Jak umierają marzenia? Epicko! - recenzja książki "Każde martwe marzenie"

Robert M. Wegner
„Każde martwe marzenie”
Ocena recenzenta
5.0/5
Ocena użytkowników
brak (0 głosów)
Na wstępie muszę przyznać, że z recenzowaniem kolejnych odsłon cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” mam nie lada kłopot. Dlaczego? Bo z prozą Wegnera jest tak, jakbyśmy chcieli w jednym krótkim tekście zawrzeć całe bogactwo, barwę i znaczenia mitologii, religii i kultury z kilku zakątków świata dokładając do tego różnorodne systemy magiczne i skomplikowane relacje ekonomiczne. Po prostu nie da się tego zrobić w ograniczonej formie jaką jest recenzja - bardziej odpowiednia byłaby monografia. Albo najlepiej kilka.

Nie inaczej jest z „Każdym martwym marzeniem. Opowieści z meekhańskiego pogranicza” powinno się rozpatrywać całościowo, analizować bardzo skomplikowaną strukturę świata (a właściwie światów) pełną niuansów religijnych i kulturowych, miejscami wręcz przytłaczającą tym bogactwem (marzę o tym, by Wegner zdecydował się kiedyś wydać szczegółowy przewodnik po swoim świecie. Lub kilka). W poprzednich tomach cyklu, a przede wszystkim w obu tomach opowiadań, mieliśmy przedsmak tego, jak bardzo rozbudowane jest to uniwersum, jak pod wieloma względami różnorodne. Autor przygotowywał dla nas grunt pod coś większego i wydawało się, że kulminacyjnym punktem jest epicka bitwa wieńcząca „Niebo ze stali”. Bardziej epicko nie może być, prawda? W „Każdym martwym marzeniu” Wegner udowadnia, że może. I będzie.

O fabule bez spoilerów

W „Każdym martwym marzeniu” splatają się wątki Deany d’Kellean, która musi poradzić sobie z powstaniem niewolników i osobistymi problemami (związanymi między innymi z ciążą) oraz Genno Laskolnyka i jego czaardanu, którzy znów zaplątali się w większy konflikt. Na drugim biegunie mamy Czerwone Szóstki i Altsina, którzy próbują dowiedzieć się, dlaczego zima nieubłaganie trzyma w swoich szponach ludzi i aherów i nie zamierza ustąpić. Poznajemy także dalsze losy Key’li w innym świecie, wreszcie część historii obserwujemy z perspektywy cesarza Meekhanu wkraczając tym samym od środka w imperialną politykę i rozgrywki między wywiadami Szczurów i Ogarów. I tak naprawdę nie mogę więcej o fabule napisać, żeby nie zdradzić istotnych dla tej historii szczegółów i nie psuć przyjemności z czytania i odkrywania kolejnych warstw powieści.

Bohaterowie znani i nieznani

++

Jak wspomniałam wyżej na kartach „Każdego martwego marzenia” ponownie pojawiają się znani nam Altsin, Key’la, Deana czy Kenneth. Na szczególną uwagę zasługuje ten pierwszy, ponieważ odniosłam wrażenie, że jako jedyny z głównych bohaterów wciąż ewoluuje, kolejne odkrycia z przeszłości świata, Wojen Bogów czy Raegwyra mają wpływ na jego zachowanie czy światopogląd nieustannie go zmieniając. Jestem bardzo ciekawa do czego ta ewolucja doprowadzi i jakim człowiekiem (sic!) w ostateczności będzie.

Ale bohaterami są nie tylko ci znani z poprzednich odsłon, ale również nowi, z pozoru prości ludzie. Każdy z nich ma jakieś nadzieje i obawy, własne koszmary, z którymi próbuje sobie jakoś poradzić… Nie są to wyłącznie zapychacze, osoby, które pojawiają się by zapełnić karty i zwiększyć objętość. Nie. Każdy z nich ma swoją historię, każdy z nich działa w określonym celu, nawet jeśli tym celem jest pokazanie czytelnikowi, jakim bezsensem jest walka, jakim chaosem jest bitwa i jakim dramatem nieuchronnie zbliżająca się zagłada całego plemienia...

Wegner pokazuje, że świat nie jest czarno-biały, że każda akcja powoduje reakcję, a w obliczu ogromnych zmian spowodowanych przez nadnaturalne siły każdy wybór dokonany przez człowieka - nie ważne czy zwyczajnego obywatela, niewolnika czy władcę - jest trudny i powoduje skutki niemożliwe do przewidzenia. I że często jest tak, że ludzie są tylko pionkami w grze sił wyższych.

Tym, co niezmiennie uwielbiam w prozie Wegnera, jest nie tylko bogactwo przedstawionego świata, ale również sceny batalistyczne. Pisarz potrafi doskonale przedstawić je zarówno z perspektywy głównodowodzących, jak i szeregowych żołnierzy. Przedsmak tego mieliśmy w „Niebie ze stali”, ale tutaj Wegner rozwinął skrzydła. Bitwa między armią zbuntowanych niewolników i Konowerczykami jest nie tylko napisana z rozmachem, ale również bardzo szczegółowo zaplanowana przez autora. Masy ścierającej się ze sobą konnicy, piechoty, nowinki techniczne i bitewna magia sprawiają, że czytelnik czuje, jakby sam znajdował się w ogniu walk. Jednocześnie nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Wegner po raz kolejny chce pokazać, że nieważne kto wygra bitwę - i tak przegranymi będą wszyscy.

Marzenie mam… o kolejnym tomie

„Każde martwe marzenie” jest powieścią, która przytłacza swoim rozmachem, poziomem skomplikowania fabuły i kreacją postaci. Długo nie mogłam się pozbierać po lekturze, analizując to, co przeczytałam i powoli wracając do rzeczywistości. Takie cykle po prostu uwielbiam. Ale jednego nie jestem w stanie wybaczyć autorowi - że to jeszcze nie koniec, że na kolejną odsłonę znów trzeba będzie czekać.
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2019 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 24 mar 2019, 05:38 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka