+
Na kamiennej posadzce, tworzącej idealne koło umiejscowione pośród niczego, stał mały chłopiec. Płytki posadzki były zimne, lecz jemu wydawało się to nie przeszkadzać. Stał tylko ze spuszczoną głową, nie robiąc nawet najmniejszego ruchu.
- Jesteś głupcem – zagrzmiał głos, pochodzący zewsząd.
- Jestem – wyszeptał chłopiec – zawsze nim byłem.
- Jesteś nim więc po dwakroć, skoro się przyznajesz.
Zapadła cisza. Nikt jej nie przerywał. Jedynie można było wyczuć, jak zarzut nieznanego Głosu krąży wokół milczącego i nieruchomego chłopca.
- Czemu milczysz? Broń się – zagrzmiał w końcu głos.
- Nie zostało już nic do powiedzenia. Nie będę się bronił. Nie dam ci tej przyjemności – szept był ledwo słyszalny.
- Więc niech inni odpowiedzą za ciebie!
Wstęga światła opadła na kamienny krąg, wyrywając z ciemności kształt chłopca i drugiej Postaci, stojącej przed nim .
- Zawsze nas okłamywałeś, choć tyle się dla ciebie robiło. Zawsze coś ukrywałeś. Nigdy nie wiedzieliśmy, co się z tobą naprawdę dzieje!
- Jestem głupcem ojcze- wyszeptał chłopiec.
- Tylko tyle? Wiedziałem, że tak skończysz, mówiłem, ale nie chciałeś słuchać.
- Idź już, tato. Po prostu odejdź – w odpowiedzi zabrzmiała nutka gniewu.
Postać mężczyzny zniknęła w nagłym rozbłysku, lecz tylko po to, by mogła zastąpić ją inna, tym razem kobieca. W oczach kobiety widać było łzy.
- Rozumiem wszystko synku, ale strasznie mnie boli, że nigdy nie umiałeś się przed nami otworzyć. Serce mi pęka, że nie ufałeś własnej rodzinie.
Chłopiec drgnął, nerwowo splótł ręce na plecach. Podniósł głowę, patrząc kobiecie prosto w oczy. Po policzku popłynęła łza.
- Jestem głupcem, mamo. Zawsze nim byłem. Odejdź.
Kolejny rozbłysk. Oczy chłopca rozszerzyły się, a po policzkach spłynęły łzy.
- Robuś. Czekałam aż przyjedziesz. Tak czekałam.
- Wiem, Olka i Kryśka wytknęły mi to po twoim pogrzebie- powiedział chłopiec, płacząc.
- Czemu nie przyjechałeś? Czemu nie zabrałeś z sobą Grzesia?
Kobieta wyciągnęła rękę do niego. Chłopca opanował szalony płacz. Chwycił jej rękę. Wcześniejsze zobojętnienie zastąpił na chwile przeraźliwy smutek .
- Jestem tchórzem, babciu. Strasznym tchórzem. Wybacz!
Znów ten cholerny rozbłysk. Kolejna postać... Nie. Nie jedna tym razem, ale kilka.
- Jesteś bezprzykładnym tchórzem! – powiedziały głosy.
- Jestem , przyjaciele. Zawsze uciekałem.
- Jesteś egoistą!
- Jestem. Zawsze brałem więcej niż dawałem.
- Jesteś głupcem!
- Jestem. Serce zawsze stawiałem nad rozum. Przykro mi, moi przyjaciele. Zawiodłem. Zawsze zawodziłem. Idźcie już.
Kolejny rozbłysk. Oczy chłopca prawie wyszły z orbit. Zaczął się trząść i szlochać. W końcu padł bezsilnie na kolana.
- Tak mówiłeś, że mnie kochasz, a nie potrafiłeś trwać przy mnie. Trwać bez skarg, po prostu być. Ile warta była twoja miłość? Zamiast podpory ciągłe zawody. Nie umiałeś się pogodzić z wyborami losu... z wyborami tych, których kochasz, idioto! Czy to naprawdę miało świadczyć o miłości? Chociaż mogłeś udawać szczęśliwego! Jak mogłeś!
- Ja...
Nie mógł nic powiedzieć, wpatrując się w te piękne, głębokie oczy. Spijał każde palące słowo, padające z jej ust. Na to, co mówiła, nie było odpowiedzi. Miała rację, ale ta racja była nie do przyjęcia. Gdy zobaczył łzy w jej oczach, nie wytrzymał. Chwycił głowę w ręce i zawył.
- Boże! Ty skurwysynu, skończ to !
Rozbłysk. Najjaśniejszy. Ostatni. Zapadła znów ciemność.
- Nie dla ciebie spokój i niebo – zagrzmiał znowu głos .
- Wiem. Daj mi piekło i odpieprz się już – zaskomlał chłopak.
- Nie! Tego właśnie chcesz. Twoim piekłem będzie ciągłe życie. Wracaj do niego i gnij w samotności! Nie powrócisz tu, aż nie nauczysz się żyć tak, jak inni! Taki jest wyrok – zagrzmiał głos.
Chłopiec nagle przestał szlochać. Ustały spazmatyczne konwulsje. Otarł policzki ręką i powoli, jakby w zwolnionym tempie, wstał. Spojrzał wypłakanymi oczami w pustkę przed siebie. Przez chwilę czaił się w jego oczach gniew, godny samego diabła czy boga. I nagle oczy straciły jakikolwiek wyraz. Stały się puste. Tak puste jak on sam. Stał teraz wyprostowany i jakiś postronny obserwator mógłby rzec, że dumny.
- Więc będę trwał dłużej niż ty, Boże – syknął w pustą przestrzeń. – Rób swoje i się odpierdol. Nigdy więcej się nie spotkamy.
Obudził się na polanie. Pod cudownie błękitnym niebem, otoczony zielenią. Do jego uszu docierał piękny trel ptaków. Może to słowik, a może skowronek. Nie znał się na ptakach. Gdzieś kątem oka spostrzegł przemykającą sarnę. Był sam. Twarz owiewał mu delikatny wiatr. Teraz już wiedział. Piekło to Niebo bez spełnienia.
Cazpian, 29.06.2010 r.