Wojtek zbiegł po schodach do szatni. Minął salę katechetyczną, przeszedł obok ciężkich, pancernych drzwi do schronu i skręcił w długi, ciemny korytarz. Pod ścianami ustawione były klatki, w których kolejne klasy zamykały swoje rzeczy. Te należące do jego klasy znajdowały się na samym końcu korytarza i zwykle musiał się przedzierać przez tłumy ludzi, by do nich dotrzeć. Na szczęście dziś urwał się wcześniej z w-fu, dzięki czemu mógł uniknąć tłoku. Był już w połowie korytarza, gdy usłyszał za sobą cichy głos.
+
- Dzień dobry.
Odwrócił się i zauważył jakąś dziewczynę wyglądającą z pomieszczenia obok, również wypełnionego klatkami.
- Cześć – odpowiedział szybko, mając nadzieję, że nie zauważyła, jak podskoczył ze strachu, kiedy się odezwała.
- Dawno nie spotkałam widzącego – stwierdziła, przyglądając się mu uważnie. – Zaczęłam się już tu nudzić.
- Kim jesteś? – spytał, czując dziwne zaniepokojenie.
- Szatnią – odpowiedziała spokojnie, podchodząc bliżej. Miała na sobie dziwaczny mix niepasujących do siebie ubrań. Buty nie do pary, podarte stare jeansy, rozciągnięty sweter, a do tego szarawe, zlepione gumą do żucia włosy i duże, poklejone taśmą okulary. Cała jej postać była jakaś szara i zakurzona.
- Szatnią? – zdziwił się.
- Konkretnie to tą szatnią. Nie twierdzę, że wszystkie szatnie są takie, jak ja… w sumie nie znam pozostałych szatni. Wiesz, nigdy stąd nie wychodzę.
- Bo… jesteś szatnią? – Wojtek spotkał w tej szkole już sporo dziwnych osób, ale ta dziewczyna przebijała wszystko. – No dobrze, to ja tylko wezmę swoje rzeczy i pójdę. Nie chcę ci przeszkadzać…
- A może zagramy? – spytała z entuzjazmem.
- Zagramy?
- Tak, zagrajmy w lochy. Lubię tę grę, nauczyłam się jej dawno temu od tutejszych uczniów. Często grają tu z ludźmi, których nazywają kotami.
- Aha, jasne. – Wojtek chciał tylko zabrać swoje rzeczy i jak najszybciej oddalić się od tej dziwaczki. Odwrócił się w stronę końca korytarza i zaczął iść w kierunku swojej klatki, ale nagle coś się zmieniło. Korytarz się wydłużył i zrobił ciemniejszy. Lampy na suficie pogasły, zamiast tego na ścianach rozpaliły się pochodnie, a betonowa ściana pokryta odpadającą farbą zmieniła się w zimny, kamienny mur.
- Co jest?! – Wojtek rozejrzał się z zaskoczeniem, nie wierząc własnym oczom.
- Pierwszy raz w Krainie? Zaraz zacznie się zabawa! – krzyknęła radośnie Szatnia i wtopiła się w ścianę, chichocząc wesoło.
- To musi być sen – pomyślał chłopiec, szczypiąc się w ramię. Nagle usłyszał za sobą jakiś szmer, odwrócił się i zobaczył starego trampka przemieszczającego się skokami wzdłuż korytarza. Zanim zdążył objąć ten obraz umysłem, coś wyskoczyło z ciemności, schwyciło but i zaciągnęło go w mrok. Dało się słyszeć odgłos rozrywanego materiału, a potem w cieniu pojawiła się para czerwonych ślepi.
+
- Uciekaj, kocie – dotarł go szept Szatni. – Uciekaj albo dopadnie cię osiłek.
Właściciel purpurowych oczu zawarczał groźnie i coś dużego wyskoczyło z ciemności. Wojtek nie czekał, by się temu przyjrzeć. Odwrócił się i zaczął pędzić w głąb korytarza, mijając kolejne zakręty słyszał za sobą ciężkie kroki potwora. Biegł, aż ogień zaczął palić go w płucach. Wreszcie wpadł do jakiegoś większego pomieszczenia i stanął jak wryty. Jego nogi ugrzęzły w masie czegoś klejącego. Jak się po chwili okazało, była to guma do żucia. Różowa masa rozmiarów średniego psa, pulsując, zaczęła wspinać się po jego nogach.
- Co do…?! – potwór był coraz bliżej, Wojtek słyszał, jak węszy w korytarzu obok. – Puść! – wrzasnął.
Stwór z gumy do żucia zatrzymał się na wysokości kolan, w miejscu, gdzie mogłaby być jego twarz pojawiło się małe oko, które wbiło spojrzenie w twarz Wojtka, tak jakby czegoś chciało. Nie wiedząc do końca, czemu to robi, chłopiec wypluł gumę, którą właśnie żuł. Stwór natychmiast się za nią rzucił i pochłonął ją, wydając zadowolony pomruk, po czym popełzł w korytarz, z którego dochodziło wycie potwora. Przez chwilę Wojtkowi zdawało się, że słyszy gdzieś z tyłu głowy słowa: „Spoko, ja go chwilę zatrzymam.” Nie zastanawiając się nad tym, ruszył dalej. Przebiegł przez pokój wypełniony dymem papierosowym i kolejny z hordą pająków. Mijał klatki, w których pozamykane były szamoczące się i walczące z sobą ubrania. Wreszcie, nie mając już sił, upadł w jednym z kolejnych pomieszczeń. Okrągłym, wilgotnym loszku z jednym wejściem. Miał już dosyć. Przez całe życie wyobrażał sobie, że gdzieś za następnym zakrętem korytarza czeka go coś niezwykłego. Zawsze marzył, by być gdzie indziej, w jakimś świecie z książki fantasy. Teraz bardzo chciał być z powrotem w nudnej, zakurzonej szatni. Gdyby chociaż miał jakąś broń, coś do obrony. Nagle, obok dostrzegł wielki miecz. Jak mógł go wcześniej nie zauważyć? Podniósł się, położył ręce na rękojeści, myśląc, że przecież i tak go nie podniesie. O dziwo, broń okazała się bardzo lekka, niemal nic nie ważyła.
- Tu jesteś – szepnął głos Szatni, a do pomieszczenia wpadła bestia.
Wyglądała jak wielki goryl pokryty szarą łuską. Z paszczy sterczały mu olbrzymie zębiska.
- A teraz zjemy kota – zachichotał głos ze ściany.
Bestia rzuciła się do przodu z rykiem. Wojtek niemal zamykając oczy, zaczął machać mieczem na oślep, poczuł, jak trafia w coś, a potem padł przygnieciony wielkim ciężarem.
Kiedy otworzył oczy, leżał na korytarzu szatni. W rękach zamiast miecza trzymał swoją kurtkę.
- Gdzie byłeś?! – krzyknął Krzysiek, schodząc na dół. – Czekamy już z dziesięć minut, zaraz będzie dzwonek.
Wojtek podniósł się powoli, nie do końca wiedząc, co się dzieje.
- Już idę – powiedział wreszcie i ruszył w kierunku kolegi. Wychodząc, zerknął jeszcze w głąb korytarza. Na końcu, okryta ciemnością, stała dziewczyna w niedopasowanym ubraniu i uśmiechała do niego. Kiedy wchodził po schodach, zdawało mu się, że dotarł do niego jeszcze cichy szept.
- Do zobaczenia następnym razem, kocie.
Grafiki do tekstu przygotowała Aleksandra "Ate Verbti" Lendzian, za co bardzo dziękujemy!