Opowiadania

Młotek

UWAGA! Opowiadanie przeznaczone dla osób powyżej 16. roku życia!

++

Gimnazjum imienia Kazimierza Pułaskiego w Poznaniu było szkołą, jakich wiele. Podrapane mury pamiętały czasy wczesnej komuny, podobnie jak niemała część grona pedagogicznego. Placówką zarządzało stare, opasłe babsko z gatunku tych, których najwyższą życiową ambicją jest powolne egzystowanie w towarzystwie świętego spokoju. Dzięki pewnym dotacjom gimnazjum powoli budowało sale informatyczne, a kilka lat temu władze miasta ufundowały ciasną, ale własną salę gimnastyczną. Doprowadzenie jej do opłakanego stanu zajęło niewdzięcznym bachorom raptem kilka miesięcy.

Był ładny, majowy poranek i trwała akurat długa przerwa. Zgraja młodziaków turlała piłkę po parkiecie, przerzucając ją co rusz z jednej strony boiska na drugą. Co chwila od zbiorowiska smarkaczy dało się słyszeć wyrazy rodem z rynsztoka, ale siedzący na ławce nauczyciel udawał, że ich nie słyszy. Po co zawracać głowę sobie i dzieciakom, myślał Jaro.

Jarosław Klimczak pracował w szkole od czasu, gdy wybudowano obok niej salę gimnastyczną. Wysoki, nieźle zbudowany, o bujnej czuprynie, miał opinię lowelasa. Mówiło się, że od czasu do czasu podrywał co lepsze sztuki z pokoju nauczycielskiego, ale dzieciaki rozgadują różne rzeczy. Na pewno jednak budził zazdrość małoletnich osiedlowych bossów z klas trzecich, gdyż to na niego, a nie na ubranych w pasiaste dresy mięśniomózgów leciały najładniejsze dziewczyny ze szkoły. Co jakiś czas mówiło się, jakoby którąś szczególnie faworyzował, ale on sam zbywał wszelkie te pogłoski gromkim śmiechem. Od dwóch lat miał dziewczynę i to nie byle jaką. Kiedy czasem przychodziła do szkoły, przynieść coś narzeczonemu czy powiadomić o czymś ważnym, męska część smarkaterii prędko zapominała o rówieśniczkach.

- Panie Jarku! - krzyknął woźny - chodźże no tu pan, pomożesz mi w czymś. - Wyrwany z chwilowej zadumy wufeista niechętnie wstał z ławki. Czego ten buc może chcieć, pomyślał.

Pan Włodziu pracował jako woźny odkąd przeszedł na emeryturę. Wcześniej przez piętnaście lat pracował jako elektryk, a właściwie jako pan 'chodzący za prąd'. Mieszkał z żoną w niewielkiej przybudówce, bezpośrednio przylegającej do szkoły. Dwaj synowie byli już dorośli i jeden z nich mieszkał w Poznaniu kilka osiedli dalej, a drugi właśnie dorabiał się w Irlandii na zmywaku.

W szkole średnio lubiano pana Włodzia. Przedstawiciele pedagogicznej starszyzny, konserwatywne grono pamiętające stare, dobre czasy, dogadywali się z nim doskonale. Gorzej było z młodszymi. Strasznie irytowały go młode siksy, uczące języków obcych. W większości były to smarkule niewiele starsze od uczniów, którym brakowało obycia i dawały dzieciakom sobie wejść na głowę, zaś w szkole nie rozmawiały z nikim poza innymi nauczycielami i dyrekcją. Szczególnie zaś pan Włodziu nie lubił młodych wufeistów, choć nie była to wzajemna niechęć. Woźny widział w nich tępych osiłków, którzy skończyli nikomu nieprzydatny kierunek, by przez całe życie siedzieć na ławce i wpatrywać się w nieudolne kopanie piłki przez dzieciaki. Tak, jak robił to pan Jarek.

- W czym panu pomóc, panie Włodziu? - Jaro podszedł do stojącego na aluminiowej drabinie woźnego, trzymającego młotek w opatulonej roboczą rękawicą dłoni.
- Tam, widzisz pan, próbuję przybić tę lampę na dobre, bo ostatnio dostało się jej z piłki i mało co uczniom na łby nie spadła. Tylko że nie mogę sięgnąć, a może te pana dwa metry by się na co zdały?
- Heh, jasne - odpowiedział wufeista. Ostrożnie wszedł na drabinę i wziął młotek od woźnego. - Tam, ten wystający?
- Taaa - mruknął pan Włodziu. Z trudem powstrzymywał chęć szturchnięcia drabiną, tak, by Jaro połamał wszystkie kości.

Bo pan Włodziu niespecjalnie przepadał z za panem Jarkiem. Dla niego Jarek był nie dość, że "pedałem" z racji metroseksualnego wyglądu, ale w dodatku niemalże pedofilem. Włodziu dobrze znał krążące po szkole plotki. Słyszał opowieści uczniów, jakoby z niektórymi uczennicami żył lepiej niż z innymi. Rzecz w tym, że dzieciaki o tym mówiły, a pan Włodziu wiele rzeczy widział na własne oczy. Tak to jest. Uczniowie chodzą po korytarzach tylko podczas przerw, podobnie jak nauczyciele, którzy i tak w znacznej mierze nie interesują się życiem szkoły, czekając tylko do pierwszego. Ale on, jako woźny, przechadzał się po budynku przez cały czas, bo przecież na tym polegała jego praca. Mógł więc zobaczyć dużo więcej niż inni. Niejeden raz widział Jarka kokietowanego przez piętnastoletnie dziatki. Widział też wtedy uśmieszek na twarzy wufeisty, wskazując, że bardzo mu się to podobało. W ogóle, pan Jarek chyba za często kręcił się przy damskich szatniach, myślał Włodziu. Kiedyś woźny rozważał nawet zamontowanie mikro kamerki na korytarzu obok nich. A nóż widelec miałby na taśmie więcej, niż sam był w stanie zobaczyć. Wystarczająco wiele, by pójść do dyrekcji, pokazać kasetkę, pozbyć się wufeisty ze szkoły i jeszcze zgarnąć za to premię.

Pan Jarek chwycił młotek, postukał nim kilka razy obok lampy i zszedł z drabiny.
- No, myślę, że powinno być dobrze - powiedział z uśmiechem.
- W porządku, wielkie dzięki - mruknął pan Włodziu i począł składać drabinę.
- Panie Włodziu - rzekł na odchodne Jaro - jeśli nie będzie pan potrzebował teraz tego młotka, to proszę zostawić go w naszym kantorku. Przyda nam się po przerwie do rozstawienia siatki.

Jasne, pomyślał, Włodziu. Żaden problem.

***



Godzinę później pan Jarek zakończył gwizdkiem kolejną lekcję. Tuzin dziewczyn z trzeciej B mozolnie skierował się do szatni. Tylko jedna, Julia Staszewska, szła trochę wolniej, wyraźnie czekając na wufeistę. Pan Jarek wziął pod pachę piłkę do siatkówki i klucze do kantorka, po czym sam powoli udał się na przerwę.

Nagle Julia przyczepiła się do niego. Jak na swoje piętnaście lat, Julia była wyrośniętą, dojrzałą dziewczyną. Miała długie, czarne włosy, delikatne rysy twarzy, smukłą talię oraz odpowiednie krągłości tam, gdzie u dziewczyny w jej wieku powinny się one znajdować. Za szarą bluzką z różowym napisem "Hot Girl" kryły się jędrne piersi. Całkiem spore, jak na jej piętnaście lat.

- Proszę panaaa... - zaczepiła, przeciągając "aaa", tak jak mają to w zwyczaju robić małe dziewczynki, gdy o coś proszą - bo jest taka sprawa...
- No, dawaj Julka - wuefista z trudem odciągał wzrok od jej napisu na koszulce.
- Bo widzi pan. Zbliża się koniec roku szkolnego i ja po gimnazjum chciałabym iść do dobrego poznańskiego liceum. Tylko, że nie wiem jak poszedł mi egzamin gimnazjalny. Pewnie nie najgorzej, ale zawsze jest ryzyko, że zabraknie mi kilku punktów w rekrutacji.

Zadzwonił dzwonek na lekcję.
- No i? - mruknął nauczyciel, udając brak zainteresowania.
- No i gdybym jednak dostała szóstkę z wufeu, to wie pan... dostanę dodatkowe osiem punktów, bo akurat tego jednego przedmiotu brakuje mi czerwonego paska. Rozumie pan, prawda?

Pewnie, że rozumiem, mała kretynko, pomyślał Jaro. Rozumiem doskonale. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz wufeista słyszał jojczenie o czerwonych paskach, średnich powyżej cztery zero, bla bla, blablabla... Gadanie takie zaczynało się zawsze pod koniec maja i aby utrzymać opinię nauczyciela-swojaka Jaro chcąc nie chcąc musiał zawyżać oceny co niektórym uczniom.

Problem w tym, że Julka wcale nie zasługiwała na szóstkę z wuefu. Nie brała udziału w żadnych sportowych zajęciach pozaszkolnych, chyba że uznamy za takie wygibasy na parkietach techno-klubów, w których Julka była częstym gościem. Na lekcjach była grzeczna i posłuszna, ale za stanie na głowie dostała tróję. A raz nawet została przyłapana na wagarach, choć tego samego dnia wieczorem poszła do znajomego lekarza, który wypisał jej zwolnienie. "Proszę o usprawiedliwienie nieobecności Julii Staszewskiej na lekcji w-f z powodu pozabiegowej wizyty kontrolnej", pisał lekarz używając wziętych z nieba hieroglifów. Rzeczywiście, parę tygodni temu dziewczyna miała wycinany wyrostek robaczkowy. Chcąc nie chcąc, Jaro musiał przyjąć wtedy zwolnienie.

- Tak, rozumiem - odpowiedział - ale zastanów się Julka, czy ty aby na pewno zasługujesz na tę szóstkę?
Julka spojrzała na niego wzrokiem słynnego kotka ze Shreka.
- Ja wiem, że może nie do końca... ale... ale bardzo mi zależy na tym liceum, tam przyjmują od stu czterdziestu punktów, a mi wyjdzie sto trzydzieści pięć, jeśli dobrze policzyłam wynik z testów, i wtedy gdybym miała tę szóstkę...

Jarek nie słuchał jej zbyt uważnie. Podobne gadanie słyszał już wczoraj i przedwczoraj. Tylko, że przedwczoraj jęczał tak pryszczaty chłopak, a wczoraj dziewczyna o tyłku tak wielkim, że mogłaby w nim pomieścić dinozaura.

- Wiem, jak to z tą rekrutacją jest. Tylko, że widzisz... nie mam teraz dziennika przy sobie, ale pamiętam, że wśród twoich ocen jest jedna czwórka, i trója za gimnastykę. I kółka pozalekcyjne. Chodzisz na jakieś?

Jaro mówił bez cienia przejęcia, podczas gdy dziewczyna gotowa była się przed nim rozpłakać. Z jej miny powoli znikała nadzieja, przeradzając się w delikatny grymas zawodu.
- No dobrze... - mruknęła - w takim razie dziękuję...

Zdążyła już niemal odwrócić się na pięcie, kiedy Jarek chwycił ją za ramię.
- Poczekaj. Chyba mógłbym coś zrobić.
- Taak? - Julia zapytała zaskoczona, a w iskierka nadziei w jej głosie znów dawała o sobie znać.

Jarek szybko przekalkulował. Ta mała zrobi wszystko, żeby dostać cholerną szóstkę. Niebrzydka jest, a z tego co słyszał, nie jest też ideałem wszelkich cnót i w ciągu ostatniego roku szkolnego przynajmniej kilkakrotnie zmieniała chłopaków. Może załapie, w czym rzecz.
- Musiałabyś pójść ze mną do kantorka - powiedział.

Na twarzy Julii pojawiło się zmieszanie. Jaro szybko sprecyzował.
- Mam dla ciebie propozycję i lepiej by było, by nie dowiedział się o niej nikt poza nami. To jak, idziesz?

Julia skinęła głową. Kantorek był tuż za rogiem. Wufeista odkluczył drzwi i zaprosił dziewczynę do środka.

Pomieszczenie było małe, z malowanymi na żółto ścianami. W gablocie tuż przy wejściu wisiały kluczyki do wszystkich pomieszczeń w sali sportowej. Po kątach walało się parę piłek, a o ścianę oparty był pożyczony od pana Włodzia młotek.

Zazwyczaj w trakcie przerw było to miejsce, w którym wufeiści mieli kilka minut dla siebie, mogli wypić kawę, porozmawiać o wszystkim i niczym, ewentualnie - jeśli któryś był szczególnie ambitny - zaplanować program kolejnej lekcji. Teraz jednak w kantorku nie było nikogo poza Julią i panem Jarkiem. Dziewczyna usiadła wygodnie na miękkim fotelu, tuż obok stolika, na którym stał czajnik, kilka pogryzmolonych kartek i nieumyte filiżanki po kawie.

- Posłuchaj mnie, Julka. Z tą oceną to nie takie proste. Wiesz, jeśli wystawię ci tę szóstkę, to zaraz twoje koleżanki zaczną krzyczeć, że to niesprawiedliwe i tak dalej. Wiem, jak to jest, nie jesteście pierwszą klasą, którą uczę - nauczyciel zaczął rzeczowo. - Ale mam inny pomysł. Całkiem nieźle przecież grasz w siatkówkę, a mała Przeworska zaliczyła niedawno drobną kontuzję. Na jej miejsce jest kilka kandydatek. A dobrze wiesz, że nasza szkoła jest teraz w półfinale rozgrywek wojewódzkich. Gramy z Lesznem i nie widzę szans, żebyśmy przegrali.

Julia, mimo iż nie była szczególnie bystrą dziewczyną, szybko załapała o co chodzi.
- Chce mnie pan zapisać do drużyny grającej w finałach?
- Tak. Ten mecz wygramy na pewno. A wtedy wszyscy, którzy będą w drużynie, dostaną nie osiem, a dwanaście punktów do rekrutacji. Czujesz bluesa?
- Jasne! - odpowiedziała żywo Julia - dziękuję panu bardzo!
- Ale, ale. Nie tak szybko, Julka - Jaro rozsiadł się w swoim fotelu jak król. - Nic za darmo.

Minęła chwila, zanim dziewczyna połapała się w intencjach nauczyciela. Jaro zauważył zdumienie w jej oczach.
- No, Julka. Dobrze wiemy, że to byłby twój nie pierwszy i nie ostatni raz. Nie krępuj się. To będzie nasza wspólna, mała tajemnica.

Mocno zmieszana dziewczyna siedziała jak sparaliżowana. Tego się nie spodziewała. Zależało jej na tych punktach, zależało na dobrej szkole, ale czy do tego stopnia? Z drugiej strony, podczas weekendowych eskapad do technoklubów zaliczyła kilka podobnych przygód. Czyżby Jaro o tym wiedział? Do diabła, przecież ostatecznie on nie jest taki brzydki! Większość koleżanek nie zawahałaby się ani chwili, nawet za frajer, a tu w grę wchodzi jej przyszłość!

Julia powoli zsunęła się z fotela, podchodząc na klęczkach do pana Jarka. Jeśli coś się wyda, powiem, że mnie zmusił, pomyślała - po czym zanurkowała głową między nogami nauczyciela.

***



Pan Włodziu, grzebiąc przy skrzynce z napisem "Dotknięcie grozi śmiercią" i naprawiając bezpieczniki, potajemnie obserwował małą Staszewską i jej wuefistę.

Cholera - zaklął, gdy połapał się, że zamiast zreperować jeden z nich, zniszczył go na dobre.

Spostrzegł wtedy, że pan Jarek wraz ze smarkulą udali się w stronę kantorka. Przeklęty lowelas, pomyślał, kiedy nauczyciel wpuścił dziewczynę do środka, bezceremonialnie gapiąc się na jej tyłek.

Tak dłużej być nie może, stwierdził. Nie po raz pierwszy wufeista zamykał się z uczennicą w kantorku podczas lekcji. Ostatnim razem, gdy woźny był świadkiem podobnej sytuacji, zapukał do kantorka, szukając niby pana Pawła, innego wufeisty, z którym akurat żył dość dobrze. Drzwi jednak były zamknięte, a odgłosy, jakie słyszał tuż przed pukaniem, nagle ucichły. A gdy po piętnastu minutach w końcu wszedł do środka, było tam straszliwie duszno.

Jeśli ja nie wezmę sprawy w swoje ręce, to nikt tego nie zrobi - pomyślał pan Włodziu, gdy klamka od kantorka nagle się ugięła.

***



- Poczekaj no, Julka, skoczę tylko do pokoju nauczycielskiego po zeszyt. I ubierz się szybko, jeszcze ktoś tu wejdzie - mruknął, po czym zamknął kantorek i żwawym krokiem ruszył w stronę pokoju nauczycielskiego.

Miał przed sobą dłuższy spacer i to dwa piętra w górę.

Nie było tak źle - pomyślała Julka, zapinając rozporek. Rodzice będą zadowoleni. I w końcu kupią mi tego iPoda, z którym zalegają od Bożego Narodzenia. Tylko żeby wszystko pozostało w tajemnicy...

***



Macie pana Włodzia za idiotę, hę? - zakotłowało w głowie woźnego. Mężczyzna szybko sięgnął do kieszeni spodni i wyjął z niej obręcz, na której upięto kilkanaście różnych kluczy.

Kibel, kibel, szatnia męska, siłownia... - mruczał, przebierając wśród kluczyków. W rękawicach ochronnych, których nie zdjął odkąd naprawiał bezpieczniki, nie było to takie proste. O, jest, kantorek - jeśli można coś radośnie wymruczeć, to tak właśnie zrobił pan Włodziu, podchodząc do drzwi.

Dość już tego skurwystyństwa w mojej szkole, dość, nie będą mi młodzieży deprawować, zabiłbym gnoja, wybić wrzody na tyłku polskiego narodu - milion myśli przebiegało mu przez głowę. Gdyby ktoś akurat teraz spojrzał mu w oczy, zobaczyłby dziką furię, taką, jaką widzi się u rozwścieczonego rottweilera, gdy wejdzie się na odpowiednie podwórko. On, Włodzimierz Kalinowski, rozprawi się z tym ohydnym procederem!

Błyskawicznie umieścił klucz w dziurce i przekręcił go, po czym wtargnął do kantorka, zamykając za sobą drzwi. Julia Staszewska o mało nie krzyknęła, widząc w drzwiach woźnego. Nie zdążyła się jeszcze ubrać i oczom pana Włodzia ukazał się bujny biust gimnazjalistki.

- Co się tu wyprawia, co? - warknął.
- Ja... ja tylko...
- Wiem, co tu robisz z tym zasranym Jareczkiem. - odpowiedział jadowitym tonem, sięgając po oparty o ścianę ciężki, drewniany młot z metalowym okuciem.

W oczach dziewczyny błyskawicznie wymalowało się przerażenie. Chciała uciekać, ale nie miała gdzie. Pomieszczenie było małe, a drogą do wyjścia blokował jej krępy, lecz potężnie zbudowany woźny.

Pan Włodziu miał już wszystko przemyślane. Te dwa lata, odkąd widywał Jarka pieprzącego smarkule, to wystarczający czas, by wszystko zaplanować.

Zamachnął się młotkiem i z całej siły uderzył dziewczynę tępą częścią w głowę. Julia padła jak długa, a przewieszone przez fotel ciało nagle stało się bezwładne. Pod siedziskiem szybko uformowała się kałuża z krwi. Jasnoczerwona ciecz powoli pokrywała coraz większy obszar na podłodze. Pan Włodziu uderzył jeszcze kilka razy, a mocno, upewniając się, że dziewczyna wydała już ostatnie tchnienie.

Przez chwilę znajdował się w szoku, kiedy dotarło do niego, jak nabałaganił. Spojrzał po sobie i zauważył plamy krwi na polarowej bluzce. Błyskawicznie ją zdjął i odskoczył, kiedy kałuża krwi o mały włos nie sięgnęła jego butów. Odrzucił młotek w kąt pomieszczenia i żwawo wyszedł, zwijając polar w kulkę i kierując się prędko do swojego domostwa.

Po chwili był już na miejscu. Wbiegł do łazienki najszybciej jak mógł, uruchomił pralkę i czym prędzej wrzucił do niej zakrwawione ubranie.

***



Pan Jarek był zadowolony. Znów mógł się poczuć jak pan. Kolejna piękna dziewczyna traktowała go przez kwadrans niczym boga, wiedząc, że w przeciwnym wypadku nici z lepszych ocen. W porównaniu do poprzednich - Anity, Marty, Pauliny i Wiktorii, Julia była naprawdę niezła. Te jej technokluby musiały sporo ją nauczyć.

Znalezienie odpowiedniego zeszytu pośród galimatiasu notatek, dzienników i skoroszytów zajęło mu ładnych kilka chwil. W końcu jednak dostał w swoje ręce brulion z etykietką "Siatkówka 2009". Wsunął palec na stronę z zakładką "Kadra" i skierował kroki z powrotem do kantorka, mijając po drodze miejsce, w którym chwilo nieobecny pan Włodziu miał zaraz przybić drewnianą płaskorzeźbę z podobizną patrona szkoły.

Musiał się spieszyć. Do przerwy pozostało jeszcze dziesięć minut i lepiej, by szwendający się tu i ówdzie uczniowie nie zobaczyli wychodzącej z jego kantorka Julii. Przyspieszył kroku, przeszedł przez szklane drzwi oddzielające główną część szkoły od sali sportowej i po chwili był na miejscu. Wsunął klucz w dziurkę i zaskoczony spostrzegł, że nie może go przekręcić.

Co u diabła, pomyślał. Pogrzebał jeszcze chwilę kluczem, po czym zdenerwowany nacisnął klamkę. Niespodziewanie ustąpiła i drzwi stanęły otworem.
- Co do...

Widok, jaki miał przed sobą wuefista, sprawił, że drugie śniadanie przypomniało mu o sobie, niemal podchodząc do gardła.

Co tu się stało, na Boga, Chryste Panie, kto to zrobił, ale jak, skąd ta krew, kurwa mać!

Julia, ta sama piękna dziewczyna, która jeszcze chwilę temu zrobiła mu dobrze, zwisała teraz z krzesła, zgięta wpół, a z jej roztrzaskanej głowy sączyła się krew. Pod fotelem leżało coś białego, chyba kawałek roztrzaskanej czaszki, oraz mnóstwo cuchnącej, jasnoczerwonej brei. W kącie, w kałuży znajdował się bezładnie odrzucony młotek. Nagle Jaro uświadomił sobie, że krew sięgnęła jego butów. Pobladł.

Co tu robić, cholera jasna, trafię do pierdla, jak nic. Kto mnie tak wrobił? Trzeba schować ciało, tylko, kurwa, gdzie!? I jak ja się pozbędę tej krwi, jestem udupiony, nie ma mnie już, to koni...
- Przepraszam? - usłyszał - czy nie ma pan przypadkiem... O Boże!

Jaro odwrócił się, a właściwie odskoczył jak rażony prądem, kierując wzrok na drzwi od kantorka. Jak przez mgłę ujrzał wysoką, chudą okularnicę, z przerażeniem wpatrującą się w broczącego we krwi nauczyciela i przewieszone przez fotel ciało.

Zanim Jaro zdążył cokolwiek zrobić, dziewczyna wybiegła, wołając o ratunek, zupełnie tak, jakby na śmierć przestraszony wuefista był w stanie cokolwiek jej zrobić. Nie mając czasu ani pomysłu co zrobić, Jaro wybrał ostateczność: ucieczka!

Ruszył jak z kopyta, zostawiając za sobą ślady krwi i rozpychając kilka osób, które przybiegły zobaczyć co się stało.

W tej samej chwili woźny zadzwonił na przerwę.

Pan Jarek uciekał, ile sił w nogach, a mijając po drodze co najmniej kilkunastu zaskoczonych uczniów. Nie mam szans, zdał sobie sprawę, to koniec!

Wybiegł z budynku szkoły i trafił na parking. Wyjął z dresowych spodni kluczyki do swojego Opla Corsy, wsiadł i zapalił. Silnik zgasł, zapalił ponownie. Ruszył z piskiem opon, przerażony. Gdy fala świadomości ponownie zalała jego umysł, załkał. Był przegrany.

***



Wokół kantorka zebrało się kilka osób. Pani Justyna, nauczycielka historii, z trudem przepychała się między uczniami zgromadzonymi wokół drzwi. Co niektórzy gimnazjaliści uciekali z krzykiem, gdy tylko zobaczyli martwą koleżankę, inni stali w osłupieniu, a kilku nie wytrzymało i zwróciło śniadania.

Pani Justyna w końcu dotarła do drzwi kantorka. Wypływająca z pomieszczenia krew ubrudziła jej buty. Widząc martwą uczennicę, swoją wychowankę, stłumiła okrzyk, zasłaniając usta ręką i ścisnęła mocno zdobiący dekolt krzyżyk.

***



Pan Włodziu, którego hałasy zastały podczas odpakowywania płaskorzeźby, wydawał się bardzo przejęty sprawą.

- Zrobił to moim młotkiem... - rzekł do pana Michała, polonisty będącego od lat dobrym znajomym woźnego. - Rozumiesz? Moim młotkiem!
- Uspokój się, Włodziu. Uspokój się. - pan Michał poklepał przyjaciela po ramieniu. - oby tylko szybko znaleźli tego zwyrodnialca. Policja jest już powiadomiona.

Zdruzgotany pan Włodziu pomyślał, że powinien był pójść do szkoły aktorskiej. Zrezygnowanym korkiem, łapiąc się za głowę i mijając kolejnych przerażonych i totalnie zdezorientowanych uczniów i nauczycieli, poszedł do stołówki. Nikogo w niej nie było, bo kucharka sama pobiegła dowiedzieć się, o co cały hałas.

Chyba poszło dobrze, pomyślał. Tak, jak miało pójść. Tylko jak policja zareaguje, gdy morderca powie, że zostawił kantorek zamknięty na klucz. Może nie uwierzy? Przecież to zabójca, a w dodatku psychopata. Zresztą przecież ja w tym czasie i tak odpakowywałem rzeźbę. Nie, nie mogą mnie zamknąć. Pracuję tu już dużo czasu i nikt przecież nigdy na mnie nie narzekał. Będzie w porządku, powtarzał sobie woźny, będzie w porządku.

Będzie w porządku.

***



Mimo brawurowej ucieczki, pan Jarek został złapany przez policję po dwóch dniach. W mediach zrobiła się wrzawa, a portrety pamięciowe poszukiwanego pojawiły się wszędzie. Wreszcie, głodny i zmęczony Jaro zatrzymał się na stacji benzynowej, kupując wodę i kilka paczek ciastek. Nie docenił jednak spostrzegawczości ekspedientki, która jeszcze parę minut temu miała w ręku brukowiec z wielkim nagłówkiem "Nauczyciel-psychopata zabił gimnazjalistkę!". Klient wydał się jej dziwnie znajomy.

***



Pomieszczenie nie było zbyt duże. Z turkusowo-zielonymi ścianami, mocno odrapane, najpewniej dawno nie było odmalowywane. Pośrodku stał stół, a na nim leżało kilka fotografii.

Siedzący po drugiej stronie osiłek zdecydowanie nie lubił takich jak Jaro. Skuty w kajdanki wuefista stracił dawny urok. Gdyby zobaczyła go dziś którakolwiek z lecących na niego uczennic, od razu straciłby uprzywilejowaną pozycję na rzecz osiedlowych mięśniomózgów. Brudny, z wielkimi worami pod oczami wyglądał raczej jak podrzędny narkoman, wrak człowieka, aniżeli nauczyciel publicznej szkoły.

- To jak, Jaro, będziesz gadał?
- Powiedziałem już wszystko - Jaro niemal nieprzytomnie wpatrywał się od kilku minut w jeden punkt. W twarz żywej jeszcze Julii Staszewskiej, którą miał na zdjęciu przed sobą. Starał się nie obejmować wzrokiem fotografii przedstawiającej miejsce zbrodni.

- Nadal nie powiedziałeś, dlaczego zabiłeś tę małą.
- Ile razy mam mówić, nie zabiłem jej! Nie wiem, jak to się stało!
- Taak. A w tej twojej bajce to latają smoki? Słuchaj no. Zabiłeś smarkulę, młotkiem, jak ostatni psychol, a wcześniej jeszcze ją zgwałciłeś. Albo, jak mówiłeś, sama się zgodziła i dopiero potem ją zabiłeś.
- Ale...
- Teraz ja mówię! - warknął komisarz. - Tak czy inaczej, to morderstwo. Tak czy inaczej, to pedofilia. Masz pecha, Jaro. Mała skończyłaby piętnaście lat za dwa tygodnie, wtedy sprawa byłaby może ciut mniej nieprzyjemna. A tak, grozi ci dożywocie. Całe życie pośród największych szumowin. Wiesz jak traktują w więzieniu pedofilii, Jaro?

- Sprawdźcie woźnego, on miał dostęp do wszystkich kluczy i...
- Już sprawdziliśmy. Nic nie wskazuje, aby miał coś wspólnego z tą sprawą. Poza tym, że młotek, którym zabiłeś Julię, twój kumpel po fachu pożyczył właśnie od niego. Poza tym najświeższe odciski palców na młotku należą do ciebie. Z ust ofiary spływała twoja sperma, a wokół walały się twoje włosy. Kiedy wybiegałeś, zostały po tobie ślady twoich butów. No i ta, mała, jak jej tam... - policjant zajrzał do akt - o, widzisz. Martyniuk. Tak się nazywała. To ona zobaczyła cię w kantorku nad zwłokami.

- Nie zabiłem jej.
- Kurwa mać! A może pierdolnę ci tym łbem raz, a porządnie o blat, tak w obronie własnej, to ci się wszystko przypomni i powiesz jak było?
- Nie zabiłem.

Nieziemsko wkurwiony komisarz wstał i wyszedł z sali przesłuchań.

***



Jakiś czas później pan Jarek, pedofil morderca z gimnazjum imienia Kazimierza Pułaskiego w Poznaniu, stanął przed sądem. Twardo obstawał przy swojej wersji wydarzeń. Pensja nauczycielska nie pozwoliła mu na wynajęcie porządnego adwokata, a narzeczona, nieźle zarabiająca absolwentka Uniwersytetu Ekonomicznego, zerwała z nim wszelki kontakt, gdy przedstawiono jej sprawę i zaprezentowano wszystkie dowody.

Pan Jarek miał spędzić w ciupie resztę swojego życia, choć klawisz odprowadzający go do celi dał mu dobrą radę, aby zawczasu skombinował sobie sznurek.

***



- Takich zabić to i tak mało - mruknął pan Włodziu, oglądając wieczorne wiadomości. - A taki miły się wydawał.

Siedząca obok żona pani Jadzia, od dwudziestu czterech lat małżonka woźnego, kręciła głową z niedowierzaniem.

- Co też mogło w tego człowieka wstąpić. Źle się dzieje na tym świecie, oj źle.

Woźny przytaknął. W telewizji wypowiadał się właśnie jeden z uczestników wiecu przeciwko pedofilii, który odbył się tuż przed budynkiem sądu. Miał na sobie gustowną, czarną koszulkę. Zdobiący ją nadruk przedstawiał nabój od Kałasznikowa, a napis poniżej głosił: "1,54 zł. Leczenie pedofilii może być tanie". Pan Włodziu zaśmiał się.

- Jadziu, za ile kupiłaś ten młotek? No wiesz, ten, od którego zginęła potem ta nieszczęsna Julia?
- A bo ja wiem, piętnaście złotych. A co?
- A bo przepłaciłaś dziesięć razy.
KOMENTARZE (4) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Wiedźma 19 gru 2010, 14:05
Czy ja wiem, czy bezpośrednio masz wprowadzoną taką kategoryzację? Moim zdaniem autor po prostu ukazał mordercę, przeświadczonego o swojej misji "załatwienia" pedofila. Co więcej, zakończenie jest na swój sposób przewrotne, gdy żona wspomina o tym, że "taki miły się wydawał". Wydaje mi się więc, że nieco przesadzasz - po prostu narracja prowadzona jest niejako z punktu widzenia woźnego, stąd i osąd, wydawany w trakcie - jest jego osądem. Uważam za nadużycie przyrównywanie sądu, wydanego niejako ustami fikcyjnego bohatera, do osądu samego autora tekstu.

Zdecydowanie bardziej w tekście razi mnie wspomniana przez Ciebie na początku stereotypowość. Jeśli już gdzieś, moim zdaniem, autor uderza w moralizatorski ton, to właśnie tam. Wskazując "patrzcie, jakie te nastolatki są głupie, zepsute i puste" potwornie spłyca problem i uważam, że właśnie na tej jednostronności opowiadanie traci.
Galathar 19 gru 2010, 09:57
Nie mówię, że tak nie jest. Ba, lubię poczytać o bohaterach trudnych. Nie mam też w sumie nic przeciwko temu, by "zły" od czasu do czasu wgrywał, lub dawał w kość bohaterom. Ale powyższy tekst sprowadzić można do tezy "zabijanie pedofilów jest dobre, pedofilia jest zła". I ta kategoryzacja zła mi się nie podoba.
Wiedźma 18 gru 2010, 10:45
A ja się o tyle z przedmówcą nie zgodzę, że nie każdy utwór musi być moralizatorską pogadanką. I co z tego, że autor w pewien sposób sympatyzuje z postacią niewątpliwie negatywną? Polecam "Czarodzieja" Nabokova. Tam bohater jest bardzo wątpliwy moralnie, a jednak... czytelnik czuje do niego jeśli nie sympatię, to przynajmniej współczucie.
Galathar 18 gru 2010, 00:41
Szkoda, że tak stereotypowo (te technokluby i cała otoczka), bo fajnie napisane i przyjemnie mi się czytało. Nie podoba mi się jednak, ale nie z tego co powyżej, ale przez to, jak się tekst kończy. Nie podoba mi się, bo mam wrażenie, że wymowa tekstu sugeruje sympatię do pana Włodka. Wygląda to tak, jakby jeden czyn (pedofilia) był naganny i za to Jara spotyka nie kara, a zemsta, a drugi był wymierzeniem sprawiedliwości. A tak nie jest. Jeśli jednak autorowi o to chodziło... no to udało mu się wywołać emocje. Tylko nie do końca jestem pewien czy pozytywne.

Copyright © 2004-2017 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 17 lis 2017, 22:29 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka