Opowiadania

Dzikun

++

Kafelki, które kiedyś z pewnością były białe, dzisiaj straszyły żółtawymi zaciekami niewiadomego pochodzenia. Otworzył oczy. Świat, jeszcze zamglony, wydawał się szary i paskudny. Nie pomagała w tym naga jarzeniówka chybotająca się smętnie pod sufitem. Szarpnął. Nic się nie zmieniło od ostatniej utraty przytomności. Kajdanki nadal były na swoim miejscu, wrzynając się w nadgarstek i tworząc bolesne otarcia. Nie pamiętał jak się tutaj znalazł. Coś tliło się gdzieś na dnie czaszki, pewnie coś ważnego. Wczoraj padało, ludzie przesuwali się szybko, zlewali się w szaro-brunatną masę błota. Jeszcze chyba był jednym z nich. Tak czuł. Teraz nie do końca był pewien. Przebłyski. Ulica, deszcz, tunel metra.

Nie wzywał pomocy, nie miotał się. To i tak nic by nie dało. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Od ostatniego razu nic się nie zmieniło. Te same kafelki, obtłuczony zlew i rozbita na kawałki muszla klozetowa. Ale nie to było największym problemem. Nie pamiętał, kim jest, jak się nazywa i co robił przez całe swoje życie. Tabula rasa. A może to tylko sen? Koszmar, który nie mógł dziać się naprawdę. Obudzi się i wszystko będzie dobrze. Wszystko sobie przypomni.

Patrzył na zamknięte drzwi. Zresztą, może wcale nie były zamknięte. Może za nimi była wolność? Jednak kajdanki były za mocne, aby rozerwać łańcuch i nacisnąć klamkę. A on był zbyt słaby, aby cokolwiek zrobić. Oparł się o ścianę, tynk posypał się na jego włosy i ramiona. Jak popiół. Co się do cholery mogło stać? Czemu on? Przymknął oczy. Był głodny i spragniony. Bolały go wszystkie mięśnie, zupełnie jakby ktoś kawałek po kawałku rwał je na strzępy. Musieli mu coś wstrzyknąć, otruć go czymś. Przecież nie przyszedłby tutaj z własnej woli, nie dałby się zakuć. A może jednak?

Drzwi skrzypnęły. Coś nowego. Podniósł głowę, aby spojrzeć, kto wszedł i od razu tego pożałował. Zwymiotował. Gość skrzywił się lekko, ale podszedł do niego.

- Otwórz oczy. - Melodyjny, dziewczęcy głos. - No już.
- Nie... to jakiś koszmar! Koszmar!
- Otwórz, albo cię zmuszę - powiedziała spokojnie, wręcz obojętnie.

Przerażony spełnił jej prośbę. Znów zrobiło mu się niedobrze. Dziewczyna, która pochylała się nad nim, mogła mieć około piętnastu lat. Mogła... Połowa jej twarzy była całkowicie zmasakrowana, oko zwisało na paru cienkich niteczkach, obijało się o policzek. Nie miała też kawałka czaszki, na tyle dużego, że widać było szarawą, pofałdowaną fakturę mózgu. Strzępy poplamionego krwią materiału zasłaniały wystającą kość. Kość, która powinna być obleczona w skórę i mięśnie. Kość, która powinna mieć palce, paznokcie.

- Dobrze, że się już obudziłeś. Mamy dużo pracy. - Poszarpana skóra na twarzy dziwnie falowała, gdy dziewczyna poruszała ustami.

Zwymiotował po raz kolejny, gdy z jej ust wypadł tłusty, biały robak mogilny. Zasłoniła usta i uśmiechnęła się przepraszająco.

- Jestem w piekle.... to musi być piekło...
- Oczywiście, że nie jesteś - parsknęła śmiechem.

Zęby, wyrwane wcześniej z dziąsła, wbite były pojedynczo w miękki policzek. Od środka.

- Piekło nie istnieje.
- Ale... ty jesteś. - Znów nie wytrzymał. Widok zmasakrowanej dziewczyny był na tyle obrzydliwy, że nie potrafił pohamować swoich odruchów.
- Tak, jestem martwa - pokiwała głową. - To chciałeś powiedzieć, prawda? - mówiła zadziwiająco wyraźnie, jak na obrażenia, których musiała wcześniej doznać. - Mógłbyś w końcu przestać rzygać? Zaczynasz mnie irytować.

Jak na komendę znów pozbył się zawartości żołądka. Dziewczyna westchnęła tylko.

- No i co ja mam z tobą zrobić? Miałam z tobą porozmawiać i ustalić parę kwestii, a nie sprawić, abyś się odwodnił i to na dodatek w tak obrzydliwy sposób. - Sięgnęła do torby zawieszonej na ramieniu i wyjęła butelkę wody. - Napij się, uspokój, a ja pójdę przygotować nasze małe kino domowe, ok?

Senny koszmar, tak, to z pewnością to. Śni mu się coś przerażającego, ale to tylko sen. Na pewno jest teraz we własnym łóżku, kręci się tylko, za chwilę się obudzi. To przecież nie może być prawda. Martwi ludzie nie chodzą, nie mówią i nie pokazują irytacji. Martwi, chodzący ludzie są tylko w filmach o zombie. A może to była tylko charakteryzacja? Sprytna gra świateł, dobry kostium.

Pochylił się nad butelką, chwycił zębami. Z trudem wypił kilka łyków i ostrożnie odstawił ją na ziemię. Gdzieś na samym dnie umysłu kłębiły się strzępki wspomnień, zbyt odległe, aby mógł wiedzieć, czego dotyczyły. Jakaś piwnica, dużo krwi. Dziecięcy śmiech. Znów przymknął oczy, starając się przywołać jakiś wyraźniejszy obraz, jednak prócz gęstej ciemności nie było niczego. Tylko dźwięk chrzęszczącego pod kolanami tynku. A potem znów skrzypnięcie drzwi i kroki. Nagle poczuł, że się trzęsie, a zęby dzwoniły jak dzwoneczki Świętego Mikołaja.

- Otwórz te oczy wreszcie. - Usłyszał parsknięcie. - Tylko nie rzygaj.
- Boję się - jęknął z trudem.
- Ja też się bałam, to minie - jej głos był prawie miły. - Musisz jakoś to przetrwać, jak my wszyscy. Potem będzie już tylko lepiej. To jak? Otworzysz oczy?

Spełnił jej życzenie. Wciąż była przerażającym, chodzącym trupem. Obrzydliwym, ze zdeformowaną twarzą i robakami gdzieś w środku. Ale była prawie sympatyczna i obiecała, że wszystko będzie dobrze. Uwierzył jej, bo w sumie dlaczego nie? Co miał do stracenia? Może rzeczywiście w końcu będzie lepiej. Dziewczyna trzymała w rękach laptopa. To dziwne, nie miał żadnej marki i tylko parę przycisków. Coś jak odtwarzacz filmów. Najwyraźniej tym właśnie musiał być.

- To, co zobaczysz, nie będzie przyjemne, ale obiecuję że wszystko ci wyjaśnię - uśmiechnęła się jedną stroną twarzy. - Tylko musisz to obejrzeć i postaraj się znów nie zemdleć, nie zwymiotować na siebie albo Bóg wie co jeszcze.
- Boga tutaj nie ma... - powiedział ostrzej, niż by chciał, chwilę potem zamilkł przerażony, że mógł ją rozgniewać.
- Nie masz racji, jest tutaj. Ale sam to dostrzeżesz, a teraz oglądajmy. Siądę obok - zaśmiała się cicho, widząc jego minę. - Postaram się upilnować robaki.

Czarny ekran zamigotał parę razy i film się rozpoczął. Niepowiązane z sobą obrazy fraktali wirowały w rytm elektronicznej muzyki, ciężkiej, dudniącej w głowie. Wczepiającej się pazurkami w resztki myśli. Wyszarpującej to, co pozostało. Chwilę później zapomniał już o wszystkim. Pozostał tylko dźwięk i obraz. Nie było już trupa obok, nie było gnilnych robali, nie było więzienia, strachu czy trwogi. Tylko obraz i dźwięk.

Kolory szybko zbladły i pojawił się pierwszy fragment. Człekokształtne małpy tańczące wokół ognia. Praprzodkowie ludzi zbliżający się jednocześnie do źródła śmierci i życia. Zanurzeni w transie, przerażeni, ale i podnieceni nowością. Czuł dokładnie tę samą ekscytację, zupełnie jakby dotknął wielkiej tajemnicy wszechświata. Ciepło ognia, lęk i ogromna chęć złapania w dłonie pomarańczowych płomieni. Złapania kosmyków Boga. A potem kamienie w dłoniach z przeciwstawnymi kciukami i krew. Dużo krwi. Chciał odwrócić głowę, ale przypomniał sobie, czego zażądała dziewczyna. Oglądał dalej.

++

Ludzie ewoluowali, epoki się zmieniały. Tylko scenariusz pozostawał niezmienny. Ogień, namiętność i śmierć. Gdzieś w tym i ponad tym Bóg, którego nie potrafił nazwać. Nie ten, którego sprzedawali kaznodzieje na każdym kroku. Nie ten miłujący i dobry. Nie ten sprawiedliwy. Po prostu Bóg, byt przedwieczny, nieistniejący i istniejący jednocześnie. Prawdziwy i wymyślony. Czczony i lżony. Ale wciąż na swoim miejscu, gdzieś pośród tego wszystkiego. Mieszkający w pałacach, melinach, obozach koncentracyjnych. Walczący na wojnach, w konfliktach. Zamknięty w probówkach, bombach, instrumentach muzycznych i ubraniach. Istniejący w miłości i nienawiści. Wciąż ten byt nieodłączny, gdzieś w tle. Wśród okrucieństw i piękna. Będący człowiekiem, maszyną i zwierzęciem. Z duszą i bez duszy. Święty i potępiony. Wieczny i niestały. Mógłby tak wyliczać w nieskończoność. Nadawać coraz to nowe imiona stwórcy, ale po co? Stwórca już miał swoje imię, tajemnicze, znane niewielkiej garstce, która postanowiła się nim podzielić. Ale nie każdy chciał słuchać, niewielu chciało poznać. Gdyby tylko mógł, objąłby rękoma kolana i zapłakał. Piękno i obrzydliwość były tak silne, tak doskonałe, że chciało mu się wyć na samą myśl. Ale nie płakał i nie obejmował kolan skutymi rękoma.

„To nie wszystko”, coś szeptało w głowie, „Jest o wiele więcej”. Podszepty nie myliły się, wiedza granicząca z pewnością. To nie wszystko. Było jeszcze coś. Ostatni urywek, fragment. Ciemna piwnica. Jedna, mdła żarówka dyndająca pod sufitem. I ona. Dziewczyna, która martwa siedziała teraz obok niego. Zakneblowana, przywiązana do metalowego stołu. Samotna w ciemnościach. Biała postać wyłaniająca się z cienia. Ubrana w szpitalny kitel, zamaskowana, ze skalpelem w ręku. Ostatni dowód na istnienie Boga. Ten najważniejszy i wręcz namacalny. Patrzył zafascynowany jak ostrze tnie skórę i wygrzebuje wnętrzności. Jak dłonie w lateksowych rękawiczkach wyciągają z czaszki trofea. Najpiękniejsze klejnoty, z którymi nie mogą się równać nawet krwawe diamenty. Cicha i bolesna śmierć. Ostateczne piękno. I wtedy chirurg odwrócił się, zdjął maskę. Mężczyzna zamarł. To nie jest przecież prawda, to tylko film. A może po prostu już się skończył i widzi tylko swoje odbicie w czarnym ekranie monitora? Uśmiechnął się i wyszedł, pozostawiając trupa w samotności.

- Teraz już jesteś pewien, że Bóg istnieje, prawda? - Dziewczyna zamknęła klapę laptopa.
- Bóg... - powtórzył cicho. Zaschło mu w gardle.
- Rozumiesz?
- Nie wiem, nie jestem pewien. - Bał się na nią spojrzeć. - Wybacz mi.
- Nie mam do ciebie żalu, już nie - wiedział, że się uśmiecha.

Jakby na potwierdzenie na jego kolana spadł kawałek skóry. Tym razem już się nie wzdrygnął. Patrzył na niego z obrzydliwą fascynacją.

- Jestem mordercą? - Zmusił się, aby odwrócić głowę w jej stronę.
- Mordercą, gwałcicielem, kochanym mężem i ojcem. Dokładnie.
- Niczego nie pamiętam. To - wskazał na ekran - to wszystko prawda?

Kiwnęła tylko głową, obdarzając go kolejnym makabrycznym uśmiechem.

- Widzisz, to nie jest tak, że jesteś zły. Oczywiście nie jesteś też dobry. Ale jedno i drugie nie ma żadnego znaczenia. Istniejesz. W Nim i poza Nim. Wszystko, co zrobiłeś, było jednocześnie twoją i Jego wolą.
- On chciał, abym zabijał?
- Ależ nie - zaśmiała się, zupełnie jakby powiedział dobry żart. - Byłeś wolnym człowiekiem, mogłeś zrobić, co chciałeś. Mogłeś przeżyć swoje życie w każdy możliwy sposób. To jest ta wielka tajemnica, której wciąż poszukiwałeś. Byłeś u jej drzwi, ale jednak nie nacisnąłeś na klamkę. Czekałeś, aż ktoś je otworzy i zaprosi cię gestem do środka. A pomyśleć, że byłeś o krok od tego wszystkiego. Jeden, malutki krok.
- Co teraz ze mną będzie? - spytał już bez lęku, jak ktoś, kto zaakceptował w pełni swój los.
- Teraz wypełnisz jego wolę. Nie pozostało już nic twojego. - Wzruszyła ramionami i wstała. - Zaczekaj tutaj.
- Czy będzie teraz lepiej? Obiecałaś.
- Oczywiście, że będzie. Już jest przecież, prawda? A teraz postaraj się być cierpliwy, to może trochę potrwać. Postaram się wrócić szybko.

Znów zostawiła go samego. Jednak tym razem samotność nie była straszna ani przytłaczająca. Była tylko ciszą, przerywaną krótkimi oddechami. Niczym więcej. Przez chwilę zamigotała w głowie myśl, że to może jednak jest sen. Ale miał pewność. To nie jest sen i nigdy nim nie był. To jest właśnie rzeczywistość, skryta gdzieś za kotarą namiętności i uczuć. To jest właśnie największa tajemnica życia, a on tak po prostu jest w niej. Jest jej częścią. I rozumie. Teraz rozumie każdą rzecz, poznał jej imię. Nazwał ją. To wszystko miało sens, zachlapany krwią i płonący w ogniu. Sens istnienia.

Wróciła szybko, tak jak obiecała. W rękach trzymała dziwny mechanizm, który przypominał mu zapalnik czasowy. Widział takie na filmach. Kucnęła przy nim i przymocowała go do piersi mężczyzny. Ustawiła jakąś godzinę.

- Nie szarp się, nie chcemy, aby to się stało za wcześnie, prawda?
- A jeżeli się stanie?
- To będziemy musieli znów wszystko powtórzyć, a ja naprawdę nie mam już czasu. Zrób to dla mnie i bądź ostrożny, dobrze?

Kiwnął tylko głową na znak zgody, gdy go rozkuła. Podała mu płaszcz.

- Umyj twarz i ogarnij włosy. Zaraz musimy iść. Tylko uważaj.
- Jak masz na imię? – spytał, zmywając kurz z twarzy.
- Tak jak ty - roześmiała się, słysząc absurdalne pytanie.
- A jak ja mam na imię?
- Przecież wiesz.

Miała rację, wiedział.

- Co teraz?
- Teraz wrócisz tam, skąd przyszedłeś. Kiedy wsiądziesz do wagonu, ładunek uruchomi się i wszystko będzie dobrze.
- Tak jak obiecałaś?
- Dokładnie tak, jak obiecałam.
- Wierzę ci. - Zapiął dokładnie płaszcz i przygładził włosy.
- Cieszę się. - Wyciągnęła rękę w jego stronę, tę, która jeszcze miała skórę i mięśnie. - Powodzenia.
- Dziękuję. Zobaczymy się jeszcze? - Uścisnął jej dłoń.
- Oczywiście, ale to będzie o wiele przyjemniejsze spotkanie.
- Do zobaczenia w takim razie. - Wstał i otworzył drzwi. Dziewczyna pomachała mu na pożegnanie

Stał na peronie nowojorskiego metra. Zerknął na zegarek. Za minutę przyjedzie, aby zabrać go dalej, w długą podróż do granic świata. Pociąg zatrzymał się, a drzwi rozsunęły z cichym sykiem. Wsiadł do środka, razem z setką, a może nawet i tysiącem innych osób. Przepuścił jakąś staruszkę, pomógł dziewczynie wstawić wózek. A potem wszystko wybuchło. Zamieniło się w tango płomieni, pasodoble strachu i walca namiętności.

Dzikun objawił się swoim wiernym po raz kolejny. W ten piękny, jesienny dzień.

---
Grafiki do tekstu przygotowała jego autorka, za co bardzo dziękujemy!
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.
  • Ostatnie artykuły

Copyright © 2004-2017 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 25 maja 2017, 21:02 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka