Wślizgnął się na mur dokładnie w tym samym miejscu, gdzie zostawił wykrywacz. Uśmiechnął się na widok znajomego przyrządu, który leżał spokojnie i czekał na przybycie swojego właściciela. Zsunął się z drugiej strony ściany i przylgnął do ziemi. Rozglądnął się i ruszył przez pole minowe. Czołgając się skanował aparatem teren przed sobą.
Mimo drżenia rąk, Kozłowski nie ma żadnej wątpliwości - wykrywacz wibruje. Mężczyzna spokojnie, bez niepotrzebnych gwałtownych ruchów omija niebezpieczne miejsce. Urządzenie milknie. Uczucie ulgi spływa po ciele. Bez większych przeszkód pokonuje drogę dzielącą go od muru. Przełącza okulary w tryby ultrafioletu. Skanuje dokładnie całą okolicę. Panująca dookoła cisza wywołuje uśmiech na twarzy.
Te zasady były straszne i bezwzględne, wiedzieli to wszyscy. Ale na sentymenty i litość oraz troskę nie było tu miejsca. Zapasów wiecznie brakowało. Nie tylko bandaży i leków, ale nawet żarcia, o amunicji nie wspominając. Dostawy były stałe, ale ostatnio ataki się nasiliły i pewnych rzeczy zaczynało brakować. Jedzenia zawsze było mało, głodem nikt się już poważnie nie przejmował. Ale bandaże były już drugiej lub nawet trzeciej świeżości, a chodziły plotki, że jeśli tak nadal pójdzie, to przyjdzie im rzucać w maszyny kamieniami.
To, co nazywał domem, było zwykłą norą, w której nawet najbrudniejszy szczur nie ośmieliłby się mieszkać. Nie żal mu było też psa, który został w środku. Szczerze mówiąc, nigdy nie lubił tego kundla. No, może do chwili, gdy go wyciągnął z pogorzeliska i okazało się, że pieczona psina nie jest wcale taka zła. Dobytku w środku nie zostawił żadnego, bo też żadnego dobytku nie miał. Doszedł do wniosku, że tak bardzo przygnębia go to, iż była to siódma nora z rzędu, która spłonęła. Ewentualnie wybuchła, zawaliła się, została zatopiona lub z której został wypędzony. Nie miał przy sobie już ani miedziaka.
Staż odbywałem w ośrodku leczenia nerwic, niestety za psie pieniądze. Nie żebym gardził szkłem, broń Boże! Niestety, z kasą nie chciał przyjść stosowny papier, a to mi było potrzebne do znalezienia stałej, dobrze płatnej pracy. Co ja tu będę pióro strzępić – każdy z nas przechodzi te wszystkie etapy kariery zawodowej, każdy z nas płaci jakieś frycowe... No więc zapłaciłem i ja.
Drugie wejście do tunelu odnaleziono bardzo szybko; bardzo szybko też zasypano je kamieniami. Dopiero rankiem okazało się, że jedynym mężczyzną, którego brak na zamku jest ... jego właściciel, włodarz Mirosław. Trzeciego wyjścia z tunelu nie odnalazł nikt, choć woje pana Boboli szukali z pochodniami po wszystkich dziurach wzdłuż skał. Nie odnalazła go też nieszczęśliwa para, która spoczywa zasypana w tunelu po dziś dzień.
Bunt chłopski zaczął się niewinnie, kilku chłopów należących do starego szlachcica Dana, odmówiło odrabiania pańszczyzny. Nie było to pierwszy raz, takie rewolty zdarzały się niezwykle często, dlatego Dan wysłał oddział najemników cejlońskich do przypomnienia chłopom kto tu rządzi. Najemnicy nie podołali zadaniu, wpadli w pułapkę i zostali rozbici. Na wieść o tym sukcesie do buntu przyłączyli się inni chłopi Dana. Wkrótce potem chłopi przejęli kilka farm niewolników i uwolnili więźniów, bunt niezwykle szybko się rozprzestrzeniał się.
Seria z AK-774 dosięga pilota HBH-2, rozbijając mu głowę serią. Krew rozpryskuje się na przeciwległej szybie kokpitu. HBH-2 zatacza się i spada na ziemi. Szyby rozpryskują się, szatkując załogę. Przepołowione przez połamane blachy ciała marines wypadają z maszyny. Wielki wybuch rozsadza HBH-2 na miliony szczątków.
Gdy Ciril powrócił, Agostin zreferował mu wszystko, czego dowiedział się na temat autora księgi, a także miejsca, gdzie mógł zostać pochowany. Okazało się jednak, że to nie koniec jego zadania. Jego pracodawca zaproponował mu wyprawę do grobowca owego pradawnego nekromanty. Zgodził się. Teraz nie była to już konieczność, złoto od Cirila już dostatecznie podreperowało mu budżet. Tym razem Agostinem kierowała zwykła żądza poznania tego, co mroczne i tajemnicze.
Zimny podmuch wiatru przerwał na moment jego rozważania. Dziesięć lat. Mieszkał tu od dziesięciu lat i jak do tej pory nie przyzwyczaił się do chłodnego klimatu Północy. A jesienne podmuchy północnego wiatru od strony Doliny Lodowego Wichru potrafiły być uciążliwe. Pochodził bowiem z południa, z upalnej i przepełnionej słońcem krainy, zwanej Amn. To tam się wychował i spędził większość swego życia, aż do chwili, gdy stało się ono niebezpieczne.
Księżyc był w nowiu. Chorąży obejmował się własnymi ramionami, a głowę wciskał w szal. Przed sobą miał jedyną solidnie wykonaną drogę w tych stronach. Kilka miesięcy temu była to droga rokadowa, ale teraz sporo się zmieniło. Mężczyzna miał przed sobą słabo oświetlony, niewielki, drewniany budynek, pewnie składający się z jednej izby. Czaił się w krzakach z bronią w ręku i kurczowo zaciskał krzyż, który nosił na szyi. Przez okno, na ścianie budynku zobaczył ludzki cień.
Podczas jednej z moich licznych wędrówek dotarłem do pewnego zamku. Nie wątpię, że niegdyś był doprawdy wspaniały, a jego biała wieża górowała nad okolicą. Jednakże w czasie, w którym ja się tam zjawiłem, po dawnej potędze nie istniało już nawet wspomnienie. Wiatr hulał swobodnie wśród zgliszcz. Czubkami butów trącałem ogryzione przez robactwo kości.
Polski odzyskany śmietnik liczył sobie 289 km2 i jakoś płynął - lepiej bądź też gorzej - na wspólnej europejskiej łajbie. Premierem został parę miesięcy temu Kazimierz Świtalski. Prezydent Mościcki swą funkcję sprawować będzie jeszcze przez najbliższe 10 lat. Sanacja od paru lat miała się coraz lepiej. Do Berezy Kartuskiej nikogo jeszcze nie wysyłano. Za to kilka ładnych lat temu pewnego majowego dnia warszawiacy byli świadkami zamachu stanu.
Dwadzieścia minut później jakaś diabelnie tłusta ręka odziana w połyskujący, satynowy rękaw, otworzyła damska torebkę i włożyła delikatnie do środka niewielki, cylindryczny przedmiot. Z pokoju obok dochodziło radosne sapanie i cichutkie pojękiwania. W kilkanaście minut potem drzwi do tonącej w kwiatach garderoby uchyliły się i obok potężnej baterii dezodorantów, pudrów i całej armii cieni stanęła niewielka, nawilżająca pomadka do ust. Po chwili blada i koścista ręka, która ją tam przyniosła, zniknęła.
Demon Mroku, który majestatycznie dotarł do celu swojej podróży zawył żałośnie, gdyż ścigany człowiek po raz drugi wymknął mu się ze szponów. Tej nocy, w ataku ślepego szału, rozszarpał wielu śpiących żołnierzy po obu stronach frontu. 21 lutego 1916 roku rozpoczęła się bezsensowna jatka, w której poległo ponad pół miliona walczących ze sobą żołnierzy.
Popatrzyłem niepewnie na jednego, potem na drugiego z przeciwników i od razu zauważyłem drobną zmianę w kostiumach obu panów. Obaj mieli teraz na sobie coś jakby mundury, opaski na czołach przewiązane gdzieś na potylicy oraz ciemne okulary. Tylko, że na ramieniu "czerwonego" widniał wytatuowany pentagram, na ramieniu "niebieskiego" - krzyż. Oczywiście ich plamiaki – bezrękawniki różniły się kolorami, ale to szczegół nie wart więcej, niż dwóch linijek tekstu.
Bestiariusza przegląda 7 użytkowników: 1 zalogowany, 0 ukrytych i 6 gości
Zalogowani: Google [Bot]
Copyright © 2001-2010 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.
Teraz jest 4 lut 2012, 16:36 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowania • Polityka prywatności • Usuń ciasteczka