Pół śmierci we Wrocławiu - recenzja książki "Szczury Wrocławia. Kraty"

Robert J. Szmidt
„Szczury Wrocławia. Kraty”
Ocena recenzenta
4.5/5
Ocena użytkowników
brak (0 głosów)
Wiele jest opowieści o apokalipsie zombie. Niespodziewanie pojawiający się nieumarli mają być karą dla ludzkości, ich zadaniem jest dać nauczkę próżnej ludzkości za jej moralny brud i brak myślenia o przyszłości. W obliczu niebezpieczeństwa dla całej człowieczej rasy, na tle bezrozumnego i pierwotnego zagrożenia łatwo bowiem wyeksponować wszelkie słabości ludzkiej psychiki i to, że w przypadku konieczności życia w tak trudnych warunkach, najczęściej to człowiek staje się gorszy od samej plagi. Tego typu wątki, którym podwaliny dał Robert Kirkman, scenarzysta serii „Żywe trupy”, a skupiające się nie na akcji, a na mentalności i zdrowiu psychicznym człowieka wobec horroru, obecnie są częściej spotykane, niż bezmyślna rozrywkowa papka, jeszcze kilkanaście lat temu będąca podstawą pojawiania się zombie.

Robert J. Szmidt w drugim tomie „Szczurów Wrocławia” kontynuuje część wątków poprzedniej części, jednak rozpoczyna też kolejne. Akcja tym razem będzie łączyła trzy główne wątki: czytelnik będzie mógł poznać dalsze losy majora Biedrzyckiego, nowych bohaterów z miejskiego więzienia, gdzie schronienie znaleźli funkcjonariusze oraz ich bliscy, oraz części osadzonych w powyższym, którym udało się wydostać na wolność. Naczelnik więzienia, kapitan Okrutny, będzie robił co w jego mocy, by ocalić możliwie dużą liczbę osób, które znalazły się pod jego pieczą, lecz jednocześnie będzie musiał stawić czoła wyrzutom sumienia. Te będą wyjątkowo silne nie tylko dlatego, że niemal każda decyzja w tak okrutnych warunkach powoduje śmierć jego podwładnych. Gorsza będzie świadomość jakimi bestiami okazali się uwolnieni więźniowie. Dla części mieszkańców Wrocławia okazali się bowiem gorszą zarazą od sąsiadów powstałych z grobu.

Dość suche potraktowanie motywacji części postaci przez autora tym bardziej podkreśla ich nieludzki charakter. Podczas lektury ma się usilne wrażenie, że główną osią fabularną jest bestialskie postępowanie uciekinierów, a inne wątki mają być tylko tłem, wobec którego można porównać ich niecodzienność. Policjanci starający się zachować niemal każde życie, wojskowi dążący do tego samego, ale nie stroniący od poświęceń oraz przestępcy, traktujący innych ludzie niczym szkodniki i wykorzystujący ich w dowolny sposób. To trzy podstawowe postawy prezentowane przez mieszkańców niszczonego Wrocławia.

Jako że osoby, które wsparły powstawanie książki na platformie crowdfundingowej (a przynajmniej ich nazwiska) znalazły się na jej kartach, w odróżnieniu od innych powieści, wiele postaci pobocznych czy nawet statystów posiada tutaj swoje nazwiska. Jest tutaj stosunkowo wiele skróconych historii danych postaci, choć ogromna część z nich ginie szybko po pojawieniu się. Daje to lekkie wrażenie pokazu slajdów, aczkolwiek nie stanowi szczególnej wady. Jako, że rozdziały następują jeden po drugim, a przeskoki pomiędzy planami są szybkie i dynamiczne, akcja posuwa się wartko do przodu. Aż do samego końca, kiedy dzięki ostatniej scenie czytelnik powinien poczuć chęć przeczytania kolejnego tomu.

Robert J. Szmidt użył w swojej powieści dosyć niestandardowego obrazu nieumarłych – tutaj zarażenie nie następuje poprzez ugryzienie czy inny trwalszy kontakt z przemienionymi, lecz przez sam dotyk. Zombie zabijają choćby przez ułamek sekundy dotykając swoją ofiarę, nawet jeśli dotyk zachodzi przez ubranie (z wyłączeniem podeszew butów). W ten sposób pobierają energię życiową, potrzebną im do regeneracji.

„Szczury Wrocławia” pomimo tych nielicznych różnic są dosyć standardową opowieścią o zombie. Tym, co ją wyróżnia jest niesamowite bestialstwo, z jakim przestępcy traktują wszystkich innych ludzi. W porównaniu z nimi nawet Gubernator z „Żywych trupów” wydaje się spokojnym i zrównoważonym człowiekiem. Mimo że „Kraty” są dosyć schematyczne i troszkę przewidywalne, jest to wliczone w kanwę gatunku, dlatego można śmiało utwór Szmidta postawić na półce obok takich tytułów jak choćby trylogia „Feed”.

Obecne wydanie zostało wzbogacone opowiadaniem „Szkodniki” Piotra T. Dudka. W odróżnieniu od całej powieści, jest ono raczej lekko humorystyczną wariacją na temat apokalipsy zombie. Stanowi połączenie tego gatunku z prozą Andrzeja Pilipiuka, a szczególnie cyklu przygód Jakuba Wędrowycza. Jest jednak napisane na tyle sprawnie warsztatowo, że czytelnik nawet nie zauważa, kiedy mijają kolejne strony. Jest zatem całkiem miłym dodatkiem i pozwala zapoznać się z twórczością młodego polskiego debiutanta.
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2019 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 26 kwi 2019, 08:52 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka