Opowiadania

Batman: Głębia

Padało.

Z każdą chwilą upływającego złowróżbnie wieczoru deszcz, rytmem pędzących wskazówek dziewiętnastowiecznego zegara, roztrzaskiwał samobójczo czarne krople o mokre oblicze lustrzanej tafli wieżowca Korporacji Wayne’a. Dumnie wyrośniętego w zmodernizowaną biznesową tkankę Gotham, tego wieczoru odstawał od całości nowoczesnej architektury. Tego wieczoru, gdy padał czarny deszcz…

Bruce emanował mrocznym bólem, ostrzejszym niżeli bicz Trującego Bluszczu. Niemy wiatr, okalający przeszklony apartament, rozsiewał zwątpienie
w umęczonym powszedniością umyśle. Bruce Wayne, jedyny dziedzic miliardowej fortuny, siedział rozparty na fotelu z brązowej skóry, równie zimnym jak chłód jego serca. Trzymał w dłoni kryształową kwadratową szklankę, z której beznamiętnie sączył brandy. Z wyjątkowej butelki, pamiętającej dłoń Thomasa Wayne’a.

* * *



Mroczny Rycerz wpatrzony w tańczące, rozkołysane burzą iglice anten i masztów przekaźnikowych, dostrzegał jedynie chmary punkcików iskrzących ulicznych latarni. Niemo rozbłyskujących w strugach brudnej wody niczym roje oszalałych świetlików. Gdzieś poniżej, tuż na ulicach miasta jego przodków, prócz zastraszonych ludzi, krążyło widmo przeszłości. Demoniczna głębia panicza Wayne’a, która usilnie poszukiwała odpowiedzi. Bruce podniósł ze stoliczka gumowatą pomiętą maskę. Przetarł twarz wilgotnymi i napiętymi dłońmi. Rytm deszczu stawał się jednostajny, silniejszy, pełen gniewu. Gniew rósł również w sercu Batmana.
– Bruce, Bruce, gdzież odszedłeś…? – Spytał retorycznie, odrzucając maskę fasadowego alter ego. Maska demona nocnych koszmarów ze spiczastymi uszami przeleciała pod drzwi, upadając tuż obok wypolerowanych na błysk butów Alfreda. Bruce nagle przymknął oczy, wyczuwając obecność wiernego przyjaciela, powiernika i opiekuna z czasów dzieciństwa. Strażnika tajemnicy panicza Wayne’a oraz jedynej istoty posiadającej okrutną świadomość – na skraju, jakiej przepaści stoi Batman. Głębi, której jedynym dnem jest… Śmierć. Wzdychając ciężko, uniósł prawie pustą szklankę w ostatnim toaście. Wlepiwszy rozgoryczone spojrzenie w obraz rodziców, na którym ojciec czule obejmował uśmiechniętą matkę.
– Żyjcie wiecznie, gdziekolwiek jesteście… I szybkim haustem opróżnił drinka. Wnet Bruce zerwał się ze zwierzęcym impetem, pełen pretensji do całego świata. Rzucił wściekle w połowie dopitą butelką między przydymione tafle swego schronienia, odgradzającego Batmana od resztek strzępków świadomości i charakteru Bruce’a Wayne’a. Klatki ze szkła. Równie kruchej jak rozpadający się o poranku sen życia.
– Czym się stałem? Czym mnie uczyniłeś, ojcze?!
Upadlająca esencja zapomnienia z trzaskiem odłamków wyleciała w próżnię nocy Gotham, a czarny deszcz złowieszczo zaczął zakradać się na podłogę. Alfred wciąż stał nieruchomo, gotowy w każdej chwili doskoczyć do młodego panicza, nim ten przekroczy granicę podmroku, linię, zza której nie będzie już powrotu. Bruce upadł ciężko na kolana, z trudem łapiąc oddech. Upłynęło już kilka długich tygodni, a komisarz Gordon wciąż wypatrywał skrzydlatego cienia pośród niespokojnego nieba, oświetlając serca gothamczyków promieniem nadziei – wielkiego nietoperza wyrytego w smudze przemysłowego reflektora.
Teraz Bruce czuł się jak cierń pośród ogrodu pełnego pokrzyw i zwiędłych róż. Odwrócił głowę w stronę kamerdynera.
– Alfredzie…
– Paniczu Bruce? – Starszy mężczyzna wciąż stał niczym kamienny posąg.
– Przypomniałem sobie właśnie twoją opowieść o szaleńcu z birmańskiego lasu – zawiesił głos, aby nabrać odwagi. – Lasu, który spaliliście… doszczętnie.
Alfred zrobił krok wprzód, odkładając zręcznie podniesioną uprzednio maskę Batmana na komódkę.
– Paniczu, sądzę, że należałoby odłożyć tę rozmowę, aż pańskie wzburzenie opadnie… –- Wraz z poziomem alkoholu we krwi. Dodał po chwili nieco protekcjonalnie i dość kąśliwie, wykorzystując dzielącą ich różnicę wieku oraz poziom relacji.
– Alfredzie, wiesz czym się stałem?
– Paniczu, proszę…
– Stałem się tym lasem, Alfredzie! Byłem ślepy i naiwny. – Wskazał oskarżycielsko wyprostowanym palcem w stronę granatowo-smolistej maski.
– Niegdyś byłem tylko szaleńcem, obecnie mój las dogasa… – ciągnął, ignorując gniewne pomruki Alfreda, który zdążył usiąść na sąsiednim fotelu, pocierając w zamyśleniu gładko ogoloną brodę. – Szaleńcem niezgorszym od Jokera, Dwóch Twarzy czy Pingwina… Granica nietoperzowej głębi była coraz bliżej.

++


Bruce złamał fundamentalną zasadę, żelazną normę własnego życia. Postanowił postawić na ludzką stronę podwójnego życia, aby powstrzymać pożar szalejący w umyśle zabłąkanego w mrocznych jaskiniach dziecka. Wcześniej w ogóle nie sięgał po alkohol, teraz wypiwszy kilka głębszych, zachował zaledwie częściową świeżość myśli. Podświadomie pragnął zatopić resztki goryczkowatego żalu. Batman podpowiadał mu, iż zmierza ku zagładzie. Pozostając ciągle w ruchu, lecz w drodze donikąd.
– Gorycz straty i posmak zatracenia, znam to nader dobrze, paniczu Bruce.
Młody Wayne zaczynał tracić panowanie, jego wzrok pozostawał poza stanem skupienia, jakie osiągał przywdziewając maskę i pelerynę pogromcy zła. Dłonie drżały miarowo. Serce kołatało w piersi. Życie stawało się chwilą.
– Głębia, Alfredzie. Głębia ukojenia, pieszczotliwie chłodna i niepohamowanie kusząca…

Pennyworth wstał na moment, podchodząc do komódki wziął w doświadczone życiem dłonie maskę, którą w ostatnich latach oglądał bodaj częściej, niżeli twarz ukochanego podopiecznego. Maskę równie naznaczoną cudzymi troskami, poranioną, co twarzy wciąż młodego Bruce’a. „Młodość ducha, niewyrażona udręczonym ciałem” – pomyślał.
– Joker nie żyje, paniczu. Batman dokonał wyboru. Zepchnął szaleńca w odmęt własnego wariactwa. – Rzucił maskę na kolana Bruce’a. – To była wasza ostatnia runda.
– Głębia. – Powtarzał jak w transie młody Wayne. – Głębia to jedyne ukojenie. Alfred zaczął zastanawiać się, czy Bruce nie wprowadził się w rodzaj transu albo, myśląc bardziej pragmatycznie, nie jest pod wpływem narkotyków. Choć w przypadku panicza owo domniemanie pozostawało zdecydowanie w sferze domniemania, nawet nonsensu. Oczy ostatniego prawdziwego syna Gotham zwężały się ciaśniej. Batman-Bruce zaczerpnął powietrza, po czym podjął: – Głębia to nienamacalny obiekt ukojenia i pożądania każdego. Teraz, gdy nie ma Jokera, moja rola została dopełniona.
Alfredowi coraz bardziej nie podobał się tok rozumowania panicza, ścieżka samozagłady na wysokim klifie, wzdłuż, której począł podążać od momentu przekazania zwłok Arcyksięcia Zbrodni policji Gotham. Jego śmierć utrzymywano w tajemnicy. W Arkham, otulony miękkim kaftanem bezpieczeństwa, w równie przytulnej celi siedział figurant. Strzeżony najpilniej, jakby był samym bogiem zła. Pogrzebu nie było, co oczywiste. Ciało dokładnie zbadano w rozlicznych sekcjach, pobrano próbki, resztę zaś skremowano, pieczętując prochy w bryle ołowiu, którą wrzucono do oceanu. O wszystkim wiedziało zaledwie kilku funkcjonariuszy gothamskiego komisariatu.
– Paniczu, musi pan odpocząć od samego siebie. – Rzekł Alfred, z wyrzutem wwiercając wzrok w maskę Batmana. – Miasto utraciło swój świetlisty punkt na ciemnej mapie sprawiedliwości, lecz to nie Batman dał ludziom nadzieję! – Zaoponował Alfred, kładąc kojąco dłoń na napiętym trwogą ramieniu Bruce’a. Wayne zdawał się już nie słuchać wiernego Alfreda, ignorując jego patetyczny sentymentalizm. Wiedział, że nadeszła pora, aby dokończyć dzieła. Oczyma duszy zobaczył linię granicy. Dno głębi.
– To panicz Bruce Wayne, ambitny architekt przyszłości miasta odartego wiele dekad temu z nadziei. Ty, Bruce, dałeś ludziom nadzieję.
– To tylko „zabójczy żart”, Alfredzie… Żart Jokera, który nawet zza grobu, poprzysiągł zemstę na Nietoperzu. Wciąż słyszę jego drwiący śmiech. Rechot jego „przysięgi zza grobu”!
– Paniczu, ten las, który spaliliśmy. Odrósł na nowo. Mocniejszy i pełniejszy korzeni.
Alfred chciał, aby Bruce znów był tylko małym, kilkuletnim chłopcem, którego można przytulić, i poklepać czule po plecach, okłamując, iż wszystko będzie dobrze. Zamiast tego spojrzał głęboko w oczy mężczyźnie, za którego poprzysiągł oddać życie. Dostrzegł w nich jedynie pustkę, poczuł, iż życie, wkrótce zwolni go ze złożonej Marcie obietnicy. Złożywszy ceremonialnie dłonie za plecami, skierował się w stronę wyjścia. – Przygotuję kolację, paniczu…

Po chwili niezręcznego milczenia wyszedł, niepostrzeżenie zabierając ze sobą maskę Batmana. Alfred wiedział, że Bruce podjął już decyzję. Dostrzegł ją pomiędzy słowami, całej tej paplaniny o kresie, świetle, ciemności, żywotach i odejściach. W momencie, gdy ułamek sekundy przelał czarę całej brutalności i trywialności poczynań Batmana. We własnej bezradności, zamierzał udać się do Jaskini pod rezydencją Wayne’ów, aby złożyć maskę tuż obok pozostałych elementów kostiumu.
W przyszłym mauzoleum gniewu…
– Pora oddać głębi, co należne… – powiedział Bruce, słysząc oddalające się kroki Alfreda.

* * *



Na onyksowych płytkach powstała spora kałuża. Noc zaprzęgła tańczące krople do niewolniczej pracy, usiłując brudem zamaskować gniew, rozpacz i nienawiść krążącą nad Gotham niczym pozbawiony słuchu nietoperz. Bruce na moment zwątpił. Sięgając do głębi umysłu Batmana, dostrzegł jedynie kruchość jego świata. Rachel odeszła. Harvey’a Denta zamienił w potwora. Joker, – jego osobista bestia, wykrwawił się na jego czarnych skrzydłach… A Batman? Kim, do cholery, miał być Batman? Nim samym? Własną lustrzaną odmianą bestii, którą uzewnętrznił w nim Joker? Batman odarty z zasad moralnych, niczym oskórowany nietoperz, którego każdy brzydzi się zjeść, a żal wrzucić truchło do ogniska...

Zostały jedynie iluzje wspomnień, płonących niczym pochodnia w mrocznej Jaskini. Joker wyprowadził go w pole, uwikłał w chorą grę. Zniszczył, zabierając ze sobą w otchłań. Bruce zaczynał rozumieć prawdę, której oczywiści nie dostrzegali inni. Nawet ten latający harcerzyk, pachołek Białego Domu. Przyjaciel. Clark, Diana czy Hal. Wszyscy odeszli. Walka skończona, jak powiedział Alfred. Spalony las. Bruce otworzył szufladę majestatycznego rzeźbionego biurka, w której przechowywał pamiątki po rodzicach.
– Nareszcie będę wolny – powiedział, przystawiając do skroni chłodną lufę pistoletu Magnum, z którego pewnej feralnej nocy zdeprawowany i sfrustrowany złodziejaszek pozbawił młodego Wayne’a normalności. – Wolny w „zabójczym żarcie”, zwanym życiem…

* * *



Zrozpaczony Alfred zacisnął wargi. Po naznaczonej wieloletnią służbą twarzy, spłynęła szara łza, zdobiąc urokliwą makabreską kolejną zmarszczkę. Huk wystrzału, niesiony po najwyższym piętrze siedziby korporacji, odbił się od kuchennych szafek mahoniowej kuchni. Gdy kubek świeżo zaparzonej mocnej, czarnej kawy roztrzaskał się o podłogę, Alfred wiedział, iż nie był to grzmot burzy… Czarny deszcz na kamiennej podłodze apartamentu wieżowca Wayne Enterprises, zlał się w jedno z karmazynem krwi Mrocznego Rycerza. Głębia wreszcie odnalazła Bruce’a, albo odwrotnie? Ostatnim wspomnieniem w gnającym ku ukojeniu umyśle gasnącego płomienia nocy, były słowa jego nieżyjącego ojca:

„Bruce wiesz, dlaczego upadamy?
Abyśmy mogli się pozbierać”…

KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.
  • Ostatnie artykuły

Copyright © 2004-2017 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 23 mar 2017, 11:22 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka