Martwica ożywa – recenzja książki „Pieśń i krzyk”

Jacek Łukawski
„Pieśń i krzyk”
Ocena recenzenta
4.0/5
Ocena użytkowników
brak (0 głosów)
Nadeszła pora na pożegnanie. Czas rozstać się z Krainą Martwej Ziemi, z jej bohaterami i antybohaterami. „Pieśń i Krzyk” to ostatni tom z debiutanckiej serii Jacka Łukawskiego. Początkowo trylogia przypominała bardziej heroic fantasy, by z kolejnymi częściami coraz częściej zapuszczać się w rejony political fiction, niczym z „Gry o Tron”. Jak jednak wypadło to pożegnanie – czy była masa łez i chusteczek, czy raczej tylko beznamiętne wzruszenie ramion?

Fabuła „Pieśni i Krzyku” rozpoczyna się tuż po wydarzeniach z poprzedniego tomu. Arthorn został zamknięty w lochach Carmenes i czeka na egzekucję. Na tronie zasiada król Auriss i jego żona Azure. Królowa nie darzy zbytnią sympatią drużynnika Arthorna, mimo że ten uratował jej życie w poprzedniej części. Główny bohater unika bolesnego rozerwania przez konie – jednak nic za darmo. W zamian za uratowani życia zostaje mu przydzielona tajna misja, z której najprawdopodobniej nie wróci żywy. Po drodze spotyka on kilku starych znajomych, jednych bardziej lubianych, innych mniej. Arthorn wyrusza w pełną niebezpieczeństw podróż, cały czas śniąc o swojej ukochanej Valesce i tęskniąc za spokojem. Jak to zazwyczaj w tego typu opowieściach bywa, nie wszystko będze tak proste, jak mogłoby się wydawać.

Zakończenie trylogii często jest niezwykle niewdźięcznym zadaniem dla autora. W poprzednich częściach mógł on sobie pozwolić na pewną swobodę w kreowaniu wątków i tworzenie nowych postaci. Lecz kiedy nieuchronnie zbliża się koniec nadchodzi pora na to, aby wszystkie wątki fabularne ze sobą spleść i stworzyć godne zwieńczenie wykreowanej przez siebie historii. Pragnę uspokoić zatem, że Jacek Łukawski wykonał naprawdę dobrą robotę. Aczkolwiek nie udało się uniknąć pewnych wpadek. Zacznijmy jednak mimo wszystko od tego, co wyszło. Przede wszystkim fabuła po raz kolejny oscyluje wokół postaci Arthorna. Mimo, że był on głównym bohaterem poprzednich książek to cały czas przyciąga uwagę czytelnika, ponieważ autor po raz kolejny wplata w jego historię perypetię, których konsekwencją będzie wewnętrzna przemiana naszego bohatera. Wreszcie dowiemy się też nieco więcej o zagmatwanej przeszłości Arthorna, który jak się okaże nie był od początku wiernym żołnierzem Wondetell. Na duży plus należy zaliczyć również bardziej rozbudowany wątek polityczny, którego osią jest Auriss. Rozdarty pomiędzy uczuciem do ukochanej, troską o ojczyznę, oraz powinnościami tronu, stara się lawirować pomiędzy kolejnymi przeciwnościami losu, szykując się na wojnę. Autor nie zapomniał również o pewnej swojej cesze charakterystycznej, czyli wplataniu nawiązań do popkultury fantasy. Nie zdziwcie się zatem, jeśli w trakcie lektury natkniecie się nad rozważaniami na temat tronu dla króla złożonego z mieczy pokonanych wrogów.

Jednak jak to zawsze bywa, kiedy wątków jest dużo, a miejsca mało, nie wszystko idzie tak, jakby chciał tego czytelnik. W „Pieśni i Krzyku” ciężar opowieści opiera się na Arthornie i Valesce, uciekając momentami do Aurissa i powietrznych przygód ze świata Płanetników, cierpi jednak historia antagonistów. Fardor i jego demoniczna kochanka, władczyni Nife, przewijają się przez opowieść tylko epizodycznie, podobnie jak wojowniczy Dorsal, który w poprzednich częściach na swym karym rumaku siał prawdziwą grozę, tutaj nie ma szansy nawet wywołać gęsiej skórki. Dlatego podczas lektury często Czytelnik będzie miał problem ze zrozumieniem poczucia zagrożenia w szerszym kontekście. Bo, co oczywiste, kiedy nasz drużynnik tonie przypięty do ławki na niewolniczej galerze to serce może zacząć bić szybciej. Jednak kiedy wielka armia zmierza w kierunku Wondetell i ważą się losy całego królestwa, to nie wzbudza to w czytelniku żadnych specjalnych emocji. Drugą sprawą są właśnie wspomniane wyżej sceny batalistyczne. O ile w starciach na mniejszą skalą Jacek Łukawski radzi sobie naprawdę nieźle, to jeśli chodzi o stworzenie przekonywującego starcia dwóch armii nie idzie już mu tak dobrze. Można by dyskutować, na ile takie starcia są realistyczne, a wojna nie jest tak naprawdę serią mniejszych potyczek. Książka fantasy to jednak nie rzeczywistość! Bitwa na miarę tych z Władcy Pierścieni, Gry o Tron czy nawet Wiedźmina, w której naprzeciw siebie staneliby sojusznicy i antagoniści poprzednich części na pewno byłaby epickim podsumowaniem całego cyklu i zrobiłaby lepsze wrażenie, niż fragmentaryzacja wątków i starcia prowadzone w sposób korespondencyjny.

„Pieśń i Krzyk” jest dla mnie najlepszą powieścią z cyklu, mimo swoich wad naprawdę była to przyjemna lektura. Naprawdę przyjemnie było śledzić progres autora, który z każdą kolejną częścią dodawał cegiełkę do stworzonego przez siebie świata. Ostatnia tom Krainy Martwej Ziemi jest naprawdę godnym zwieńczeniem serii i szczerze polecam go wszystkim tym, którzy mieli styczność z poprzednimi częściami.
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2018 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 22 wrz 2018, 06:46 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka