„Kaj górnik patrzy dziennie śmierci w łoczy”* – recenzja książki „Pora chudych myszy”

Wojciech Bauer
„Pora chudych myszy”
Ocena recenzenta
4.0/5
Ocena użytkowników
brak (0 głosów)
Powieści dobre to nie zawsze takie, które wywołują u nas pozytywne emocje. Czasami wystarczy, że podczas lektury poczujemy się jak w pułapce, będziemy odczuwali trudny do określenia dyskomfort, a nawet lęk. Wojciech Bauer stworzył właśnie taki utwór – mocno niepokojący i trzymający w napięciu do ostatniej chwili. „Pora chudych myszy” jest pozycją, którą niezwykle trudno zdefiniować czy streścić. To raczej jedna z tych książek, które powinno się samemu przeczytać. Po dotarciu do ostatniej strony czytelnikowi najzwyczajniej w świecie zabraknie słów, żeby opisać swoje wrażenia. Ten tekst jest tak mocny, że przez długi czas można jedynie siedzieć i milczeć. Jakakolwiek refleksja przychodzi do nas dopiero po chwili.

„Witom na Ślonsku strażnicy czornego złota”*

Wojciech Bauer przenosi nas w dosyć nietypową przestrzeń. W końcu jak często fabuła czytanych przez nas powieści rozgrywa się w mroku kopalnianych sztolni? Trzeba przyznać, że miejsce, wokół którego rozgrywa się znaczna część akcji, tworzy niepowtarzalny klimat. Chwilami czujemy się tak, jakby to podziemne korytarze były bohaterem opowieści. Przeciętny Polak wie o górnictwie tyle, ile usłyszy na wycieczce do Wieliczki lub w telewizji podczas związkowych strajków. W historii tej jest mrok, którego boją się sami górnicy, obrzydliwa wilgoć i klaustrofobiczne przestrzenie. Pomimo nowoczesnych technologii oraz przepisów BHP, pracujący po ziemią ludzie mogą zginąć w każdej chwili. Wybuch metanu czy zawał są dużo częstszymi zjawiskami niżby się mogło wydawać. Uwierz mi, Czytelniku, nie tego się spodziewałeś po opowieściach przewodników i reporterów. Nie chciałbyś tam pracować. Nie chciałbyś nawet zostać w takim miejscu sam. A już na pewno nie bez działającej latarki…

Również stworzony przez pisarza protagonista stanowi postać niezwykłą jak na thriller. Andrzej Nakonieczny nie jest bowiem młodym i przystojnym detektywem pełnym romantycznych ideałów. Od samego początku autor utwierdza nas w przekonaniu, że główny bohater to skończony drań oraz nieudacznik. Mężczyzna o wątpliwej przeszłości pracownika służb bezpieczeństwa jest schorowanym i samotnym staruszkiem. Za nic w świecie nie uda mu się pokonać w walce przeciwnika, uciec przed ścigającymi go zbirami czy włamać się niepostrzeżenie do czyjejś posiadłości. To raczej typ cynicznego faceta, który niewiele już w życiu osiągnie. Za jedynego towarzysza służy mu była przyjaciółka z SB – Zocha. Ta, pomimo słusznego już wieku, trzyma się nieco lepiej od Nakoniecznego. Fabuła powieści jest bardzo interesująca, zwłaszcza że nie mamy wątpliwości co do nieskuteczności głównego bohatera.

„Tu z fatra na syna fedrują ryle grube”*

++

Książka opowiada o serii tajemniczych morderstw dokonanych na terenie jednej ze śląskich kopalni. Policja i prokuratura, które liczyły na szybkie zakończenie śledztwa, utknęły w martwym punkcie. Ofiar nic ze sobą nie łączy, brakuje jakichkolwiek świadków oraz motywów. Nikt nie ma pojęcia, jak uzasadnić dziwne okaleczenia występujące na ciałach denatów. Na dodatek, ze względu na zamknięty charakter środowiska, trudno dokonać jakiejkolwiek infiltracji. Wysłani pod ziemię policjanci nijak nie znają się na górniczej robocie oraz zwyczajach, przez co narażają się na zdemaskowanie. Gdyby zostali odkryci, winny zaszyłby się w jakiejś kryjówce i odnalezienie go przypominałoby szukanie igły w stogu siana.

W chwili największej desperacji dyrektor kopalni „Gertruda” prosi o pomoc Nakoniecznego. Detektyw jest jego starym znajomym ze studiów i mężczyzna widzi w nim ostatnią deskę ratunku. Andrzej nie ma jednak najmniejszego zamiaru zawracać sobie głowy polowaniem na nieuchwytnego zbrodniarza. Na głowie ma mnóstwo własnych problemów, a wszystko, dlatego, że naraził się niewłaściwym ludziom. Teraz jego tropem podąża mafijny egzekutor. Niełatwo jednak jest się ukrywać, kiedy dializy zmuszają człowieka do regularnych wizyt w szpitalu…

„Tu łosiedla ludzi na grubie oddających życie”*

„Pora chudych myszy” to pozycja niecodzienna. Nic tu nie jest takie, jakim się zdaje na pierwszy rzut oka. Zaskakują nas przede wszystkim antybohater oraz nietypowe miejsce akcji. Przemierzając kolejne karty powieści, poczujemy prawdziwy klimat Śląska. Opisy sprawią, że po zamknięciu oczu ujrzymy w głowach brudne, industrialne przestrzenie lub ciemne i ciasne tunele. Kiedy wraz z bohaterami powieści zejdziemy pod ziemię, na każdym kroku będziemy czuli, jak oblepia nas wszechobecny brud. W nozdrzach będziemy mieli mnóstwo pyłu, a po jakimś czasie nabierzemy ochoty na prostą, górniczą sznitę.

Książka stanowi udane połączenie horroru z klasycznym kryminałem. Nie wiemy w końcu, czy zabija człowiek, czy może jakaś tajemnicza istota zamieszkująca opustoszałe tunele. Każdy, kto oglądał serial „Detektyw”, natychmiast pojmie, o co chodzi w tym klimacie. Niby jest jakiś wątek nadprzyrodzony, ale podejrzewamy, że to po prostu działalność człowieka. W końcu potwór zamieszkujący podziemia może być wyłącznie projekcją strachu wywołanego przez wszechobecny mrok...

Dzieło Wojciecha Bauera to powieść niezwykle ciężka. Niełatwo przeczytać ją w tramwaju czy autobusie – potrzebna jest cisza, żeby skupić się na lekturze. Pomimo tego że książka jest bardzo dobra, chyba nie da się skończyć jej za jednym podejściem. Większość czytelników będzie miała ochotę robić przerwy, żeby choć na chwilę odetchnąć czystym powietrzem i poczuć na skórze promienie słońca. Klimat utworu jest po prostu nadzwyczaj przytłaczający. Pewne trudności w odbiorze będzie stanowił język, którym posługują się występujący w powieści bohaterowie (pisarz często wykorzystuje miejscową gwarą).

Na słowo pochwały zasługuje również okładka. Dzięki niej jeszcze przed lekturą możemy doświadczyć mrocznego klimatu, który czeka na nas w tekście. Chociaż ilustracja jest na swój sposób minimalistyczna, to zapewniła pożądany efekt. Obraz budzi w odbiorcach niepokój, jest w nim zamknięty mrok kopalni oraz pradawny ludzki lęk przed ciemnością. Wydawnictwo Videograf spisało się na medal, publikując pozycję dla ludzi o mocnych nerwach. Ci, którzy nie odczuwają strachu, powinni niezwłocznie zabrać się za czytanie. Cała reszta niech trzyma się miejsc, do których dochodzi światło.


*Wszystkie śródtytuły stanowią fragmenty piosenki „Kaj my som?” autorstwa Ilony "Potanii" Chylińskiej. Natomiast tytuł recenzji zawiera wers z utworu „Richter” grupy Oberschlesien.
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.
  • Ostatnie artykuły

Copyright © 2004-2017 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 23 wrz 2017, 03:14 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka