„Nazywam się Inigo Montoya” - recenzja książki „Narzeczona księcia”

William Goldman
„Narzeczona księcia”
Ocena recenzenta
4.5/5
Ocena użytkowników
brak (0 głosów)
Pamiętacie czasy dzieciństwa, kiedy wyczekiwaliście nadejścia wieczoru, aby móc posłuchać bajki na dobranoc? Błyszczące z ekscytacji oczy pragnące dokończenia kolejnej pasjonującej historii były stałym elementem zapewne nie tylko mojego życia. Wraz z upływem czasu zapotrzebowanie na baśnie i bajki zmalało. Jednak cały czas wewnątrz wielu czytelników tkwi pragnienie przeczytania o wielkiej przygodzie. Czy taką przygodę zaoferować może „Narzeczona księcia” pióra Williama Goldmana?

Fikcyjna kraina Floren, leżąca gdzieś w Europie Środkowej, to miejsce rządzone przez potężnego księcia Humperdincka. Prawdziwy miłośnik polowań właśnie trafia na najtrudniejsze zadanie w swoim życiu: upolowanie małżonki. Jego wybranką zostaje Buttercup. Ta początkowo krąbrna i rozkapryszona dziewucha z czasem staje się najpiękniejszą dziewczyną na świecie. W międzyczasie poznaje swoją prawdziwą miłość – parobka Westleya, który od najmłodszych lat opiekował się małą szlachcianką. Wkrótce jednak wielkie uczucie zostaje wystawione na próbę, a Buttercup decyduje się oddać rękę wspomnianemu księciu. Wtedy na arenę zdarzeń wkraczają najbardziej charyzmatyczne postacie – opętany rządzą zemsty szermierz Inigo Montoya, turecki siłacz nad siłaczę Fezzik i przebiegły sycylijczyk. Ta nietypowa kompania porywa przepiękną dziewczynę, a to, co wydaję się początkowo zwykłą próbą wyłudzenia okupu, zmieni się w prawdziwą sensacyjną podróż.

Tytuł powieści może być mylący. Sugeruje on raczej taniego harlekina, gdzie naiwne i papierowe postacie przerzucają się ckliwymi i równie pustymi dialogami. „Narzeczona księcia” to jednak prawdziwy pastisz opowieści przygodowych i fantasy. Małe sprostowanie – nie w stylu Pratchetta. Autor bawi się z czytelnikami już od samego początku, tworząc fikcyjną postać Simona Morgensterna, teoretycznie prawdziwego autora książki. William Goldman przedstawia siebie samego jedynie jako twórcę przekładu starodawnego, oryginalnego tekstu powieści. Jest to zabieg o tyle sprytny, że pozwala on na wyśmiewanie wielu gatunkowych klisz, takich jak na przykład nic nie wnoszące do fabuły przydługie opisy. Autor przez cały czas trzyma się przyjętej konwencji, dodatkowo wtrącając często anegdoty ze swojego życia. Wszystko to w celu podkreślenie pastiszowego charakteru dzieła. Fabuła książki podzielona została w dosyć nietypowy sposób. W zdecydowanej większości powieści wstęp jest miejscem, gdzie autor może podziękować za pomoc przy pisaniu książki, opowiedzieć o przebiegu pracy etc. Tutaj jednak można odnieść wrażenie, że wynurzenia autora, teoretycznie nie mające nic wspólnego z fabułą, są integralną częścią powieści. Wprawdzie aby dobrze się bawić w trakcie lektury ze spokojem można ten przydługi wstęp ominąć, to jednak stanowi on prawdziwą przyjemność dla wszystkich miłośników ironicznego poczucia humoru. Warto jeszcze wspomnieć o „Dziecku Buttercup”. Jak podaje sam autor jest to część innej powieści stworzonej przez Simona Morgensterna, praktycznie zaś stanowi dokończenie historii „Narzeczonej księcia”. Można odnieść wrażenie, że łatwo się w tym wszystkim pogubić. William Goldman jednak zręcznie przeprowadza Czytelnika przez wszystkie swoje konstrukcyjne pomysły.

Prawdziwym creme de la creme „Narzeczonej księcia” są kreacje postaci. Z jednej strony rozczulają nas one swoją naiwnością, a momentami głupotą. Z drugiej zaś nie potrafimy się oderwać i pochłaniamy każdą stronę pragnąc odkryć, co przydarzyło się bohaterom. Gdyby nie te fenomenalnie nakreślone charaktery powieść straciłaby dużo na swojej wartości. Szczególne oklaski należą się autorowi za kreację postaci Inigo Montoyi, którego historia ma sporo wspólnego z westernowym archetypem kowboja pragnącego zemsty. Śledzenie rozwoju jego vendetty to jeden z największych plusów książki.

„Narzeczona księcia” mimo swojego baśniowego charakteru nie jest książką wyłącznie radosną. Bliżej jej do mrocznej twórczości braci Grimm, niż do wesołych baśni Andersena. Choć też nie przesadzałbym. Krew i flaki nie bryzgają po ścianach, a bohaterowie praktycznie nie używają wulgaryzmów. Jednak tortury, potwory i co najważniejsze, śmierć lubianych bohaterów już ma swoje miejsce. To nie George R. R. Martin wymyślił zabijanie postaci, które Czytelnik zdążył polubić. Jeden z najmocniejszych cytatów, który pojawia się w książce, odziera czytelnika z wszelkich złudzeń „Życie nie jest sprawiedliwe, Billy. Choć mówimy tak naszym dzieciom, to jedna najgorszych rzeczy, jaką możemy zrobić. To kłamstwo, i w dodatku okrutne. Życie nie jest sprawiedliwe, nigdy nie było i nigdy nie będzie.”.

Książkę polecam z pełną odpowiedzialnością, bo nic mnie tak nie wciągnęło ostatnimi czasy, jak historia pewnej narzeczonej księcia i jej wiernych przyjaciół.
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.
  • Ostatnie artykuły

Copyright © 2004-2018 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 22 paź 2018, 04:03 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka