Yurei - fragment

Zack Davisson
„Yurei”
Ocena recenzenta
5.0/5
Ocena użytkowników
brak (0 głosów)


Zdarzyło mi się żyć w domu, w którym straszy.
Kilka lat temu mieszkaliśmy z żoną w Ikedzie, niewielkim mieście odległym 18 minut jazdy pociągiem od Osaki, ogromnej metropolii przemysłowej. Przyjemne miejsce, ani zbyt prowincjonalne, ani też zanadto zurbanizowane – ogród zoologiczny, kilka dobrych restauracji plus muzeum poświęcone japońskiemu rosołowi ramen w wersji instant. Przeżyliśmy dwa lata w pewnym mieszkaniu, po czym w ostatnim roku naszego pobytu w Japonii z oszczędności przenieśliśmy się do tańszego lokum.
Kishigami Bunka, jak nazywało się nowe miejsce naszego zakwaterowania, to stary piętrowy, drewniany, pełen kurzu, zdewastowany budynek − obraz nędzy i rozpaczy − mniej więcej z lat dwudziestych XX wieku, miejsce zwane „mieszkaniem kulturalnym” ze względu na staromodny styl życia, obejmujący między innymi podłogę z tkanych mat tatami i brak ciepłej wody bieżącej, że nie wspomnę o mikroskopijnym korytku mającym służyć za ubikację. Czynsz był absurdalnie niski – jedyne 20 tys. jenów, czyli około 180 dolarów miesięcznie. W naszym poprzednim mieszkaniu w Ikedzie, podobnego rozmiaru i jakości, płaciliśmy 60 tys. jenów.
Sądziłem, że trafiła nam się gratka.
W Kishigami Bunka panowała jednak ... osobliwa atmosfera, uchwytna prawie dla każdego, kto trafił w to miejsce. Człowiek czuł się tam po prostu nieswojo. Zaniepokojenie potęgowały jeszcze dziwne czerwone znaki na całym suficie, jak gdyby odciski dłoni i stópek małego dziecka. Nie sposób było ich zmyć, choćbyśmy nie wiem jak długo szorowali. Próbowaliśmy nawet wybielacza. Do tego dochodziły niesamowite łoskoty i hałasy dobiegające zwłaszcza ze ściany w kuchni. Jeszcze dziwniejsze były drzwi w salonie, nieprowadzące donikąd. Gospodarz zakazał nam:
– Tych drzwi nigdy nie otwierać!
Nie podał powodu ani wyjaśnienia. My zaś, w odróżnieniu od tych półgłówków z horrorów, posłuchaliśmy zakazu.
Przez siedem miesięcy zamieszkiwania w Kishigami Bunka ani razu nie otworzyliśmy tych drzwi.
Nasz strach rzadko przejawiał się otwarcie, jeśli nie liczyć ukradkowych spojrzeń rzucanych kątem oka i ogarniającego nas czasami wrażenia, że w tym czy tamtym pokoju nie jesteśmy sami. Tajemnicze drzwi zasłoniliśmy ogromnym czarnym kilimem we wzory – żadne z nas nie chciało o nich pamiętać. Zaczęliśmy też odwracać na noc lustra taflą do ściany wskutek niewytłumaczalnego, a bezspornego przeczucia, że patrzenie w lustro w ciemności to Bardzo Zły Pomysł.
Najgorsze wydarzyło się pewnej nocy, gdy moja żona miała straszny sen. Był tak realistyczny, że obudził mnie jej krzyk. Potrząsałem nią, żeby się ocknęła, i dopiero po kilku minutach udało mi się ją przekonać, że to, co zobaczyła, w rzeczywistości nie istnieje. Śniło się jej, że czerwone odciski dłoni na suficie wyciągają się i sięgają po nią, że chwytają ją na naszej kanapie i powoli wciągają w bezdenną, czarną otchłań na suficie, z której już nigdy się nie wydostanie. Do dzisiaj jest przekonana, że na pewno wyrwałem ją im w powietrzu i ocaliłem jej życie.
Być może była to kwestia naszych nerwów i wyobraźni, miejsce to tchnęło jednak czymś, czemu nie dało się zaprzeczyć. Naszym japońskim gościom zdefiniowanie problemu nie sprawiało kłopotu. Zaraz po wejściu do Kishigami Bunka wyczuwali tamtejsze wibracje, rozglądali się chwilę, po czym zdecydowanie orzekali: „Aaaa... yūrei ga deteru...”, czyli „jest tutaj yūrei”. Później dowiedziałem się, że przyczyną niedorzecznie niskiego czynszu było właśnie to, że dom jest nawiedzony. Nikt nie chciał się wprowadzić do Kishigami Bunka. Mieszkanie od lat stało puste.

Wstęp fragment 2
Tłumaczenie pojęcia yūrei jako „japoński duch” jest równie nieprecyzyjne. Yūrei to kompletnie inne istoty niż coś, co w świecie zachodnim zwiemy duchami. Język japoński potrafi nawet oddzielać jedne od drugich, stosując w przypadku yūrei zapis w kanji 幽霊, a w przypadku duchów zwesternizowany zapis ゴースト.
Oczywiście zarówno zachodnie duchy, jak i japońskie yūrei są duszami zmarłych, symbolem przeszłości wyciągającej swą zimną, martwą, często niechcianą dłoń ku przytulnej teraźniejszości. Duchy zachodnie to jednak raczej pewne narzędzie narracyjne, amorficzne, coś, co jest dostosowane do potrzeby chwili, przydatne do wzbudzania lęku, ale i śmiechu. Ba, nawet romantycznych uczuć czy uzdrowienia.
Weźmy takiego kapitana Daniela Cregga z filmu Duch i pani Muir (1947) czy Sama Wheata z obrazu Uwierz w ducha (1990), porównajmy ich z budzącymi grozę istotami z filmów Poltergeist (1982), Lśnienie (1980) czy Naznaczony (2011), potem z kolei spójrzmy na głupawe straszydła w Przerażaczach (1996) i na Slimera, latającą zieloną purchawkę w Pogromcach duchów (1984), a przekonamy się, że nie ma jednego obowiązującego wzorca. Jowialny duch tegorocznego Bożego Narodzenia z Opowieści wigilijnej Dickensa jest w równym stopniu zjawą co widmo doktora Malcome’a Crowe’a w filmie Szósty zmysł (1999). Przerażający niewidzialny upiór z filmu Byt (1981) jest duchem w takim samym stopniu jak sympatyczny i uśmiechnięty Kacper, „przyjazny duch”. Zachodnie zjawy dostosowują się do kapryśnych zachcianek autorów opowieści.
Nie znaczy to oczywiście, że zachodnich duchów nie obowiązują pewne klucze kulturowe. Od razu rozpoznamy ducha w typie Halloween, udrapowanego w białe prześcieradło i pobrzękującego łańcuchami, czy filmową wersję półprzejrzystej białej zjawy płynącej wzdłuż schodów. Owszem, istnieją stereotypy duchów. Równie dobrze duch może się jednak okazać czymś namacalnym, zdolnym do interakcji ze światem fizycznym. Może wyglądać dokładnie jak człowiek, którym był za życia, ale także jak żywy, gnijący trup, często nawet i jedno, i drugie naraz w tym samym filmie – wystarczy obejrzeć Sok z żuka z 1988 roku.
Duch zachodni może być dosłownie wszystkim.
Yūrei natomiast trzymają się pewnych reguł, przestrzegają konkretnych praw. Ogranicza je wielowiekowa kultura i tradycja. Podobnie jak leprechaun mają ściśle określony wygląd i cel istnienia. Reguły te nadają im autentyczność, dzięki nim yūrei stają się istotne kulturowo i rozpoznawalne. Za sprawą tych zasad budzą też większą grozę niż nieustannie zmieniające się duchy zachodnie, które w dowolnej chwili można wykorzystać do wywołania śmiechu, uczuć romantycznych bądź strachu. Przy tym dla większości Japończyków yūrei są czymś bardzo, bardzo rzeczywistym. Stanowią element codziennego życia, wpływają na żywych, wyznaczają bieg wydarzeń. Źle potraktowane doprowadzą do tragedii, otoczone stosownym szacunkiem zapewnią szczęście. Mają nawet własne święto – O-bon, Święto Umarłych. Japończycy szykują przyjęcia i uroczystości dla duchów zmarłych raz w roku odbywających długą podróż do rodzinnego domu; wówczas mury między światem żywych a światem umarłych zanikają.
Yūrei powodowały przenosiny stolicy kraju. Do roku 710, kiedy to w Heijō-kyō – dziś jest to miasto Nara – ustanowiono na stałe miasto stołeczne, siedzibę władcy wraz ze wszystkimi dworami i budowlami przenoszono w nowe miejsce po śmierci każdego kolejnego cesarza, gdy chryzantemowy tron obejmował jego następca. Miało to zapobiec złej woli yūrei zmarłego cesarza, który mógłby być zazdrosny o władzę następcy. (…)
Yūrei należą też do podstawowych elementów japońskiej sztuki opowieści, może jeszcze bardziej niż w tradycji zachodniej są nimi miłość i małżeństwo.
Spójrzmy na teatr, literaturę, sztuki plastyczne czy film, a przekonamy się, że w japońskich opowieściach na ogół straszy. Najstarsza japońska tradycja teatralna – teatr nō – prezentuje jakiegoś yūrei prawie w każdym przedstawieniu. Kabuki, teatr w dużej mierze odpowiedzialny za znany nam wizerunek yūrei, może się poszczycić zapierającym dech repertuarem upiornych opowieści – o zemście, miłości i lojalności, a wszystkie je obejmuje i definiuje określony system reguł i tradycji, których muszą przestrzegać nawet najpotężniejsze yūrei. W okresie Edo twórcy ukiyo-e karmili się tymi mrożącymi krew historiami z kabuki, tworząc cykle drzeworytów dla miłośników tego teatru. Można je było kupować na pamiątkę, aby przypomnieć sobie sceny najbardziej przejmujących dreszczem oraz najbardziej zapadających w pamięć yūrei. Współcześni artyści podtrzymują tę tradycję i wpisują yūrei w swoją twórczość, czego przykładem jest Arhat – instalacja Takashiego Murakamiego.

Rozdział 2
Opowieści z dreszczykiem - fragment

Żaden Japończyk doby Edo nie podawał w wątpliwość sfery nadprzyrodzonej. Historie o yūrei traktowano najzupełniej poważnie, często tłumaczyły one jakieś lokalne zjawisko – skałę o niespotykanym kształcie czy złowieszczo wyglądające drzewo w miejscu kultu, nieruchome nawet podczas wichru. Opowieści kaidan ze zbiorów kaidan-shū często bywały króciutkie – nie miały początku ani zakończenia, odnotowując jedynie widziane bądź zasłyszane dziwne zjawisko. Ten ich aspekt miał ogromny wpływ na sprzedaż, odwołując się do powszechnego pragnienia prawdziwości kaidan i historii o yūrei. Wiadomo było, że ludzie odrzucą opowieści, które będą zanadto trącić literaturą.
Ani trochę nie wionęła literaturą jedna taka słynna historia, do której doszło w roku 1749 – na rok przed powstaniem Ducha Oyuki. Dom Inō w dzielnicy Bingo w mieście Miyoshi (prefektura Hiroszima) przez ponad miesiąc kipiał nadnaturalnymi zjawiskami typu poltergeist, włączając w to samoistnie przesuwające się meble. Z budynku wydobywały się dziwne światła i odgłosy, a zbierające się tam tłumy codziennie wytężały wzrok, by podejrzeć działanie tajemniczych sił w słynnym nawiedzonym domu.
Zjawisko to zostało mocno nagłośnione i dobrze udokumentowane. Sławny uczony Atsutane Hirata, zaliczany do grona czterech wielkich mężów szkoły kokugaku (narodowej), osobiście naszkicował budynek wraz z gromadzącymi się codziennie tłumami gapiów. Legenda domu Inō szerzyła się błyskawicznie pocztą pantoflową i już niebawem każdy miał coś do powiedzenia na ten temat, zbierano się też wokół rzekomo nawiedzonych miejsc w nadziei ujrzenia niesamowitych zjawisk i nadnaturalnych znaków.
Zainteresowanie mrożącymi krew w żyłach historiami przerodziło się z chwilowej mody w istną obsesję, a to za sprawą nowej zabawy salonowej – hyaku-monogatari kaidan-kai, co znaczy „zgromadzenie stu niesamowitych opowieści”.
Zasada była prosta: Późnym wieczorem zbierała się grupa osób i w miejscu spotkania zapalano 100 świec, ustawiając je w okrąg bądź po prostu w dogodnych punktach. Następnie goście jeden po drugim opowiadali kaidan, a przy każdej kolejnej historii gaszono jedną świecę. W pomieszczeniu robiło się coraz ciemniej, rosło napięcie.
Mówiło się, że zabawa ta jest przywołaniem, wezwaniem skierowanym do złych duchów, aby nawiedziły dom, w którym się ona odbywa. Po zgaszeniu ostatniej świecy coś miało się czaić w mroku.
Był to obowiązkowy punkt programu podczas spotkań towarzyskich w Japonii doby Edo. W budynkach publicznych, takich jak Shogakan Gahakudo w Ginzie, zabawa trwała nieprzerwanie, jej zagorzali miłośnicy zbierali się co noc, aby dzielić się historiami i gasić świece. Jeśli ktoś obcy wchodził do Shogakan Gahakudo, od razu go osaczano, żądając, by opowiedział tłumnie zebranym kaidan ze swych rodzinnych stron. Chciano usłyszeć coś nowego i ciekawego, czego jeszcze nie znano.
Nikt nie wie, jak właściwie narodziła się zabawa hyaku-monogatari kaidan-kai. Zdaniem niektórych ma ona swe początki w pewnym buddyjskim zwyczaju zwanym hyakuza hōdan (100 buddyjskich opowieści), zgodnie z którym w ciągu 100 dni opowiadano 100 buddyjskich historii, wierząc, że na koniec zdarzy się jakiś cud. Według innych grę wymyślili samuraje jako próbę odwagi. Po zakończeniu wojen klasa samurajów przechodziła kryzys tożsamości. Po co komu stała armia zawodowych wojowników, skoro nie ma z kim walczyć? Mimo to trwali oni przy swych dawnych kodeksach dzielności. Dlatego też posiwiali weterani dawnych wypraw wojennych zbierali razem młody narybek, aby podczas gry sprawdzić jego odwagę i przekonać się, kto jest dostatecznie śmiały, by znieść upiorne opowieści, a kto będzie trząsł się ze strachu, gdy zgaśnie ostatnia świeca.
Jedną z wersji tej gry opisano już w roku 1660, w kaidan-shū autorstwa Anseiego Ogity Tonoigusa (Opowieści słomianego łoża), dziele znanym raczej pod tytułem Otogi-monogatari (Dziecięce opowieści). Oto w ciemnej grocie w górach zebrała się grupa samurajów, by wzajemnie wystawić na próbę swą odwagę, opowiadając makabryczne historie. Światło świec rzuca na skalną ścianę rozedrgane cienie, a wraz z kolejną wygłaszaną opowieścią i przygasaniem ogniska młodym ludziom coraz trudniej jest trzymać nerwy na wodzy. Gdy pozostała już tylko jedna świeca, ostatni mówca sięga ręką, by dopełnić rytuału i pogrążyć jaskinię w całkowitym mroku. Wtem ze sklepienia pieczary opada ogromna czarna dłoń i samuraje biorą nogi za pas. Jeden tylko wojownik zachowuje zimną krew, a jego miecz szybkim ruchem przepoławia pająka, który spokojnie spuszczał się w dół w pobliżu ostatniej świecy – to jego cień stworzył wrażenie upiornej dłoni.
Zyskujące coraz większą popularność hyaku-monogatari kaidan-kai powoli zstępowały z wysokich zamków szlachetnych wojowników na gminne rynki klas pracujących – chłopów i mieszczan. Koniec końców zabawę poznała cała Japonia, grano w nią wszędzie.
Wszystkich ogarnęła przemożna ochota na kaidan. Gra cieszyła się takim powodzeniem, że nieustannie poszukiwano nowych, zagadkowych przekazów, aby zrobić wrażenie na pozostałych uczestnikach zabawy i wprawić ich w osłupienie. Nikt nie chciał być nudnym gościem, który powtarza wciąż te same kawałki, domagano się coraz krwawszych i coraz bardziej przerażających historii, a malarze, gawędziarze i kuglarze, uwijali się co sił, by sprostać popytowi. Najrozmaitsze formy rozrywki korzystały na tej szalonej modzie i wzajemnie się wspierały dla zapewnienia nieprzerwanego strumienia zysków i podsycania fascynacji.
Gdy pojawia się popyt, w ślad za nim idzie podaż, ruszył więc z kopyta przemysł chałupniczy, by wykorzystać tę sposobność. Opracowywano specjalne kaidan-shū mające dostarczać opowieści uczestnikom zabawy. Wiele tego typu książek zawierało nawet w tytule wyrażenie hyaku-monogatari („sto opowieści”). Były one różnej jakości, tworzone pośpiesznie, by sprostać zapotrzebowaniu, bez jakichkolwiek ambicji artystycznych.
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2018 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 15 lis 2018, 11:12 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka