
-Możesz pisać o nich pieśni. Możesz śpiewać i grać na tej swojej mandolinie…
-Na lirze. To jest lira.
-Wszystko jedno. Możesz wzruszać widownię, ale bogów nie wzruszysz. Oni stąd odeszli dawno temu i już nie wrócą.

Wtedy on się do nich dosiadł. Nie znali go jeszcze. Dla nich to był niski nieznajomy w zbyt kusej koszulinie, za dużych butach i przydługim, wypłowiałym płaszczu. Wyszczerzył w uśmiechu te jego żółte zęby. Upił łyk wina z masywnego kielicha, trzymanego w dłoni o krótkich palcach i pomalowanych na czarno paznokciach. Wiem, że tak było, nie trzeba mi niczyich relacji, żebym tę scenę widziała oczyma wyobraźni. W końcu to mój brat.
-Grabarz Yarkerad i bard Złotousty? – zapytał zapewne swoim dźwięcznym głosem. A jak oni potwierdzili, to radośnie potrząsnął ich prawice i zrzucił kaptur. Na czubku nosa miał wytatuowaną jaszczurkę, a powieki pociągnięte henną. Ruda czupryna sterczała na wszystkie strony. Jedyny w swoim rodzaju na całe królestwo. Mój mały braciszek. O dalszej rozmowie sam mi już opowiadał:

„-Miło mi was poznać. Wielcem rad, że was znalazłem. Jestem Salamandra, czarnoksiężnik nadworny. Ale pewnie nie muszę tego mówić, musieliście mnie widzieć na którychś obchodach Ubóstwienia. – przerwałem, żeby napić się wina – Słyszałem, że Jego Wysokość nie chciał was wysłuchać. Dlaczego nie próbował raczej drugi z was? Jak można było wysłać pariasa do króla? - doprawdy, nie potrafiłem zrozumieć takiego braku rozsądku!
Złotousty wzruszył ramionami i odpowiedział:
-Zna mnie. Mój głos. I nie darzy sympatią.
-Zna cię jako pieśniarza czy to jakaś inna znajomość? – nie mogłem się powstrzymać od tego pytania. Chyba bard poczuł się urażony, bo prychnął obojętnie:
-Inna.
-No nic, nie moja sprawa. – uciąłem od razu drażliwy wątek i postanowiłem przejść do sedna – Powiadają, że bogowie zapomnieli o tej krainie. To jednak nieprawda. - widziałem, że ich intryguję – Jeden został. Uśpiony w jaskini. Czeka na wezwanie. Jego świątynia dawno została zburzona. Tym razem to ludzie z tych ziem zapomnieli o nim. Ale udało mi się ustalić położenie groty. Wprawdzie jest poza granicami, ale da radę prędko tam dotrzeć. – na tym uciąłem i czekałem na reakcję.
-No i czemu nam to mówisz? – odezwał się wreszcie Yarkerad.
-Przeżyliście. Widzieliście wroga. Widzieliście Święte Miasto po ataku. Tylko wy możecie przekonać go do interwencji. – wyjaśniłem cierpliwie.
-Kto to jest? – spytał grabarz.
-Khazaartehaur.
Zapadła chwila ciszy, podczas której dwaj przyjaciele wybałuszali na mnie oczy.
-To smok. – przerwał w końcu milczenie Złotousty – Potrzebni są bogowie.
-Na drewnianą nogę błogosławionego dziadka Kosmy! – wykrzyknąłem, bo naprawdę nie wierzyłem w ich nieświadomość – A czymże są smoki, jeśli nie bogami?! Wróć. Nie są bogami. Są… Były stworzycielami bogów, chłopcze! Dopóki nie opuściły naszego świata, zawiedzione jego rozwojem. Khazaartehaur został. Był za stary na podróż. Ale jedną myślą może zmienić losy wszystkich królestw Kontynentu. Jeśli ktoś go do tego namówi. Więc jak?”

Kulawiec ponownie

Stara wiedźma nagle przerwała spisywanie historii. Wypiła połowę atramentu, uśmiechnęła się do mnie czarnymi zębami i szybko, nieczytelnie zaczęła bazgrać na drugiej stronicy:
“Czy wiesz panie, jak to jest? Nie masz pojęcia. Tak, tak. Nie masz pojęcia. Życie, kiedy zna się czas, sposób i przyczyny własnej śmierci, to nie życie. Ty niczego nie wiesz. Nie wiesz co się dzieje, gdy przeżyje się swój zgon. Nie znasz martwoty za życia, panie! Tak, tak. Zgnilizna.”
Porzuciłem ją, gdy zaczęła płakać. Skierowałem się do pobliskiej wioski. Postanowiłem znaleźć świadków, którzy mogliby mi opowiedzieć coś więcej o tamtych zdarzeniach. Przyznam, że intrygowały mnie coraz bardziej.
Szczęśliwie dotarłem do kapitana straży królewskiej, który – jako jeden z nielicznych – zachował jeszcze zdrowe zmysły. Właśnie on zapoznał mnie z dalszym ciągiem tej historii:

„-Panie, przeszli przez południowy limes. - powiedziałem stając na baczność, niepomny na to, że i tak mnie nie widział.
-Rzeka ich zatrzyma. – odparł mi król drżącym głosem.
Zaoponowałem, że ponoć mają hippokampy. Na to spytał, kto nimi dowodzi.
-Usa.
Król potarł się po czole i zgarbił jeszcze bardziej. To był naprawdę dobry człowiek. Ale bardzo zmęczony. Westchnął i rozkazał przyprowadzić sobie swojego maga. Nie mogłem tego zrobić.
-Wraz z dwoma przybyszami ze Świętego Miasta opuścił stolicę. Nie wiemy, gdzie jest.
-Opuścił. - Jego Wysokość nawet nie wyglądał na zaskoczonego – Wobec tego przyprowadźcie mi Bryzejdę. A gabinet Salamandry przetrząśnijcie, zabierzcie kosztowności i spalcie resztę.
Posłałem jednego ze swoich ludzi po czarodziejkę. I ja też wyszedłem, zamykając za sobą drzwi. Jego Wysokość został sam. Znów. Rok po roku, dzień po dniu. To był właśnie taki człowiek, że minuta po minucie, zapadał się coraz głębiej w swojej samotności, panie. Naprawdę, było mi go ogromnie żal. Ale nie umieliśmy mu pomóc.”

Szukałem dalej.

5

-Rad jestem, doprawdy! – nie przestawał trajkotać Salamandra, podskakując rytmicznie na grzbiecie wierzchowca.
Stukot podków o kamienistą drogę mieszał się z brzdąkaniem liry i, sporadycznie, z wrzaskiem spłoszonego ptactwa. Trasa wiodła przez rozległe równiny wielu krain i od czasu do czasu przecinała wijącą się szerokimi zakolami rzekę. Rosnące tu i ówdzie kępy drzew dawały krótkie momenty wytchnienia w cieniu. Koła karawanu terkotały monotonnie. Grabarz siedział na zydlu i obserwował linię horyzontu, z rzadka popędzając konie.
-Doprawdy! – wołał tymczasem rozentuzjazmowany mag, potrząsając czupryną – Miałem wiele szczęścia! Jeśli dobrze obliczyłem, odnajdziemy jaskinię jeszcze zanim oni dojdą pod Kambrię!
-Będą szybciej drogą wodną. Maja hippokampy. – mruknął od niechcenia Yarkerad, drapiąc się po łysinie. Jednakże te słowa nie zdołały zwarzyć humoru maga.
-Och! – wykrzyknął, machnąwszy ręką lekceważąco – Po zejściu z hippokampów stracą cały potencjał bojowy. A będą musieli zejść. Miasto jest za daleko od wody.
Rozmowę przerwało przeciągłe krakanie. Podróżni zatrzymali konie i zaczęli się rozglądać w osłupieniu.
-Kruki? Od śmierci ostatniego księcia nie ma kruków w Targaju. – szepnął lękliwie Złotousty.
Ptaki, ignorując zupełnie fakt, że ich nie ma, zaczęły krążyć nad głowami wędrowców.
-Wojna się zbliża, czują to. Powróciły. - odparł cicho czarnoksiężnik.

Świszczący między skałami wiatr niósł ze sobą zapach trawy. Chmury wisiały nisko nad horyzontem, a cienie nagich, samotnych drzew kładły się coraz dłuższe w blasku zachodzącego słońca.
Procesja opuściła właśnie miasto i dotarła do płaskiego, dużego kamienia, na którym następnie ułożono zwłoki. Na czoło konduktu wysunął się szaman – niski, drobny staruszek, który miał odprawić modły. Jego słowa mieszały się z furkotem proporców i łopotem sztandaru.
Coraz więcej ptaków krążyło nieopodal.
W końcu czarownik skropił twarz poległego świeżą krwią, po czym pochód zawrócił i powoli skierował się ku miastu.
Tymczasem ptactwo, wyczuwając apetyczną woń, zbliżyło się do martwego ciała i zaczęło zatapiać w nim dzioby. Zwłoki w mig pokryły się czarnym całunem padlinożerców, a dookoła rozlegały się dzikie skrzeki i krakanie.
„Dołącz do przodków, Gregorze, mój najukochańszy synu…” – pomyślał Albrecht Zapomniany. Obserwował z wieży zamkowej, jak w oddali kruki i gawrony rozszarpują poległego dziedzica.
-Nie pochowacie ciała? – zdziwił się mężczyzna stojący w półmroku komnaty, nieco za księciem. Po bogatym ubiorze można było poznać, że to cudzoziemiec.
-Czemu mielibyśmy zakopywać moje dziecko i skazywać duszę na wieczną mękę pod ziemią? Teraz Jeruzalem istnieje w nich. – Albrecht zatoczył ręką szeroki łuk w powietrzu – Tam, na niebie, gdzie czernią się wszystkie duchy Przodków.

Bryzejda przyszła niebawem. Była to kobieta w średnim wieku, o lisim spojrzeniu i drobnej, trójkątnej twarzy. Spiczasty podbródek drgał nieustannie, a szerokie usta marszczyły się co jakiś czas w wyrazie zadumy. Purpurowa, powłóczysta, aksamitna suknia była głęboko wydekoltowana, choć czarodziejka niespecjalnie miała czym się chwalić. Siwiejące włosy upinała wysoko na głowie ozdobionej srebrnym diademem.
Kobieta skłoniła się nisko przed tronem i tupnęła dwukrotnie obcasem.
-Witaj, Bryzejdo. – zaczął władca – Twój młodszy brat mnie opuścił. Doradź, co mi teraz pozostało? Usa zbliża się do miasta. Zapewne ma oddział kentaurów. Mają też hippokampy. Powinienem czekać? – rozległy się dwa stuknięcia obcasa, król westchnął – Tego się obawiałem. Co więc pozostaje? Wyruszyć im na spotkanie całą armią?
Dwa stuknięcia.
-Najchętniej błagałbym bogów o pomoc…
Zdecydowane stuknięcie.
-Co?
Cisza.
-Bogowie?
Stuknięcie.
-Daj spokój, Bryzejdo. – monarcha westchnął ponownie – Bogowie opuścili tę krainę.
Dwa stuknięcia.
Smukłe, kobiece palce ujęły zmęczoną rękę władcy i prześlizgnęły się po wewnętrznej stronie jego dłoni. Zaczęły kreślić znaki.
S – R – E – B – R – N – O…
Król wyrwał dłoń i zacisnął w pięść.
-To się nie uda. – oznajmił łamiącym się głosem.
Mocne tupnięcie. Bryzejda znów ujęła nadgarstek władcy i przyłożyła jego dłoń do swojej piersi. Poczuł ciepłą, miękką skórę i bicie serca. Po chwili kobieta odsunęła się. Ponowne tupnięcie.
-Mylisz się. – przemówił monarcha, tym razem nadspodziewanie twardo, ocierając nerwowo łzę, która spłynęła spod opaski przesłaniającej oczy – On nas nie kocha. Po prostu był za stary.
Delikatny dotyk na wysuszonym policzku. Szybki odgłos kroków. Trzaśnięcie drzwi.

Znów sam. Sam na sam ze swoimi myślami. A niema czarodziejka wszystko skomplikowała.
Dała nadzieję.

Bryzejda wygładziła suknię i zeszła do piwnicy, gdzie miała swoją pracownię. Tam usiadła na niskim, drewnianym zydelku i przykryła głowę cienkim, białym kawałkiem tkaniny. Jej postać zaczęła się robić lekko prześwitująca, a myśli poszybowały daleko od pałacu i od stolicy. Do brata.
„Król jest z ciebie niezadowolony, mój drogi.”
Przyniesiemy mu ratunek. Khazaartehaur ocali nasz świat. – zawirowała w głowie odpowiedź.
„Spiesz się, chłopcze. Są coraz bliżej.”
Czarodziejka ściągnęła chustę z głowy i rzuciła ją na stolik stojący w kącie niewielkiego pomieszczenia. Z ciężkim westchnieniem wstała. Nie wiedziała, jak może wesprzeć zmęczoną duszę monarchy.

Kulawiec raz jeszcze

Znalazłem. Wreszcie znalazłem tego, który mógł mi zdradzić najwięcej szczegółów. Poetę. Siedział w knajpie podrzędnej kategorii i topił wspomnienia w kolejnych butelkach bimbru wątpliwego pochodzenia. Jednak wyłuskałem z niego opowieść.

Złotousty opowiada

A idź pan. Cała ta pieczara, to w ogóle była mała i równie mało efektowna. Powiadam ci, panie, że po tak stromym podejściu, ja spodziewałem się czegoś więcej. A tam tylko okrągłe pomieszczenie niezbyt imponującej kubatury. Z szeroką dziurą na przeciwległej ścianie. Z widokiem na dolinę. I przy samej ziemi kilka ciasnych, krótkich, ślepych korytarzy.
Ja tom myślał, że ten cały smok, to po prostu już odleciał. Ale mag gestem nakazał mi wtedy milczenie i zaczął czołgać się od jednej szczeliny do drugiej. Wreszcie przy którejś z nich wyprostował się do klęczek i wyszeptał… Po kiego on właściwie szeptał? Kto mógł nas usłyszeć? W każdym razie kazał iść.
Przeciskaliśmy się przez wąskie korytarze. W najlepszych okolicznościach przyrody mogliśmy brnąć w kucki, a nie całkiem na leżąco. A i tak wciąż musieliśmy uważać na głowy. Oj tak, przeklinałem szpetnie widząc, że muszę wlec się po kostki w brudnej, mętnej wodzie. To nie była podróż na moje buty, uwierz mi pan. Obmacywaliśmy każdy centymetr zimnej, mokrej ściany, wybierając dalszą drogę. Ciemności panowały nieprzeniknione. Od czasu do czasu tylko ktoś z nas wołał: „uwaga na głowę”, „ostrożnie, tu jest ślisko” albo „auu, cholera jasna!”.
I jakoś wtedy Yarkerad zorientował się, że – mimo wyciągania rąk na wszystkie strony – nigdzie nie czuje wilgotnej skały. Dotarliśmy do większego pomieszczenia. Salamandra wyprzedził grabarza i poszedł wzdłuż ściany. Po kilku minutach nadszedł z drugiej strony i oznajmił nam podniosłym szeptem (znów szeptem – osobiście jestem zdania, że miał manię prześladowczą):
-To tu.
Uległem nastrojowi i spytałem również przyciszonym głosem, czy to on. Smok. Mag mruknął potakująco. Z jego dłoni posypało się kilka iskier, które z sykiem zgasły na mokrej ziemi. Palce czarodzieja zatliły się bladym światłem, jak bogów kocham, panie. Wystarczyło, by rzucić trochę blasku na całą jaskinię.
Pośrodku ujrzeliśmy ogromne cielsko. Powiadam ci, panie! Ostre łuski lśniły prawdziwie opalizująco w rytm oddechu gada. Masywne, czarne szpony zdążyły już porosnąć rdzawymi glonami. Wydłużony łeb pokrywały wytatuowane symbole. Żaden z nich nie był znany Salamandrze. Coś pięknego. Doprawdy, pięknego. Przyglądaliśmy się przez chwilę w nabożnej ciszy smokowi, aż nagle Yarkerad, ten barbarzyńca, ryknął:
-Pobudka!
W odpowiedzi rozległ się przeciągły pomruk, dochodzący z głębi trzewi bestii. Serce mi stanęło dęba, drogi panie. Powieki potwora ciężko się uniosły, a w nas wlepiła wzrok para rubinowoczerwonych ślepiów. W końcu Khazaartehaur podniósł łeb, wyprężając jak strunę swoją długą, smukłą szyję, i zwrócił się ku nam. Uwierz, panie – nie chciałbyś, żeby takie oczy na Ciebie spojrzały!
-Pięknie. Po prostu pięknie. – jęknął Salamandra, przeglądając się w karmazynowych tęczówkach smoka. Ale grabarz wzruszył ramionami i zakrzyknął:
-Bądź pozdrowiony, Przedwieczny! Racz nam wybaczyć, że zakłócamy spokój twojego snu. Przybywamy do ciebie w wielkim smutku i pokornie prosimy o wsparcie. Coś, co nas, śmiertelnych, doprowadza do rozpaczy i wpędza w żałobę, dla ciebie będzie kwestią jednego oddechu, jednej myśli.
Niski głos brzmiący, jakby dochodził z najdalszych zakątków groty, odbijający się wielokrotnie echem, odparł:
-Oszczędź mi tych prostych pochlebstw, człowieczku. Czego chcecie, że ośmieliliście się tu wedrzeć?
Niezrażony Yarkerad roztoczył przed bestią obraz zniszczonego Świętego Miasta Vary. Pożaru, ruiny centralnej świątyni. Opowiedział o zrabowaniu, bryłka po bryłce, złotych wież. I o zamordowaniu kapłanek. Przyznam, że zrobił to z niejakim kunsztem. Chociaż brakło w jego opowieści wyczucia dramatyzmu.
Smok łypnął na nas. Jego paszcza wygięła się w czymś na kształt uśmiechu – o ile w ogóle jest możliwe, żeby taki gad się uśmiechnął. Ale było coś przyjaznego w tym wyszczerzeniu zębów. Pokryte łuskami cielsko uniosło się na potężnych łapach. Długi, biczowaty ogon zawirował w jaskini, z głośnym świstem rozcinając powietrze.
-Zobaczmy więc, co się dzieje. - mruknął powoli Khazaartehaur i wydał z siebie ryk, który wstrząsnął górą w posadach. Sklepienie jaskini pękło w kilku miejscach. Smok stuknął w nie jednym pazurem. Pieczara z głośnym łoskotem zaczęła się walić. Nie zważając już na nic, rzuciliśmy się do ciasnego tunelu i jęliśmy czołgać się z powrotem do wyjścia. Byłem na końcu, więc mogłem się jeszcze raz odwrócić. Widziałem, jak gad strząsnął z siebie gruzy, leniwie wylazł na szczyt przez otwór w grocie i rozłożył ogromne, błoniaste skrzydła. Zalśniły w promieniach słońca srebrzystym, prawdziwie srebrzystym, blaskiem. Khazaartehaur z łopotem uniósł się w powietrze i skierował się, jak przypuszczam, ku pozostałościom Świętego Miasta.
Dość prędko zeszliśmy do podnóża góry i dotarliśmy do swoich koni. Natychmiast ruszyliśmy w drogę powrotną, pełni dobrych przeczuć i radośni. Wtedy jeszcze wszystko miało pójść gładko.

8

Smok szybował już nad spalonymi domostwami i zwęglonymi zwłokami ludzkimi. Jego ogromny cień padał na miejsce, z którego niegdyś wystrzelała ku niebu złota wieża świątynna, w milczeniu głosząca chwałę stworzycielom świata. Szczątki kapłanek leżały rozwleczone na całym dziedzińcu. W rdzawych kałużach po niedawnym deszczu mieszała się woda, krew i błoto. Na ziemi między zmasakrowanymi ciałami walały się połamane strzały i miecze.
Gad dojrzał wśród pól wydeptane pasmo i tam skierował swój lot. W stronę stolicy, gdzie pod murami stanęły już kentaury. Okrążył miasto i z rozwarł szeroko paszczę, z której wydobył się słup zielonkawego ognia. Płomienie ogarnęły oddział Usy. Wojownicy rozpierzchli się na wszystkie strony, a po chwili przypuścili kontratak, ciskając włóczniami w korpus napastnika. Ostrza odbijały się i spadały na ziemię, nie pozostawiając najmniejszej rysy na opalizujących intensywnie w świetle słonecznym łuskach. Z rzecznej toni tymczasem nadciągnęły setki smukłych, uzbrojonych mężczyzn, którzy przybyli tu na grzbietach hippokampów. Posypał się na nich deszcz strzał z murów oblężonego miasta. Khazaartehaur zmiótł smagnięciem ogona część atakujących, a w resztę ponownie zionął językami zielonych płomieni.
Smok wzleciał nieco wyżej, zrobił kilka okrążeń nad miastem, spojrzał rubinowymi ślepiami na pobojowisko, omiótł wzrokiem wiwatujący w mieście tłum, po czym wyszczerzył zęby w swoim specyficznym uśmiechu i rozchylił paszczę.

Powrót do opowieści Złotoustego

-Na bogów! On oszalał! Wszystko zniszczone! – wykrzyknąłem, gdy dotarliśmy do zwęglonych ruin. Kiedy dojechaliśmy do połamanej i uchylonej bramy, ukazały się nam szczątki wojowników, tlące się jeszcze strzechy domostw i dogasające drzewa. Ocalała jedna wieża pałacu. W niej odnaleźliśmy konającego króla z obwiązanymi oczami i pielęgnującą go Bryzejdę.
Grabarz tylko się śmiał oznajmiając nam, że zginiemy niebawem. I poprawiał ten swój cylinder. I rechotał.
-Zamilknij! – wołałem, dławiąc rozpacz – To twoja wina! Po co go budziłeś?!
Tamten wlepił we mnie zdziwione spojrzenie.
-Po co? – powtórzył zaskoczony – Może to ja coś źle zrozumiałem, ale podjęliśmy tę dziwaczną wyprawę właśnie po to, żeby obudzić naszego umiłowanego smoka, czyż nie? - nienawidziłem tego jego tonu, tego sarkazmu.
Tłumaczyłem, że nie opracowaliśmy taktyki. Nie mieliśmy czasu na zastanowienie. Ale on nie rozumiał. Albo udawał, że nie rozumie. W odpowiedzi cmoknął, pokręcił z politowaniem głową i wzruszył ramionami. Zawrócił konie. Karawan poterkotał w dal. Więcej go nie widziałem. Miałem go wołać, ale powstrzymał mnie mag:
-Zostaw. To niedobry czas na konflikty. Spotkacie się później.
Po chwili spięliśmy konie ostrogami i ruszyliśmy w dalszą drogę, sami do końca nie znając celu. Mniej-więcej kierowaliśmy się tam, gdzie mógł, zdaniem czarnoksiężnika, odlecieć Khazaartehaur.
-Co zamierzamy? – zapytałem w którymś momencie.
Salamandra wzruszył ramionami i odparł:
-Musimy go odnaleźć.
-A jak już odnajdziemy? To nie powinno być sztuką przy jego gabarytach.
Czarodziej otworzył szeroko oczy ze zdziwienia. I opowiedział mi, o co w tym chodzi.

10

Oblizał się łakomie i rzucił przelotne spojrzenie na jej szyję. Owinięte czarnym płaszczem ciało zgięło się wpół w głębokim ukłonie.
-Witaj na pokładzie, moja piękna. – zadźwięczał czysty głos mężczyzny, ujawniając delikatny, obcy akcent. Kobieta spojrzała podejrzliwie i odburknęła coś w odpowiedzi. Uśmiechnął się do niej szeroko, ukazując dwa spiczaste kły. Przedwcześnie posiwiałe pasmo włosów opadło niesfornie na czoło. Do rozmowy wtrącił się kapitan:
-Xerxes, nie nagabuj gościa! Spróbuj ją tknąć, a będę cię osobiście przypiekał w blasku wschodzącego słońca.
Mężczyzna nazwany Xerxesem parsknął z niezadowoleniem i odparł, prostując się dumnie:
-Fiasko, mój przyjacielu. O co mnie oskarżasz? Wiadomo, że jej nie tknę. Chciałem bliżej ją poznać. – w tym momencie mężczyzna uśmiechnął się jeszcze szerzej, w fioletowym obłoku przeobraził się w nietoperza i zawisł na bukszprycie.
-Kapitanie? Kiedy mnie wypuścicie? – spytała kobieta cicho, korzystając ze sposobności, że jest sam na sam z Fiasko.
-Widzisz, moja droga… Wystąpiły pewne komplikacje. – zaczął ten ostatni i zawiesił na moment głos. Odetchnął głęboko słonym, morskim powietrzem i podjął – Nie ma kto za ciebie zapłacić. Jakiś czas po ataku, do miasta przybył legat z Zachodniego Patriarchatu. Twój ród oskarżono o bardzo ciężkie wykroczenia i pochodzenie w bezpośredniej linii od jednego z pomniejszych demonów. Obawiam się, że wycięto was co do jednego.
Kapitan odwrócił się na pięcie i odszedł.
Kobieta kiwnęła głową, jakby właśnie przyswajała sobie usłyszane wieści. Nad ranem znaleziono jej zwłoki wiszące na rei. Nogi bezwładnie kołysały się na lekkim wietrze, a lina, na której zawisło ciało, skrzypiała miarowo.
Xerxes wyglądał na mocno poruszonego całym tym epizodem. Zamknął się w sobie i przestał opuszczać kajutę – nawet nocą.
Nie wyszedł również, kiedy na pokład padł ogromny, podłużny cień, a w powietrzu rozniósł się gorący, duszny powiew. Mimo że słyszał głośne krzyki, odgłos trzaskanych kości i szczęk żelaza. Dopiero gdy wszelkie dźwięki umilkły, wyjrzał na zewnątrz. Spostrzegł stojącą pośrodku pobojowiska kobietę, o której myślał, że jest martwa. Z jej dłoni kapała krew, usta miała umazane posoką, a od miejsca, w którym stała, szła fala palącego powietrza.
Rzuciła mężczyźnie spojrzenie rubinowoczerwonych oczu. Jej głos dobył się jakby z głębin poza czasem i przestrzenią:
-Jam jest Khazaartehaur, Srebrnoskrzydły, stworzyciel Północnego Świata, Strażnik Wielkiej Niedźwiedzicy. Przybyłem zapłacić okup. A wy tak handlujecie? Martwymi ciałami? – istota wskazała palcem na zwłoki, nadal kołyszące się obojętnie na rei.
Xerxes skłonił się pokornie i przyklęknął na jedno kolano.
-Przedwieczny, nie nasza w tym wina. Zrobiła to sama, z rozpaczy na wieść o śmierci jej rodu. Racz darować mi mój marny żywot. – odparł, wciąż nie podnosząc wzroku.
-Przecież ty i tak nie żyjesz. – przemówił z politowaniem Khazaartehaur głosem kobiety, po czym uniósł się lekko w powietrze i przeobraził się znów w ogromnego gada. Wprawił w ruch rozłożyste skrzydła i zniknął na niebie.
Xerxes tkwił na okręcie jeszcze kilka dni, karmiąc się krwią martwej załogi. W końcu wyczuł bliski ląd, przyjął postać nietoperza i odleciał, zostawiając wszystko na pokładzie tak, jak wyglądało po wizycie Srebrnoskrzydłego. Nawet ciało kobiety przypuszczalnie wciąż smętnie kiwa się przy silniejszych podmuchach.

-Jest zmiennokształtny. – podsumował opowieść Salamandra – W każdej chwili może się przed nami ukryć. A to, co dla nas będzie wieloletnimi, mozolnymi poszukiwaniami, dla niego to zaledwie mgnienie oka.
-Jako człowiek też jest niebezpieczny? – spytał Złotousty. Mag mruknął potwierdzająco.
Jechali jakiś czas w milczeniu. Wreszcie po raz kolejny odezwał się poeta:
-Kim ona była i dlaczego Khazaartehaur chciał zapłacić za nią okup?
-Ha! – odparł czarodziej i wzruszył ramionami – Tego nikt nie wie. Xerxes nigdy nikomu nie wyjawił szczegółów tej historii, nawet po pijaku.
-Rozmawiałeś z nim?
Mag skinął głową.
-I co? Nic ci nie powiedział?
-Nic.
-Żyje jeszcze?
-To Nieumarły, młodzieńcze. Nigdy nie żył. Zresztą, pewnie od lat już leży na jakimś rozstaju dróg z kołkiem w sercu. W dzisiejszych czasach nie ma miejsca dla wampirów. Wiele tajemnic zapewne zabrał ze sobą z tego świata. Zresztą, i tak go odnajdziemy.
Jeźdźcy podjęli dalszą podróż w ciszy.

Nocowali na polanie otoczonej z trzech stron lasem. Niebo, jeszcze przed chwilą szare, przechodziło stopniowo w granat i grafit, by niebawem na czarnym tle rozmigotały się setki gwiazd. Wiatr muskał korony drzew, które szumiały dookoła polany. Z czwartej strony przebiegała droga. Za nią rozciągały się pola od dziesiątek lat czekające na swojego rolnika, który przybędzie tu z radłem.
Złotousty zwinął się w kłębek, czule objął lirę i zasnął jak głaz. Tymczasem Salamandra okrył się kocem i siedział bez ruchu przy ognisku, ze wzrokiem utkwionym gdzieś ponad czubkami otaczających ich drzew.
Minuty łączyły się w godziny i odbiegały w mroki niewyraźnych wspomnień.
Nagle czarnoksiężnikowi zrobiło się duszno, a jego ciało przeszył zimny dreszcz. Rozejrzał się czujnie dookoła. Zobaczył jedynie sunący po niebie księżyc i drgające liście topoli.
Jednakże po chwili usłyszał niepokojąco nerwowy szelest trawy. Od czasu do czasu trzask łamanych gałązek. Najpierw tylko szepty, a potem coś jakby wiele męskich, uskarżających się głosów. Jakiś cień przemknął w oddali między pniami.
Nad lasem pojawiła się sina łuna, a w niej Salamandra ujrzał mężczyznę, lewitującego z rozłożonymi na boki rękami. W poświacie, tu i tam dało się dostrzec postacie w zbrojach, o wyszczerbionych mieczach i pustych oczodołach. Zjawy potrząsały gniewnie w stronę istoty nad lasem kościstymi pięściami. W następnej chwili odwróciły się do maga i poety.
Smutek na obliczach tych mężczyzn przytłaczał. W ich głosach pobrzmiewała rozpacz i beznadzieja. Nie mieli już więcej siły na wściekłość. Ostatnie pasma włosów smętnie wisiały im z głów. Wgniecenia na zbrojach dopadała korozja.

Człowiek ponad lasem rzucił zagniewane spojrzenie na Złotoustego i Salamandrę. Skrzyżował ręce. Jego dłonie rozświetlił silny, sinawy blask, który spiralą otoczył postać i wystrzelił ku armii. Nieumarli żołnierze w panice pierzchli na wszystkie strony. Kościste stopy deptały trawę, niosąc mężczyzn do lasu. Żaden z nich jednak nie zdołał osiągnąć linii drzew. Sznur bladego światła oplatał się dookoła istot i zaczął ściągać je pod ziemię.
Rozległ się głęboki głos:
-Czego szukacie w moim lesie?
Salamandra, drżąc ze strachu na całym ciele, postąpił krok naprzód.
-Xerxesie! – zawołał donośnie, ale w tym momencie uderzyła w niego ognista kula i powaliła na ziemię. Mag jednak wspiął się na czworaki i znów krzyknął – Xerxesie, wróć do nas!
Jakby w odpowiedzi na to, mężczyzna otoczył się rubinowoczerwoną pajęczyną błyskawic i spłynął na ziemię, gdzie te miliony karmazynowych iskier rozpierzchły się po murawie i zgasły.
-Odejdźcie z mojego lasu, przeklęci. Nie zabierzecie mnie. – szepnął.
-Nie chcemy cię zabierać. – odparł Salamandra, a na obliczu Xerxesa odmalowała się wyraźna ulga, choć starał się tego nie okazywać. Mag kontynuował – Byłeś na Lá Atá Inniu Ann. Widziałeś Srebrnoskrzydłego.
Wampir kiwnął głową.
-Posiadłeś wiedzę i moc obu Stron.
Ponowne kiwnięcie, nieco powolniejsze i bardziej niepewne.
-Srebrnoskrzydły oszalał. – oznajmił z całym przekonaniem czarnoksiężnik. Rozmówca milczał przez chwilę, po czym powiedział cicho:
-Nie zabierzecie mnie. Odejdźcie z mojego lasu.
-Nie chcemy cię. Pomóż nam. – odparł Salamandra, ale wampir jakby nie słyszał. W jakiejś furii rzucił się magowi ku szyi, szczerząc kły. Ofiara zrobiła unik, ale za wolno.
Rozległ się ryk, śmiech, klekotanie kości i szczęk metalu.
Potem zapadła cisza.
Nad ranem Złotousty obudził się sam.

-Oszalałeś. Wszyscy oszaleliście: Albrecht, Khazaartehaur i ty. Jesteście wszyscy parodiami wielkości. – krzyczał Salamandra w pustkę, w której się ocknął. Ale sina poświata milczała nieruchomo, szyderczo – Nikt z was nie przejdzie do historii. W Albrechta już nikt nie wierzy.
Zimna dłoń spoczęła na ramieniu maga i zacisnęła palce.
-Nie zabierzesz mnie.
Mag westchnął z irytacją. Odwrócił się twarzą do Xerxesa.
-Powtarzasz to jak mantrę. Lucjusz uznał, że król Albrecht nigdy nie istniał i opowieść o nim jest całkowicie zmyślona. Słyszałeś o tym? Ponoć w tym czasie rządziła młodsza siostra Gregora, na ten czas wypuszczona z klasztoru. Wymazali już imię Albrechta z kronik Kontynentu. Nikt nie chce pamiętać o szaleńcach. W jakim świetle obłąkany władca stawia przed światem swoją dziedzinę i poddanych? A bóg? Szalony bóg! – czarnoksiężnik roześmiał się wymuszenie – Wyprą się go jeszcze szybciej. Nawet złoczyńcę dopadł obłęd. Ten kraj nie ma już historii.
Przez chwilę Salamandra oczekiwał na odpowiedź.
Zamiast tego, pięć czarnych szponów wbiło mu się w serce.
Ciało osunęło się na twardą powierzchnię ziemi z głuchym łoskotem.
Zapadła ciemność.

-Pamiętajcie mnie. – szepnął król Albrecht do ścian pustego pokoju i wyzionął ducha.
Nikt nie zatroszczył się o pochówek.
Nikogo już nie było.
Wiatr wył tęskno w pustych korytarzach zamku i zdmuchiwał od niechcenia kurz osiadający na resztkach tego, czego jeszcze nie rozkradziono.

W tym samym momencie zamkowa wieża z hukiem rozprysła się na pojedyncze cegły.
Srebrne, pokryte symbolami skrzydła rozprostowały się z ulgą, a głośny skowyt wypełnił przestrzeń. Bryzejdę uderzył gadzi ogon i cisnął nią w gruzy.
Khazaartehaur strzepnął z siebie resztki ludzkiej powłoki, zatoczył nad miastem koło, zionął żywym płomieniem do samej ziemi i poszybował w dal.

Kulawiec wyciąga wniosek

Wiedziałem, co się stało. Nie wiedziałem jedynie, dlaczego to wszystko nastąpiło. Jeśli bogowie mają jakąkolwiek pieczę nad losami świata, to właśnie wtedy powinni byli interweniować. Najwidoczniej jednak uznali, że nie ma takiej potrzeby. Wobec takiej postawy nic dziwnego, że ludzie chętniej garną się do mnie, niż do Niego. Gdybym wtedy tu był, zadziałałbym.
Porzuciłem zamek.
Trzeba było iść dalej.
Najważniejsza jest wędrówka.

12 - czyli zakończenie

-Coś ty zrobiła?! – huknęła wściekle tęga kobiecina w czarnej, powłóczystej sukni.
Wychudła staruszka odłożyła nożyczki na stolik obok pustej butelki. Niewinny uśmiech rozpromienił jej pokrytą zmarszczkami twarz. Kościstymi palcami rozgarnęła długie, popielate włosy, spływające kaskadami aż do posadzki.
-Yyy… Nic? – szepnęła nieśmiało.
-Znowu! Ile razy ci mówię: nie pij! – prychnęła stanowczo jej rozmówczyni, z furią zgarniając z blatu butelkę.
Starowinka skwapliwie przytaknęła.
-Nie możesz ot tak, zmieniać Przeznaczenia. – wciąż trajlowała pulchna kobieta – Kto to widział? Tak nie wolno. Kloto się męczy, a ty ot: ciach-ciach!
-Przecież i tak mogli przegrać…
-Puknij się w to swoje zapijaczone czoło. Kto, twoim zdaniem, teraz złapie Khazaartehaura i Xerxesa? Co z królem, hmmm?
-Jego smok zabił już dawno. Nie ocaliliby go przecież. – burknęła cicho staruszka.
-Posłuchaj siebie. Upadłaś. Szukasz usprawiedliwień. A co z Khazaartehaurem?
-Nic.
-Popatrz na to! Zostali sami szaleńcy. Xerxes…!
-Może stworzą coś wielkiego, kto wie?
-Stworzą parodię. Sama stajesz się parodią siebie.
Kobieta wyszła, trzęsąc się z wściekłości.

Atropos usiadła na zydelku i rozejrzała się po pokoju. Dookoła niej stały krosna. Niezliczone nitki ludzkich żywotów biegły równymi szeregami.
Na stoliku leżały potężne, ostro zakończone, nadrdzewiałe nożyce.
Kusiły.
KOMENTARZE (3) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
~Anna Wołosiak 28 paź 2007, 20:12
A dziękuję za pozytywną ocenę. :)

Widzę teraz, że trochę nieczytelnie to tu wygląda. W oryginale podtytuły były pogrubione, a elementy z dalszej przeszłości kursywą - lepiej było widać, co z czym się je. ;)

No ale nic - i tak miło na sercu, że komuś się podoba. ;)
Misiekh 27 paź 2007, 22:43
Bardzo fajne opowiadanie, ładne stylistycznie, wciągająca fabuła. Co mi się nie podobało - nie lubię "migawkowego" prezentowania fabuły (tzn. poprzez jakby oderwane sceny, bez następstwa między nimi), no ale to mój gust a nie jakaś obiektywna wada.

Na początku myślałem, że to będzie szkatułkowa kompozycja - opowieść w opowieści. W sumie taka po części była, chociaż nie wiem, czy zamierzenie, bo brakło "zamknięcia" szkatułek ;) Gdybym miał to opowiadanie oceniać i gdyby kompozycja była zamknięta i skończona, to bym je ocenił wysoko :)
~Pterodaktyl 26 paź 2007, 11:38
Dziękuję ale to trochę inaczej było :P
  • Ostatnie dyskusje na forum
  • Więcej

Bestiariusza przegląda 2 użytkowników: 1 zalogowany, 0 ukrytych i 1 gość.
Zalogowani: Google [Bot]

Copyright © 2001-2010 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 22 maja 2012, 14:00 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka