Opowiadania

Miasto Żagli

Morderca przemykał krętymi uliczkami miasta. W dzielnicy zachodniej, potocznie przez mieszkańców miasta nazywanej dokami, o tej porze nie było żywego ducha. Odziany w ciemny płaszcz zabójca praktycznie wtapiał się w otoczenie. Miał na sobie skórzany pancerz, który dostał lata temu od swych dawnych mocodawców, a spod tegoż kaftana wystawała idealnie biała koszula, uszyta, z calimshyckiego jedwabiu. Na piersi dumnie wisiał przepiękny amulet, który swym niebieskim blaskiem odrobinę przypominał szafir. Obrazu przepychu i dostojeństwa dopełniały liczne, pobłyskujące na palcach sygnety.

Wizerunek arystokraty. Jedyne, co tak naprawdę pozostało oznaką jego błękitnej krwi. Niegdysiejszy splendor już dawno przeminął, pozostawiając za sobą jedynie gorzkie wspomnienie. Wspomnienie czegoś, co utracił na zawsze.

Zimny podmuch wiatru przerwał na moment jego rozważania. Dziesięć lat. Mieszkał tu od dziesięciu lat i jak do tej pory nie przyzwyczaił się do chłodnego klimatu Północy. A jesienne podmuchy północnego wiatru od strony Doliny Lodowego Wichru potrafiły być uciążliwe. Pochodził bowiem z południa, z upalnej i przepełnionej słońcem krainy, zwanej Amn. To tam się wychował i spędził większość swego życia, aż do chwili, gdy stało się ono niebezpieczne. W momencie, gdy jego ojciec zniknął w nieznanych okolicznościach wraz z całym rodzinnym majątkiem (trzeba zaś nadmienić, że ów był dosyć spory), a organizacja, do której przystał i która go tak naprawdę wyszkoliła, znana w całym Faerunie jako Złodzieje Cienia, zaczęła snuć pajęczynę intryg, życie zabójcy zawisło na cienkiej nitce. Dlatego też musiał opuścić Athkatlę i udać się na Północ, do Luskanu.

Przemierzając labirynt miejskich uliczek zastanawiał się nad wezwaniem, które kilka dni temu otrzymał. Otóż jeden z najbardziej wpływowych kapitanów w mieście, Veliar Blackhand postanowił skorzystać z jego usług. A te nie należały do najprzyjemniejszych. Mówiąc pokrótce, Sorvell zajmował się likwidowaniem niepotrzebnym ludzi, co nie było niczym nadzwyczajnym na ulicach takiego miasta jak Luskan. W tym fachu był najlepszy mieście - tak przynajmniej mówiono.

Miejscowi najczęściej określali go mordercą, a wielu przez ten przydomek wiązało jego profesję ze skrytobójczym fachem. Otóż nic bardziej mylnego. Do profesji cichego zabójcy było mu równie daleko, co sławetnemu Elminsterowi do tytułu „zabójcy dzieci”. Zabijał zazwyczaj w otwartej walce, nie uciekając się do podstępu. I bynajmniej przyczyną takiegoż postępowania nie były jakiekolwiek skrupuły, wyrzuty sumienia, czy dobra wola. Do tego było mu daleko. Prawdziwa przyczyna była o wiele prostsza: Sorvell nigdy nie znał się na takich metodach.

Tam, gdzie się wychował, nikt nie nauczył go poruszać się całkowicie bezszelestnie.

Tam, gdzie się wychował, nie nauczono go zabijać we śnie, gdyż niewielu było takich, którzy podczas snu tracili czujność.

Tam, gdzie się wychował, nie pokazano mu jak się warzy czy aplikuje trucizny.

Nie umiał tego, gdyż rzadko takich rzeczy uczono w więzieniach. A właśnie tam nasz zabójca spędził lwią część swej młodości. Jednak więzienie nauczyło go czegoś zupełnie innego. Pokazano mu jak stać się idealnym wojownikiem. Takim, który nie musi zakuwać się w ciężkie pancerze aby walczyć. Takim, który może walczyć wszędzie i o każdej porze. Łączącym idealnie siłę swych mięśni i wrodzoną zręczność. Kimś, kto staje się doskonałym mordercą.

Wychodząc z kolejnego zaułka skręcił w prawo, przyspieszając kroku. Minął gwarną o tej porze gospodę „Morski Sztorm”, kierując się ku przystani. Z oddali dostrzegał już pobłyskujące na pokładzie „Czarnego Rekina” lampy. Wpatrując się w statek, oddał się ponownie swoim wspomnieniom. Niestety zostały one momentalnie przerwane przez strzałę, która z donośnym świstem przeleciała mordercy nad głową i odbiła się od najbliższego budynku, upadając na ziemię. Szybkim ruchem przeskoczył za stojący nieopodal niski murek, szukając osłony przed oczekiwanym gradem strzał. Jednak nic się nie działo. Morderca wychylił się zza ściany i spojrzał na strzałę. Miała przypiętą jakąś notatkę. Ostrożnie, ciągle obawiając się kolejnych ataków, podszedł do leżącej strzały. Energicznym ruchem zdjął i rozwiną pergamin:




Witaj!

W najbliższych dniach musisz zachować ostrożność,

Ktoś naprawdę niebezpieczny czatuje na Twe życie.

Obserwuj bacznie każdy krok, każdą osobę.

Niczego nie czyń pochopnie. Przyjmij te rady.



Życzliwy…




Równie szybkim ruchem zwinął pergamin i, rozglądając się, wsunął go do kieszeni. Komu mogło zależeć na jego śmierci? W tym samym momencie złajał siebie w myślach za to pytanie. Takich ludzi było mnóstwo i to nie tylko w tym mieście. Bardziej nurtowała go inna sprawa: kto był na tyle dobrze nastawiony, że postanowił go ostrzec? I dlaczego? Bijąc się z samym sobą w myślach nawet nie zauważył, że już doszedł na przystań. Ta sprawa może poczekać…najpierw nasz pan kapitan.


*****


Wewnątrz kajuty panował olśniewający blask. Dziesiątki świec mocno oświetlały całe pomieszczenie, które, mimo że na pierwszy rzut oka wydawało się być ciasne, sprawiało wrażenie obszernego. Blackhand leżał na swym hamaku, leniwie spoglądając w stronę przybysza. Spostrzegłszy kto go odwiedził, momentalnie zmienił wyraz twarzy. Pospiesznym, nerwowym ruchem zeskoczył z hamaka, o mały włos się nie przewracając.

- Tylko się przy tym nie zabij, starcze. Twoi ludzie jeszcze byliby gotowi wziąć mnie za jakiegoś mordercę - skomentował Sorvell z wyraźnym sarkazmem w głosie.

- Po pierwsze, nie nazywaj mnie starcem, człowieku. O ile dożyjesz mojego wieku, zapewne będziesz w o wiele gorszym stanie - odparł kapitan.

- Zapewne…

- Po drugie - przerwał mu pirat - przestań ironizować, bo nie ma bardziej drażniącej rzeczy niż twoje komentarze. Wezwałem cię tu ze względu na twe usługi, a nie dla towarzystwa. Dotarło?

- Oczywiście, skoro tego sobie życzysz - rzekł po chwili ciszy morderca. - Więc jakie to ważne sprawy mnie do ciebie sprowadzają?

- Najwyższej wagi. Jak mniemam, swą pozycję w mieście zdobyłeś podczas wojny… tak? Nie zaprzeczaj. Umiejętnie wykorzystałeś porażkę Luskanu by zyskać obecny prestiż.

Morderca wyszczerzył zęby.

- Pochlebiasz mi, kapitanie - odparł, nalewając sobie solidnie grogu.

- W każdym razie - kontynuował - dorobiłeś się tego wszystkiego na zabijaniu. Lista ludzi, którzy zginęli wtedy z twojej ręki, jest długa, lecz nie mam zamiaru już tego dociekać. Moje pytanie brzmi: czy zabijałeś wtedy również magów?

Tym razem zabójca spoważniał. Jego przyszły zleceniodawca przechodził do sedna sprawy, a to nie pora na żarty.

- Mówisz o członkach Bractwa?

Stary pirat lekko skinął głową.

- Owszem, czasami kilku z nich trzeba było zlikwidować. Zazwyczaj na wyraźne zlecenie swych konkurentów z Bractwa Tajemnic, walczących o swe pozycje w poszczególnych Wieżach.

- Tak jak wszyscy w tym mieście. Wiesz, czemu tak naprawdę zostałem piratem? Nie, jak to inni uważają, dla zysku czy chwały. Owszem, i jedno i drugie bardzo sobie cenię, ale nigdy nie były one priorytetami. Tak naprawdę, zawsze chciałem się uwolnić. Od brudu i intryg tego miasta. Od atmosfery rywalizacji, które je otacza. Od tego wszystkiego. Tam, na morzu, czułem się sobą. Mimo że codziennie stawialiśmy czoła nowym wyzwaniom, zawsze zagrożenie było rzeczywiste. Jeśli walczyliśmy z wrogim okrętem, to on był wrogiem. Jeśli zaatakował nas morski potwór - uciekaliśmy. I pomimo tego, że było czasem naprawdę trudno, kochałem to. Kochałem to, gdyż czułem się swobodnie. Nie musiałem się obawiać, czy ktoś mi wepchnie sztylet miedzy żebra, czy zaszlachtuje jakiś zbir. Tam byliśmy załogą…

- Świetnie, tylko że nadal nie wiem, jaki ma to związek ze mną - przerwał Sorvell, wyraźnie już tracąc cierpliwość. - Najpierw pytasz mnie o magów, teraz twe wspomnienia…

- Już zbliżam się ku końcowi. Otóż, zastanawiałeś się kiedyś, kto tak naprawdę wywołuje tą przeklętą atmosferę? Nie licząc oczywiście takich ludzi, jak ty…

- Uznam to za komplement - odparł, a na jego twarz ponownie powrócił złośliwy uśmiech. - A co do twojego pytania, to myślę, że cały czas chodzi ci o nasze piękne Bractwo Tajemnic.

- Dokładnie. Przejdę już do rzeczy, jeśli pozwolisz. Wraz z większością pirackiej społeczności tego miasta doszliśmy do wniosku, że należy przywrócić stanowisko Wielkich Kapitanów, które po wojnie poszło w zapomnienie.

- Nie dziwię się, że każdy chciał o nich zapomnieć. Ci idioci pozabijali się nawzajem. Mówisz mi niby o złej atmosferze, tak? Kłóciłbym się, czy w większej części zasługa ta nie przypada wspomnianym kapitanom.

- Daj mi, do cholery, skończyć. Dlatego, tym razem, po przywróceniu tego stanowiska zamierzamy wybierać jednego Wielkiego Kapitana. Może ci się wydawać, że jestem staroświecki, ale, od kiedy pamiętam, Luskanem rządzili Wielcy Kapitanowie. Osiągnąłem już w swym życiu wiele, ale na tym zależy mi szczególnie.

- Jak już to wcześniej wspomniałeś, nie mieszam się w politykę tego miasta. Co najwyżej staram się na niej skorzystać. Lecz jeśli wyobrażasz sobie, że magowie ot tak poprą waszą inicjatywę, to się grubo mylisz.

- I właśnie po to cię tu wezwałem - rzekł, wstając z krzesła, wyraźnie podekscytowany. - Magowie już niedługo nie będą mieli nic do powiedzenia. Planujemy powstanie przeciw tym skurwysynom. Rozumiesz? Niedługo ulice tego miasta spłyną ich krwią. To piraci będą teraz ustalać zasady. Jednak magowie nie są słabi. Dopiero pozbawieni swego mistrza poczują się zagubieni. I wtedy na nich ruszymy. Wspólnie z Radą ustaliliśmy, że ty nadajesz się to tego zadania idealnie.

- Zaraz. Jeśli się nie mylę, oczekujesz, że pozbędę się najwyższego członka Bractwa. Ot tak? Czy ty wiesz, jaki to poziom wtajemniczenia?

- Do niczego cię nie zmuszam. Daje ci czas na podjęcie decyzji.

- Jakiś ty wspaniałomyślny - rzekł morderca, po raz kolejny uciekając się do ironii.

- Nie muszę ci mówić, że po dokonaniu przewrotu twa pozycja stałaby się jeszcze bardziej uprzywilejowana - dodał szybko kapitan, ignorując złośliwą uwagę.

- Domyślam się. Owszem, przemyślę to, co mi powiedziałeś. Ale nie spodziewaj się pozytywnej odpowiedzi. Żegnam.

Morderca wstał z krzesła i ruszył ku drzwiom.

- Nie spiesz się. Wybierz dobrze - odparł, gdy zabójca zamykał już za sobą drzwi kajuty. - Żebyś potem nie żałował - dodał pod nosem, tak cicho, że tylko on mógł to usłyszeć.



*****





Garitt stał niepewnie, unikając kłopotliwego spojrzenia swej mentorki. Wiedział, jak należy się zachować w towarzystwie takiej osobistości. Stał więc nieruchomo, ze wzrokiem wbitym w ziemię, czekając na polecenia.

- Czy zrobiłeś to, o co cię prosiłam? - zapytała skąpo ubrana kapłanka.

Jak one to robią? W świątyni zawsze było okropnie zimno, a one, mimo tego, ubierały się jak gdyby mieszkały na pustyni. Coś musiało w tym jednak być…

- Ależ oczywiście, droga Pani. Wypełniłem twoje polecenie tak, jak sobie tego życzyłaś - odparł niziołek, lekko kłaniając się.

Kapłanka przyglądała mu się uważnie. Nadawał się. Był jej agentem przez ładne siedem lat i jeszcze nigdy jej nie zawiódł. I teraz też nie będzie inaczej.

- Znasz swoje kolejne zadanie. Mam nadzieje, że nie sprawi ci ono problemów?

- Oczywiście, że nie. Stanie się tak, jak sobie tego życzysz - zapewnił Garitt, pociągając nosem.

- Świetnie. Chcę, aby przeżył. Jeśli on zginie, oczekuj podobnego losu.

Przyjął groźbę z należytą pokorą. I nie wątpił w jej słowa. Nie miały one jednak dla niego większego znaczenia, gdyż wykona to zadanie, jak każde inne. Być może praca dla kapłanek Lodowej Pani nie należała do najbezpieczniejszych, ale za to była opłacalna.

- Twoje życzenie jest dla mnie, jak zawsze, rozkazem - rzekł bez zastanowienia.

*****

Jak on kochał burdele. Nie bynajmniej jako miejsca rozkoszy czy odpoczynku. Tym oczywiście też nie gardził, ale, po pewnej przygodzie ze swej młodości, wolał się trzymać od kurtyzan z daleka. Wbrew pozorom, szanował swoje zdrowie. Obecnie natomiast domy publiczne traktował jako miejsca pracy. Tam bez problemów mógł dowiedzieć się wszystkiego, co go interesowało. A podjęcie się tak poważnego zadania jak zamach na pierwszego maga Luskanu, wymagało najpierw odpowiedniego rozeznania.

Wchodząc do przybytku madame Fabel rozejrzał się. Sami starzy bywalcy. Ruszył pewnym krokiem ku schodom na piętro. W rogu jakiś stary minstrel nucił sprośną piosenkę o pewnej hożej dziewce. Minął na wpół rozebraną kobietę i skierował się w stronę miejsca spotkania. Wchodząc do wybranego pokoju zdążył usłyszeć jeszcze finalną część niezwykle wręcz oryginalnego utworu:

I spytał, i spytał: mogę na to liczyć?

A ona, a ona: aleś ty głupi!

Za chwile, za chwile była bez spódnicy

A później, a później dziewka dała, dała dupy.


*****

Perry Ilvokar siedział niezwykle sztywny. Od kiedy Sorvell pamiętał, zawsze był na swój sposób dziwny. Mówili, że dawniej był świętym rycerzem, paladynem, ale stracił swoje powołanie po śmierci żony. Jedno było za to pewne: był obecnie najlepszym informatorem, jakiego Sorvell znał.

- Witaj Perry! Co tam słychać w naszym wielkim, luskańskim świecie? - spytał swobodnie zabójca.

- Nie będę owijał w bawełnę - rzekł eks-paladyn, przechodząc do sedna sprawy. - Szykuje
się coś niedobrego. W pewnych kręgach mówi się nawet, że to ty masz być niby w to jakoś zamieszany.

Wieści się rozchodzą szybko, pomyślał morderca.

- Konkretnie, o jakie wydarzenia ci chodzi i co ja mam z tym wspólnego? - spytał, udając niewiedzę.

- Dokładnie to nie jestem w stanie ci niczego powiedzieć. Ale, z tego co wiem, to ma to być jakieś powstanie. Słyszałeś o nowym Mistrzu Bractwa Tajemnic? Podobno to jakiś elf, mówią na niego Glores.

- Czy ma to jakiś związek z tą sprawą?

- Bardzo możliwe, choć niekoniecznie. W każdym razie, nowy czarodziej podobno zapowiada rychłe zmiany. Mówią również…

W tym momencie Perry’emu przerwał potężny hałas, który towarzyszył wywarzanym drzwiom.

- Spodziewasz się gości? - spytał sarkastycznie morderca, po czym drzwi z hukiem runęły, a w pokoju znalazło się pięciu uzbrojonych mężczyzn. Do zabójcy momentalnie dotarło co się dzieje. Nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń, solidnym kopniakiem wywarzył okno, zerkając w dół. Około dwunastu metrów, ocenił pospiesznie, po czym dostrzegł w dole balkon. Bez zastanowienia rzucił się w tamtą stronę, ostatkiem sił łapiąc się barierki. Szybkim ruchem podciągnął się i ile sił w nogach wbiegł przez otwarte drzwi balkonu do ciasnego pokoiku. Na łóżku leżała dwójka nagich elfów, którzy, ciężko dysząc, spoglądali ze zdziwieniem na przebiegającego przez ich pokój mordercę. Jak on kochał burdele…

*****

Do pustego już pokoju, pewnym krokiem weszła wysoka kobieta. Jej skąpy ubiór ciasno opinał krągłe kształty. Uśmiechnęła się na widok Perry’ego, który siedział i spokojnym spojrzeniem lustrował pomieszczenie. Wywiązał się ze swej roli, czekając teraz na swe wynagrodzenie.

- Jesteś wreszcie. Wiesz, że nie lubię czekać. Masz to, o co prosiłem, Nemedis?

- Oczywiście. Glores zawsze dotrzymuje słowa. Oto twoja zapłata - odparła spokojnie czarodziejka, podając niewielkie zawiniątko. - Świetnie się spisałeś. Moi ludzie otoczyli ten dom, więc prędzej czy później wpadnie w nasze ręce. I jeszcze jedno: dostałeś to, co chciałeś, a teraz czym prędzej opuść miasto. Wielu ludzi chciałoby dostać tak potężny przedmiot w swe posiadanie.

- Poradzę sobie, nie udawaj zatroskanej - zapewnił informator, po czym wstał i ruszył ku wywarzonym drzwiom. - Miłego polowania.

*****

Sorvell, wychodząc z pokoju, spostrzegł dwóch mężczyzn, idących szybkim krokiem w jego stronę. Zaczął biec w przeciwnym kierunku, ku schodom. Zbiry ruszyły jego śladem. Zbiegając szybko po schodach zauważył kolejną parę, tym razem człowieka i elfa, którzy zastąpili mu drogę. Z braku pomysłów, zabójca energicznym ruchem wskoczył na barierkę, po czym po niej zjechał w dół, zostawiając za sobą zdezorientowanych przeciwników.

Pierwsze piętro. Paroma szusami przebiegł długi korytarz, po czym skierował się w stronę kolejnych schodów. Był już blisko gdy zza zakrętu wypadło trzech napastników. Morderca, nie widząc drogi ucieczki, jednym ruchem dobył broni. W prawej ręce dzierżył szklaną katanę, miecz wykuty prawdopodobnie w Kara-Tur, który swego czasu należał do jego dawnego mentora. Słowa „swego czasu” są tu jak najbardziej na miejscu. W drugiej ręce trzymał świetnej roboty lewak, który odziedziczył jeszcze po swym ojcu. Pierwszy z oprychów podbiegł i, biorąc potężny zamach toporem, zaszarżował na osaczonego. Pozostali jednak musieli czekać, gdyż szerokość korytarza nie pozwalała im zaatakować. Przynajmniej tu przewagę miał Sorvell. Choć było to niełatwe, sparował zamaszyste uderzenie przeciwnika swym niepozornym lewakiem, a następnie wyprowadził z drugiej strony szybkie pchnięcie. Jednak przeciwnik nie był byle amatorem. Odskoczył zręcznie na bok i zaczął napierać z całych sił na zabójcę, zmuszając go do wycofania się. Następnie, idąc za ciosem, zaatakował od boku. To jednak było dla niego zgubne. Zapominając się w walce, otarł bronią o ścianę wąskiego korytarza, przez co jego uderzenie straciło na sile. Sorvell szybko odzyskał równowagę i nie miał najmniejszych trudności z zablokowaniem osłabionego ciosu. Mało tego, wykorzystując okazję, wyprowadził mocny wykop wprost w żołądek elfiego napastnika. Ten zgiął się wpół, łapiąc za brzuch w przypływie bólu. W tym momencie morderca zakończył walkę, wbijając katanę głęboko w plecy pochylonego elfa. Ten osunął się na ziemie, zasypiając w wieczny sen.

Tym czasem zabójca rozejrzał się i spostrzegł, że został otoczony przez kilku rządnych zemsty napastników. "Nie ma nic gorszego niż bandyci, chcący pomścić swojego kolegę" - pomyślał. Świetnie. Na dobiegnięcie do schodów nie mógł już liczyć, więc jedyne co mu pozostało, to oddać się w ich ręce. Ale o tym nie było mowy. Zabójca, nie zastanawiając się, przekroczył barierkę i zeskoczył piętro niżej.

Lądowanie nie należało do najprzyjemniejszych. Ledwo zdołał wstać o własnych siłach, a wszystkie części ciała bolały go potwornie. Wtedy dostrzegł coś jeszcze. Z ramienia wystawał mu wbity bełt, zapewne na dodatek zatruty. Spojrzenia wszystkich obecnych były skierowane na spadającego z góry człowieka. Ten jednak wyjął strzałę i, bagatelizując truciznę, skierował swe kroki ku wyjściu. Z pomysłu tego szybko jednak zrezygnował, gdyż przy drzwiach kręciło się kilku podejrzanych typów. Objawy trucizny z minuty na minutę się zwiększały. Mąciło mu się w oczach, a odgłosy zewsząd dobiegały dziwnie przytłumione.

Zamroczony całym zgiełkiem i pościgiem, dotarł na zaplecze, gdzie zatrzymał się na moment, by ochłonąć. Skorzystał z beczki z wodą, stojącej w rogu ciasnego pomieszczenia. Opłukawszy twarz, poczuł się na moment nieco lepiej, ale chwila ta nietrwała długo. Usłyszał za sobą ciche kroki. Aby nie dać przeciwnikowi poznać, że wie o jego obecności, zaczął wpatrywać się w taflę wody, mając zamiar dostrzec w niej twarz przeciwnika. Niziołek podszedł nieco bliżej, lecz nie szykował się wcale do ataku.

- Odwróć się, Sorvellu. Z mojej strony nic ci nie grozi - rzekł ze spokojem w głosie.

Zabójca momentalnie odwrócił się, wyciągając sztylet. Ów zatrzymał się przed samym gardłem nieznanego intruza.

- Gadaj kim jesteś - odparł przez zaciśnięte zęby morderca. Jego głos był bardzo niewyraźny.

"Trucizna usypiająca"- pomyślał niziołczy agent. - "Jego organizm się nie poddaje, ale to tylko kwestia czasu."

- Wiesz dobrze, że w twoich żyłach krąży trucizna…

- W moich żyłach krąży jedynie błękitna krew - wybełkotał, nie dając dokończyć niziołkowi.

- Nie wątpię. Ale po pierwsze daj mi dokończyć, a po drugie trzymaj ten, jakże nie wspaniały sztylet, z dala od mojej szyi. Nie jestem tu z rozkazu Nimedis. Nazywam się Garrit i mam ci pomóc w ucieczce, nosicielu Tego Co Święte.

- Nie wiem, o czym teraz mówisz, ale wziąłeś mnie chyba za kogoś innego - odparł nieco zdezorientowany.

- Spokojnie. Zaufaj mi, a już niedługo poznasz mych pracodawców - rzekł i, nie robiąc sobie nic z groźnego sztyletu, zaczął gmerać w przewieszonej przez ramię torbie. Po chwili wyciągnął dwie niewielkie flaszeczki, z których jedną podał zatrutemu. - Musisz to wypić. Wiem, że mi nie ufasz. Wiem, że to wszystko jest dla ciebie dziwne, ale takie mam zadanie. Musisz wyjść z tego żywy.

Morderca przez chwilę stał jak wryty, po czym powoli sięgnął po miksturę.

- Skąd mam wiedzieć, że to nie kolejna trucizna?

- Pamiętasz list, który znalazłeś wieczorem, dwa dni temu? Zgadnij, kto cię wtedy ostrzegł.

Sorvell patrzył w milczeniu przez dłuższą chwilę, po czym schował sztylet do pochwy.

- To jeszcze nic nie wyjaśnia - powiedział ponuro, po czym wyszczerzył zęby. - Jednak jest sposób, żeby przekonać się o twojej uczciwości. Daj mi swą miksturę, a ty wypij tą.

Niziołek niepewnie dokonał zamiany, po czym obaj, bacznie się nawzajem obserwując, opróżnili fiolki. Nagle znikli, tracąc siebie z oczu. Gdyby ktoś dostrzegał niewidzialnych, zobaczyłby na twarzy zabójcy wyraz zdziwienia. Podejrzewał, że podadzą mu antidotum, a tym czasem… w sumie to może nawet i lepiej.

- Wychodzimy głównymi drzwiami. Teraz to nie stanowi problemu - oświadczył Garrit, odzyskując poprzedni spokój w głosie.

Obydwaj ruszyli i, ostrożnie, by nie wejść pod nogi innym klientom, opuścili Dom Publiczny. Wychodząc, słyszeli donośne krzyki Nemedis, świadczące o jej ogromnym zdenerwowaniu. Mordercy idealnie do tej sytuacji spasował ostatni wers granej jeszcze jakąś godzinę temu w lokalu przyśpiewki.

A później, a później dziewka dała, dała dupy.

Zanucił pod nosem. Idąc dalej za swym niewidzialnym przewodnikiem, coraz bardziej odczuwał skutki niebezpiecznej trucizny. Czuł, że z minuty na minutę jest coraz gorzej. W końcu zapadł w mrok…

*****

Nimedis Raifell dreptała nerwowo w miejscu, czekając na wezwanie. Wiedziała, że poniosła porażkę. I wiedziała również, ile taki błąd kosztuje.

- Pan cię wzywa, panno Raifell - usłyszała zza pleców groteskowy głos, przypominający jej o czekającej rozmowie. Odwracając się, zobaczyła unoszącego się lekko nad powierzchnią ziemi stwora, zwanego potocznie impem. Większość w Bractwie wiedziała, że ów imp jest chowańcem i sługą Gloresa.

- Pan cię oczekuje - ponaglił zamyśloną czarodziejkę.

Ta zaś, wyrwana z rozmyślań, ruszyła pospiesznym krokiem w górę. Wyszedłszy po krętych i dosyć wysokich schodach, dotarła na sam szczyt wieży maga. Wchodząc do jego azertive, jak to magowie zwykli nazywać pokój, w którym przyjmowali gości, Nemedis odczuwała jedynie strach. Glores stał z założonymi rękami pośrodku komnaty, ubrany w swą purpurowo-czarną szatę, zdobioną klejnotami.

- Nie mam zamiaru dłużej przebywać w twoim towarzystwie, więc od razu przejdę do rzeczy. Zdajesz sobie sprawę ze swej porażki? Wiesz, jakie ma ona znaczenie, jak może zagrodzić naszym planom?

- Ależ oczywiście, mój mentorze. Ale nie miałam szans, on po prostu rozpłynął się w powietrzu. Moi ludzie…

- Milcz - przerwał groźnie mag. - Pozwoliłem ci się odezwać? Dobrze wiesz, że powinnaś już być martwa. Uszanuj fakt, że jeszcze żyjesz i daj mi dokończyć. Postanowiłem dać ci jeszcze jedną szansę, gdyż nikt tak jak ty nie potrafi zrozumieć moich planów. Zapewne wiesz, gdzie on teraz przebywa?

- Tak, mój Panie. Największy problem w tym, że tam nasza władza już nie sięga. Jak mam więc dokonać niemożliwego?

- Niemożliwym jest fakt, że jeszcze chodzisz po tym świecie. I jeśli chcesz, by nadal tak było, zrób to, o co cię proszę. Użyj wszelkich możliwych środków dyplomatycznych, włączając w to groźbę. Jeśli nie poskutkuje, masz moją zgodę na użycie mniej delikatnych metod.

- Oczywiście. Postaram się, by w tym roku nie doczekali swojego święta Sródzimia…

*****

Sorvell obudził się w zimnym pomieszczeniu, w towarzystwie skąpo ubranej kobiety. Leżąc w wygodnym łóżku, przyglądał się krzątającej się po pokoju kapłance. Ta po chwili wyszła, zostawiając go samego. Jeszcze tego samego dnia odwiedził go Garrit.

- Jak się czujesz? - spytał, podchodząc bliżej łóżka.

- Dziękuje, nieźle. Wytłumacz mi jedną rzecz: gdzie ja jestem i kim wy jesteście?

- Obecnie znajdujesz się w Lodowym Pałacu. Największej świątyni Lodowej Pani na Wybrzeżu Mieczy. A ja jestem jedynym jej kapłanem w tej społeczności. Resztę stanowią kobiety. Dalszych informacji udzieli ci Wielka Dłoń Lodu naszej społeczności - Terice. Jutro się z nią spotkasz. Tylko okaż jej szacunek. Gdyby nie ona, już leżałbyś martwy. Żegnam.

Morderca próbował jeszcze wyciągnąć coś więcej z tajemniczego niziołka, lecz ten wyszedł nie udzielając mu odpowiedzi, zostawiając go samego. Ponownie zapadł w sen, lekko zdenerwowany swą bezradnością.

Obudził się wczesnym rankiem. W pobliżu jego łóżka kręciło się kilka kapłanek, które podały jego strój i oręż. Wstał i ubrał się w pośpiechu.

- Jestem Aradiel Lodowy Dotyk - rzekła do niego najwyższa z kapłanek. - Na życzenie Lodowej Dłoni mam cię do niej zaprowadzić. Podążaj za mną.

Sorvell ruszył pewnie, przemierzając Lodowy Pałac. Nie bez przyczyny tak się zresztą nazywał. Zimno, panujące wewnątrz, było nie do zniesienia. Kapłanka doprowadziła go przed oblicze Terice, a następnie się ulotniła. Najwyższa kapłanka stała pewnie, spoglądając mordercy prosto w oczy. Natomiast oczy samego zabójcy wędrowały w nieco inne rejony…Opamiętał się jednak i zapytał:

- Możesz, szanowna Terice, powiedzieć mi, co się tu, na Dziewięć Piekieł, dzieje?

- Cierpliwości, wszystko ci wyjaśnię. Tak się składa, że od kilkudziesięciu lat nasi agenci poszukiwali dawno zaginionego artefaktu, związanego z naszym kultem. Legenda głosiła, że ten, który go ubierze i nie będzie tego godzien, po prostu umrze. Aż tu nagle znajdujemy ten artefakt przed samym nosem. I to w dodatku na szyi jednego z najbardziej niebezpiecznych zabójców w mieście.

- Skoro to wydaje się tak mało prawdopodobne - przerwał Sorvell - to skąd pewność, że to właśnie ten amulet?

- Co do tego nie mamy akurat wątpliwości. Znaleźliśmy dokładny opis amuletu, a nawet jego prosty rysunek. To musi być on. Dla mnie też to bardzo dziwne. Sama, gdybym go zdobyła, wahałabym się, czy jestem godna go założyć. Ale zastanów się dokładniej. Nie pamiętasz nic dziwnego, co mogło wiązać się z tym przedmiotem?

- Powoli co nieco sobie przypominam - odparł po chwili zastanowienia. - Pamiętam, że jak pierwszy raz go założyłem, poczułem mocny powiew zimnego wiatru. Było to bardzo dziwne, ponieważ tu i owszem, takie wiatry to rzecz normalna, ale w Amn to wręcz anomalia. Możliwe, że w tym, co mówisz, jest ziarno prawdy…

- A nawet więcej. Ten wiatr może oznaczać tylko jedno: Auril cię zaakceptowała. Oczywiście uszanujemy jej wolę i pozostawimy amulet w twych rękach. Ale musimy go dokładniej zbadać. Zgadzasz się na to?

- Niech będzie - odpowiedział po krótkim namyśle. - Ale wiesz, że nie mogę długo czekać. W mieście dzieje się coś złego. Może ty wiesz coś o tym?

- Nie za wiele, Powierniku. Mogę tylko przypuszczać, że to sprawka Gloresa Gillama, nowego mistrza Bractwa Tajemnic. Nie wiem, kim on jest i co planuje, ale zapewne zanosi się na zmiany… ale dość o tym. Ważne, że wyszedłeś cały i zdrowy z tej jatki. Musimy teraz wnikliwiej poznać naturę twego przedmiotu.



*****

Kolejne dni mijały spokojnie i przyjemnie dla Sorvella, którego dotychczasowe życie jeszcze nigdy tak nie rozpieszczało. Teraz nie myślał o swych problemach, zaczął zauważać dobre strony swego pobytu w Luskanie. Zawsze traktował to miasto jako wariant ostateczny, cel swej ucieczki. Jednak z perspektywy czasu zobaczył też inny wymiar swojej decyzji. Morderca, po raz pierwszy w swym życiu, poczuł się wolny. Ta „wolność”, szeroko rozumiana, było jego życiowym problemem. Od kiedy pamiętał, zawsze był w pewien sposób zniewolony. Na początku swego życia, niewola ta opierała się na niezależności. Był bowiem uzależniony od pieniędzy swego ojca i całego tego splendoru. Potem był już zniewolony w bardziej konwencjonalny sposób, gdyż, jak już wspomniano, przebywał w więzieniu. Na kolejnym etapie swego życia był zmuszony służyć swemu mentorowi wśród Złodziei Cieni. I nigdy w życiu, aż do teraz, nie poczuł takiej wolności. Coś jednak było w słowach kapitana, które wtedy tak zbagatelizował. Miał on w pewnej kwestii racje…

Dni mijały szybko. Z każdym kolejnym porankiem, kapłanki były coraz bliżej rozwiązania zagadki amuletu. Codziennie, po śniadaniu, zazwyczaj bardzo obfitym i smacznym, musiał się stawić w Sanktuarium Badań, gdzie przy użyciu potężnych zaklęć, kapłanki i wspomagający je, nieliczni magowie, starali się spełnić wolę Terice. Reszta dnia pozostawała Sorvellowi wolna, więc zazwyczaj albo beztrosko odpoczywał, albo ćwiczył, by nie wypaść z wprawy. W końcu przyjdzie mu powrócić na brudne ulice Luskanu, pozostawiając za sobą jedynie miłe wspomnienia…

Ta chwila nadeszła nawet szybciej, niż się spodziewał. Szesnastego dnia pobytu w Pałacu na jego teren wkroczył intruz. Ten, który był tu najmniej pożądany. Wysoka kobieta, ubrana w obrzędowe szaty, przybyła wraz ze swymi ludźmi, wśród których można było wyróżnić kilku potężnych magów oraz trzech gburowatych osiłków. Wszystkie kapłanki zebrały się w sali przyjęć, gdzie zasiadająca na swym lodowym tronie Terice przyjmowała zazwyczaj gości. Po jej lewej stronie stał poszukiwany zabójca.

- Nazywam się Nimedis Raifell i przybywam tu w imieniu rządzącego tym miastem Bractwa Tajemnic, by ogłosić wolę naszego nowego mistrza - oznajmiła oficjalnym tonem czarodziejka.

"Wyraźnie coś tu nie gra" - przeszło przez myśl Lodowej Dłoni. Oni nigdy otwarcie nie przyznawali się do swej władzy w mieście. Wszyscy o tym wiedzieli, a magowie niezwykli byli o tym przypominać. Czemu czują się tacy pewni siebie?

- Witamy w Lodowym Pałacu Auril. Co takiego oczekuje od naszych kapłanek Mag Najwyższej Wieży? - zapytała, specjalnie używając oficjalnego tytułu.

- Żądania Gloresa są proste. Oddajcie w nasze ręce przybywającego w waszej świątyni zabójcę. Znanego w całym mieście Sorvella Maskara. Został on oficjalnie uznany za zagrożenie dla Luskanu. Ma zostać aresztowany i skazany przez Bractwo na odpowiednią dla jego czynów karę.

- Założę się nawet, że już ją znam - odparła, porzucając swój oficjalny ton. - Niestety, rozczaruję cię, moja Nimedis. Nie mogę ci wydać tego człowieka, gdyż jest on częścią naszej społeczności. A, o ile dobrze pamiętam, wasza władza już tutaj nie sięga, czarodziejko.

Wspomniany morderca przez cały czas stał i patrzył na, rozgrywany na jego oczach, słowny pojedynek. I poczuł się bardzo dziwnie. Pierwszy raz w jego długim życiu ktoś go bronił.

- Nie przeciągaj struny, Terice. Wiedz, że Glores nie toleruje buntu. Wydaj nam człowieka, a zaoszczędzisz sobie problemów.

- Grozisz mi? Mi? Wielkiej Lodowej Dłoni największej świątyni Auril na całym Wybrzeżu? Tego nie jesteś nawet godna, czarodziejko. To, że jesteś kochanką nowego mistrza, nie oznacza, że możesz w taki sposób sobie poczynać! - zakończyła ostro, tracąc na moment panowanie nad sobą.

- Będę robić to, co uważam, za słuszne. Szczególnie, gdy jest to rozkazem mistrza! Ty akurat nie masz tu nic do gadania. Już niedługo pożegnacie się z Luskanem i waszym Pałacem…

- Dosyć! Wchodzisz do świętego miejsca jak do tej nory, która nazywasz swym domem. Stawiasz mi chore warunki, a na końcu obrażasz Auril! Myślę, że znasz już moją decyzję. Teraz proszę cię o zabranie swej parszywej hołoty, łącznie z tobą, z przed moich oczu! Precz!

- Rozumiem. Dzisiejszego dnia wasz marny Kościół sam wydał na siebie wyrok. Wkrótce nadejdzie nasza odpowiedź. Żegnam!

Odgłosom kroków kierującej się ku wyjściu czarodziejki towarzyszyło jedynie milczenie.

*****

- Ona blefowała. Na pewno nieodważą się zaatakować Lodowego Pałacu. To dla nich zbyt ryzykowne - rzekł z przejęciem Sorvell gdy trzy godziny poźniej wszystkie kapłanki zebrały się na naradę. Terice siedziała na swym tronie, wpatrzona w rozgrywającą się kłótnie.

- Nikt nie pytał cię o zdanie, niewierny - odezwała się kapłanka Geevir, jedna z tych, które pogardzały obecnością zabójcy w tak świętym dla nich miejscu. - To przez ciebie to wszystko, więc twoje aroganckie komentarze są tutaj nie na miejscu.

Na to w sali rozgorzały szmery, a wiele kapłanek pokiwało głowami, przyjmując jej słowa z aprobatą.

- Nie zapominaj się, Siosto Burzy. Teraz tylko wspólnie możemy coś zdziałać - powiedziała, uciszając spory, Lodowa Dłoń. - Lepiej, zamiast oskarżać naszego gościa, powiedz, jak wygląda sytuacja.

- Wysłaliśmy posłańca do Adbar i kilku mniejszych świątyń w Dolinie Lodowego Wichru. Ale szanse, że posiłki przybędą, są nikłe. Wszyscy uważają nas za niepokonane i bagatelizują nasze prośby. Bez wsparcia z zewnątrz nie mamy szans.

Na moment wszyscy zamilkli, obserwując się nawzajem. W końcu nerwową ciszę przerwała Terice:

- Jest jeszcze jeden sojusznik, któremu zależy na klęsce Bractwa. Gdyby udało się nam nakłonić ich do współpracy, mielibyśmy szanse.

Na sali nadal panowała absolutna cisza. Morderca, usłyszawszy ostatnie słowa, spojrzał pytająco na kapłankę.

- To może powiesz nam wreszcie, o kogo ci chodzi? - odezwała się złośliwie Geevir

- Sądzę, że nie ma takiej potrzeby. Wszyscy chyba domyślają się, że chodzi o naszych wspaniałych żeglarzy - wtrącił Sorvell. - Tak, wiem co muszę zrobić. Po zakończeniu tego spotkania, udam się porozmawiać z kapitanem Veliarem. Mam z nim ostatnio dość dobry kontakt - dodał po chwili z nutką sarkazmu.

- Wreszcie powiedziałeś coś mądrego, uliczniku. Ty nas wciągnąłeś w to bagno, więc teraz nas z niego wyciągniesz. Rusz swój tyłek i z załatw nam wsparcie, nawet jeśliby miało ono wyglądać tak, jak to przed chwilą ująłeś - rzekła z pogardą w głosie Geevir.

- Nic nie jestem wam winien - odparł zirytowany ostatnią uwagą. - Nie prosiłem was o ratunek ani o jakiś azyl. Mam za sobą ponad trzydzieści lat niebezpiecznego życia więc i teraz też dałbym sobie radę.

Ciche szmery przerodziły się po chwili w zorganizowany i głośny protest. Kilka kapłanek sięgnęło nawet po swoje Lodowe Topory, ich rytualną broń, by wymusić na zabójcy przeprosiny za ową zniewagę. W całym tym zamieszaniu, Garitt wstał ze swego miejsca i zaczął krzyczeć na cały głos, przywołując niektóre z kobiet do porządku.

- Koniec z tym! Tracimy czas na czcze dyskusje zamiast działać - krzyknął niziołek. I choć jego pozycja w Pałacu nie należała do najwyższych, to wszyscy usłuchali go i zamilkli, czekając na dalsze słowa. Te jednak nie padły, gdyż przemówiła Terice:

- Dosyć! Sorvellu, jako Wielka Lodowa Dłoń tego Pałacu, nakazuję ci udać się porozmawiać z dowódcą piratów. To nasza jedyna szansa. Słyszałam o tobie różne rzeczy. Mówią, że jesteś nikczemnym i pozbawionym skrupułów zabójcą. Ale słyszałam również, że dotrzymujesz danego słowa i podjętych umów. Potraktuj więc naszą współpracę jako taką umowę. My pomogłyśmy tobie, teraz ty pomożesz nam. Proponujemy ci sojusz. Co ty na to?

- Niech tak będzie - odparł po chwili dłuższej namysłu. - Porozmawiam z kapitanem. Możliwe, że uda się wam jakoś pomóc.

"A przy okazji pomóc również i sobie" - dodał w myślach.

*****

Przed wyjściem z Pałacu, jeden z czarodziejów, podległych Lodowej Pani, uczynił zabójcę niewidzialnym. Zadowolony z tego faktu, Sorvell pewnie przemierzał miasto i, w niedługim czasie, znalazł się na przystani. Nie przypuszczał, że magowie z Bractwa nie dadzą się nabrać dwa razy na tę samą sztuczkę i tym razem przygotowali się na taką ewentualność. A czar niewidzialności nie był bynajmniej dla nich czymś wyjątkowym i trudnym do zniwelowania. Wywęszyli go i podążali jego śladem, jak myśliwy za swą zwierzyną.

Czar stracił swą moc na kilka minut przed wkroczeniem mordercy na statek, więc mógł wejść normalnie, nie budząc podejrzeń. Strażnicy przepuścili go bez słowa, jakby się go spodziewali. Przekonany o tym, że swój znienawidzony „ogon” zostawił daleko za sobą, wkroczył do kajuty. Tak, jak się spodziewał, zastał kapitana, leżącego na swym hamaku.

- Witam ponownie wielkiego buntownika - zaczął Sorvell, jak zwykle uciekając się do ironii. - Bo prześpisz swoje powstanie!

Kapitan jednak dalej nie odpowiadał, co było nieco dziwne. Nigdy nie spał tak twardym snem. Zabójca ruszył spokojnie w jego kierunku z zamiarem urządzenia bolesnej pobudki. Gdy jednak się zbliżył, od razu zorientował się, że kapitan nie daje znaków życia. Nie oddychał, a gdy bardziej się nachylił, spostrzegł jego zakrwawione ręce, zaciśnięte na rozprutym brzuchu.

- Nasz ptaszek wreszcie zawitał do karmnika - usłyszał kobiecy głos zza pleców.

Odwrócił się, momentalnie dobywając obydwu broni. Nimedis. A wraz z nią jakiś księżycowy elf i dwójka barczystych krasnoludów.

- Zamknij się i rób swoje, idiotko - syknął zimnym tonem elf.

Na te słowa ręce czarodziejki zaczęły poruszać się w skomplikowanej sekwencji. Wszyscy poczuli wybuch magicznej energii, która w efekcie zatrzymała szarżującego mordercę.

- Jest twój, mój ukochany.

- Pewnie zastanawiasz się, po co to wszystko, tak? - rzekł elf, całkowicie ignorując czarodziejkę. - Otóż zaraz wszystko ci wyjaśnię. Jestem Glores Gillam, nowy mistrz Luskańskiego Bractwa Tajemnic. Jak zapewne zauważyłeś, wprowadzam pewne zmiany. Dość rygorystycznie. Od kiedy zostałem mistrzem, wziąłem sobie za cel przejęcie kontroli nad miastem i oczyszczenie go.

- A co z powstaniem? - odezwał się nieruchomy zabójca. - Piraci mieli plany. Nawet Perry mówił…

- I mówił ci prawdę. Oczywiście, że dojdzie do przewrotu. Tylko że nie z ich inicjatywy. Pojmujesz już? To my zorganizujemy powstanie, nie piraci. Nareszcie zyskamy całkowitą kontrolę nad miastem i oczyścimy je ze wszelkiego ścierwa. Wcześniej, oczywiście, pozbywając się tych, którzy mogliby nam podczas tego przedsięwzięcia przeszkodzić. Mowa o ludziach takich jak ty. Nie martw się, nie umrzesz. Zostaniesz po prostu uwięziony do końca życia za pomocą potężnej magii.

- Bardzo pocieszające. Skąd jakiś szary elf mógł wiedzieć dokąd zmierzam?

- Po pierwsze: obraziłeś mnie, a za to się płaci. Nimedis…

Czarodziejka natychmiast wypowiedziała tajemnicze słowa. Poczuł ogromny ból, rozrywający całe ciało. Zaczął popadał w ciemność…

- Dosyć. Po drugie: skoro tak bardzo chcesz wiedzieć, kto cię zdradził, nie stanowi to dla mnie problemu. Panno Geevir - wypowiedziawszy te słowa, do pomieszczenia wkroczyła kapłanka Auril, którą Sorvell pamiętał dobrze. - Jak widzisz, nie wszystkie kapłanki są zaślepione. Geevir pomogła nam, przy okazji ratując Lodowy Pałac. Po dokonaniu przewrotu zajmie swe należne miejsce na tamtejszym tronie.

Po raz pierwszy w życiu, Sorvell poczuł bezradność. Nic nie mógł zrobić, tylko patrzeć na uśmiechniętą twarz Nimedis i triumfujące spojrzenie elfa. I w tym przypływie emocji zaczął odczuwać nagły ból głowy, a kajutę omiótł powiew zimnego wiatru. Poczuł, że jego amulet lekko drży, poczym usłyszał szept:

"To tylko jedna z chwil. Ci głupcy myślą, że wygrali, że mogą cię zniewolić. Nie wiedzą jednak , że to ciebie wybrałam na swojego Championa. Musisz mi tylko zaufać. Wygrali tę bitwę, ale wojna będzie należeć do nas. Pozwól głupcom cieszyć się tą namiastką zwycięstwa. To tylko chwila, pamiętaj…"

- Nimedis, kończymy zabawę. Jeszcze mnóstwo spraw dzisiaj przed nami - usłyszał najpierw takowe słowa z ust elfa, a następnie jego oddalające się kroki.

Potem morderca słyszał już tylko kolejne inkantacje, powodujące coraz większy ból. Popadał w ciemność, coraz głębiej i głębiej, pozostawiając za sobą rzeczywistość. Już nie czuł bólu. Teraz pozostała mu już tylko obietnica…
KOMENTARZE (4) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Fafarafa_Fraa_vel_Farara 31 paź 2007, 16:37
- "zabójca praktycznie wtapiał się w otoczenie. (...) spod tegoż kaftana wystawała idealnie biała koszula, uszyta, z calimshyckiego jedwabiu. Na piersi dumnie wisiał przepiękny amulet, który swym niebieskim blaskiem odrobinę przypominał szafir. Obrazu przepychu i dostojeństwa dopełniały liczne, pobłyskujące na palcach sygnety." - ładne wtapianie się w otoczenie. :] ;) Powinien w jakimś diademie jeszcze być. :P

- Kapitan sprawiał wrażenie, że nie lubi Sorvella, więc dlaczego nagle zaczął mu opowiadać o swoich marzeniach o wolności, praktycznie historię życia? Z takimi zwierzeniami, to do najlepszego przyjaciela. :P

- "Jej skąpy ubiór ciasno opinał krągłe kształty." - w każdym tekście fantasy napisanym przez samca coś takiego musi być. 8)

- Trochę rażą błędy w stylu "rządnych", "wywarzyć", "wypij tą" (zamiast "tę") i kilka literówek.

- Wbrew mojemu powyższemu narzekaniu, tekst mi się nieźle czytało. :) Wciągnęło, a to chyba najważniejsze. ;) Po dopracowaniu mogłoby być naprawdę dobre. :)
Villmar 28 paź 2007, 15:54
Jeśli chodzi o twą wypowiedź to przyznaje Ci w pewnej części racje, no i dzięki za krytykę, to moje pierwsze opowiadanie w życiu, więc to, że ma błędy jest oczywiste, samego mnie zaskoczyła informacja o 3 miejscu :)
A co do twoich wątpliwości to postaram Ci je wyjaśnić, a więc tak:

"czemu Kapitan ot tak sobie mówi znanemu w mieście płatnemu mordercy, że jest uczestnikiem spisku mającego doprowadzić do przewrotu w mieście?"
Wtajemnicza go w swoje plany, gdyż Sorvell ma w nich odegrać swą znaczącą rolę, co wynika z dalszej części tekstu.

"Czemu mag-szyszkojad wyjawia Sorvellowi, kto go zdradził i co w zamian dostanie?"
Wyjawia mu to, gdyż jest pewny siebie i wie, iż wyjawiając mu tą informacje nic nie straci, natomiast fakt zdrady napewno "zabolał" morderce i zwiększył poczucie jego bezradności, pokazując mu tym samym, że już jest na przegranej pozycji.

Ogólnie to jeszcze raz dziękuje za krytykę i zachęcam do dalszego oceniania.
Pozdrawiam
Misiekh 28 paź 2007, 11:08
Fabuła ma potencjał, ale nie podoba mi się styl - niekonsekwentny (np. przechodzenie od poważnego opisu do formuły "nasz bohater"), słabe wykorzystywanie pewnych konwencjonalnych zwrotów (np. "podmuch wiatru przerwał na moment jego rozważania" w 3 akapicie powinno oznaczać jakąś gwałtowniejszą zmianę tematu tych rozważań ;) ). Czemu wszystkie szychy od razu opowiadają Sorvellowi ze szczegółami o swoich planach? Np. czemu Kapitan ot tak sobie mówi znanemu w mieście płatnemu mordercy, że jest uczestnikiem spisku mającego doprowadzić do przewrotu w mieście (zwłaszcza, że ewidentnie Kapitan i Sorvell sobie nawzajem nie ufają)? Czemu mag-szyszkojad wyjawia Sorvellowi, kto go zdradził i co w zamian dostanie? Przecież nie przyniesie mu to korzyści ;)

Ogólnie opowiadanie ułożone chaotycznie i niekonsekwentnie, choć jakby nad nim więcej popracować to miałoby zadatki na coś ciekawego ;)
Kristof Dernhest Eidenfel 25 paź 2007, 21:04
Choć DDkowskie i momentami chaotyczne - to opowiadanie najbardziej mi się podobało. Nie moje klimaty, ale doceniam bardzo ciekawe opisy.

Copyright © 2004-2017 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 27 kwi 2017, 06:14 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka