Koniec świata po rosyjsku

Dmitry Glukhovsky
„Czas zmierzchu”
Ocena recenzenta
3.0/5
Ocena użytkowników
brak (0 głosów)
Dmitry Glukhovsky, znany polskim miłośnikom fantastyki z serii „Metro”, która zainspirowała kilku innych autorów do tworzenia własnych powieści osadzonych w tym uniwersum, w swym najnowszym utworze postanowił porzucić duszne, postapokaliptyczne  klimaty podziemnych tuneli. W „Czasie zmierzchu” przenosi czytelników do współczesnej Moskwy, gdzie ledwo wiążący koniec z końcem tłumacz dokonuje przekładu pochodzącego z szesnastego wieku dziennika i trafia na trop zapomnianej tajemnicy Majów.

Kolejne rozdziały leciwego manuskryptu ujawniają skomplikowaną intrygę, w którą zamieszani byli hiszpańscy żołnierze, duchowni i indiańscy przewodnicy. Niewyjaśnione zdarzenia nie tylko rozgrywają się w jukatańskiej selwie, lecz także zaczynają przenikać do rzeczywistości tłumacza. Czyżby bohater pogrążał się w chorobie lub szaleństwie? A może odpowiedzi na trawiące go pytania mają coś wspólnego z ogarniającą cały świat falą kataklizmów, które pochłaniają kolejne setki ofiar?

Autorowi udało się nakreślić trzymającą w napięciu intrygę i okrasić ją niepokojącym nastrojem, który potwierdza tezę, iż najbardziej przeraża to, co nieznane i niewidoczne. Relacje z dnia codziennego tłumacza, w gruncie rzeczy prozaiczne i składające się z opisów przyrządzania herbaty czy wizyt w biurze, stopniowo szpikowane są coraz większą ilością nietypowych symptomów. Pętla na szyi głównego bohatera zaciska się wraz z kolejnymi przetłumaczonymi rozdziałami dziennika, a jego strach i niepewność powoli udzielają się czytelnikowi. Zmiany w zachowaniu i sposobie myślenia protagonisty odmalowane zostały wyjątkowo przekonująco.

Niestety, tego samego nie można powiedzieć o przewijającym się dość często opisie pracy tłumacza, jej przedstawienie nie ma bowiem nic wspólnego z rzeczywistością XXI wieku i rujnuje obraz współczesnego, z założenia realnego świata. Staromodne poglądy bohatera i jego niechęć do technologii nie są wiarygodnym uzasadnieniem dla przeinaczania przez autora pewnych podstawowych mechanizmów rządzących profesją, którą opisuje – uchybienia tego typu można tłumaczyć jedynie niewiedzą pisarza, a to razi w oczy podczas lektury.

Najciekawszy element powieści stanowią fragmenty dziennika hiszpańskiego konkwistadora. Glukhovsky stylizuje tekst, bawi się szykiem, partykułami i spójnikami. Pamiętnik czyta się z przyjemnością i niecierpliwie wyczekuje się jego kolejnych fragmentów wraz z głównym bohaterem. Wręcz niechętnie wraca się do właściwej akcji książki, opisanej stylem prostym i niewymagającym, wypadającym dość blado na tle kunsztownego języka szesnastowiecznego manuskryptu.

Tym, co najbardziej rozczarowuje, jest zakończenie. Łatwo odnieść wrażenie, jakoby autor w pewnym momencie uświadomił sobie, że nie ma pomysłu, jak uzasadnić pewne wydarzenia, które miały miejsce. Napięcie narasta, czytelnik nerwowo przewraca kolejne strony, spodziewając się zaskakującego, ale i logicznego finału, po którym wykrzyknie: „No tak! Jak mogłem się niczego nie domyślać!”. Tymczasem Glukhovsky ratuje się królikiem wyciągniętym z kapelusza – a nie tego oczekuje się po powieści, która od początku starała się sprawiać wrażenie fantastyki prawdopodobnej.

Część winy za zawiedzione nadzieje odbiorcy ponosi wydawca, reklamujący autora jako rosyjskiego Dana Browna – czytelnik ma więc prawo spodziewać się powieści, którą cechuje choć cień realizmu, nawet jeżeli realizm ten wymaga okazjonalnego przymknięcia oka na pewne uproszczenia. W „Czasie zmierzchu” tego nie ma i nagłe pojawienie się elementów skrajnie nieprawdopodobnych niszczy misternie budowaną intrygę i gęstniejący klimat, kreowane przez autora na przestrzeni kilkuset wcześniejszych stron.

Ostatecznie, Browna i Glukhovsky’ego łączy jedynie wybór chwytliwego tematu i – pomijając fragmenty dziennika – stylistyczna prostota, co czyni ich dzieła dobrymi towarzyszami podróży komunikacją miejską, ale niczym więcej. Niespójna konwencja przemawia na niekorzyść rosyjskiego pisarza, kiedy zestawić go z jego amerykańskim pierwowzorem, jeśli jednak czytelnik przed rozpoczęciem lektury przygotuje się na deus ex machina i pogodzi się z jego obecnością, może z „Czasem zmierzchu” spędzić kilka przyjemnych dni.

Dziękujemy wyd. Insignis za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego.
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2019 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 24 mar 2019, 06:06 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka