Inwazja obcych niczym komunizm

Robert A. Heinlein
„Władcy Marionetek”
Ocena użytkowników
brak (0 głosów)
W roku 1951 amerykański pisarz sciencie - fiction, Robert A. Heinlein, wydał swoją powieść pt.: "Władcy Marionetek". Dziś Henlein to jeden z czołowych pisarzy swego gatunku, autor takich bestsellerów jak "Obcy w obcym kraju" albo "Żołnierze kosmosu". Dlatego też wydawnictwo Solaris postanowiło umieścić wznowienie tego dzieła na liście serii klasyki S-F. Polscy czytelnicy jak dotąd mieli tylko jedną szansę na poznanie tej książki, kiedy to w 1991 ukazało się tłumaczenie, wydane przez Phantom Press International.

Jak to ze wszystkimi wznowieniami bywa, należy zadać sobie pytanie: czy gdy minęło już pół wieku od napisania, książka ta może jeszcze być poczytna? Przez ten czas powieść urosła do rangi kanonu gatunku, ale czy dziś jej fabuła ma szansę być oryginalna?

Historia zawarta w "Władcach marionetek" nie należy do specjalnie skomplikowanych. Na południu Stanów Zjednoczonych, w małym miasteczku w stanie Iowa, ląduje latający talerz. Rozpoczyna się inwazja. Obcy to galaretowate stwory, które są zdolne do przejęcia kontroli nad innymi żywymi organizmami. Mogą to zrobić, ponieważ bardzo szybko przyczepiają sie do kręgosłupa żywiciela, który staje się posluszną im marionetką. Dlatego też lądowanie statku zostaje prawie od razu zatuszowane przez lokalne władze, które są już podporządkowane najeźdzcy. Tylko super tajna organizacja rządowa jest świadoma zagrożenia z kosmosu. Działa ona pod dowództwem geniusza o pseudonimie Starzec i podlega tylko prezydentowi. Starzec wraz z dwójką agentów, Mary i Samem, muszą przekonać głowę państwa, że inwazja to prawda, a czas ucieka. Kolejne regiony USA dostają się pod kontrolę obcych.

Sam wątek inwazji nie budzi żadnych zastrzeń. Heinlein w bardzo umiejętny i przemyślany sposób przedstawia jej kolejne fazy. Dość logiczne jest, że aby przejąć kontrolę nad żywym organizmem, obcy muszą zaatakować bezpośrednio układ nerwowy żywiciela. Na ziemi wybuchnie panika, a jedynym sposobem, by dowiedzieć się, kto ma pasożyta, to ogólnokrajowy nakaz... rozbierania się. Jest to jedyne sensowne rozwiązanie. I przyznam, że to w książce najbardziej urzeka. Sami władcy marionetek nie mogą się bronić. Można bardzo łatwo ich zabić. Ale problem polega na tym, aby zrobić to tak, by nie zabić żywiciela.

Frabuła ta świetnie sprawdziłaby się, gdyby akcja toczyła się w czasach współczesnych dla autora. Jednakże on postanowił umieścić ją w przyszłości. Czytelnik nie od razu zdaje sobie z tego sprawę. Na początku książki nie jest to w ogóle widoczne, ale wraz z rozwojem akcji można uświadomić sobie prawdziwe realia powieści. Pistolety laserowe, latające samochody, człowiek na innych planetach. Wszytskie te rzeczy wydają sie zbędne dla rozwoju akcji. Powiedziałbym, że wręcz zanieczyszczają odbiór. Owszem, kolonizacja Wenus ma dość istotne znaczenie dla fabuły. Jest ona jak najbardziej możliwa, jako iż Wenus to tak zwana bliźniacza planeta dla naszej. Mimo to, wszystkie te czynniki fikcji wydają się przesadne.

Innym, dość poważnym minusem dla zdarzeń zawartych w książce, jest ewolucja bohaterów. Zwłaszcza jednej z głównych postaci - agentki Mary. Na początku jest to typowa nie do zdobycia złośnica. Finezyjna i piękna - cechy te sprawiają, iż jest bardzo intrygująca dla czytelnika. Pełna seksapilu, doskonale umie wpływać na mężczyzn. Dzięki temu umiejętnościom potrafi bezbłędnie wskazać, kto dostał się pod kontrolę kosmitów. Początkowo zbywa nieudolne zaloty Sama. Jendakże zmienia się kuriozalnie wręcz w mgnieniu oka w uległa żonę. Bez protestów poddaje się cudzemu kierownictwu. Fakt, iż jej przeszłość daje jej o sobie znać, nie świadczy jednak, iż od razu musi tracić całą swoją charyzmę. Niestety, tak się dzieje i bohaterka ta traci cały swój urok

Robert Heinlein w swojej powieści dość dobitnie krytykuje socjalizm w ówczesnym Zwiążeku Radzieckim. W wykreowanej przez niego przyszłości nadal istnieje żelazna kurtyna. Zaś to, czy na terenach Azji odbyła się inwazja obcych, nie czyni dla jej mieszkańców większej różnicy. Według Amerykanów i tak byli oni marionetkami w rękach komunistycznej włądzy. Zresztą, sam sposób inwazji i przejmowania kontroli przez obcych to alegoria dla ustroju komunistycznego. Doskonale uwidocznia w tu sposób myślenia w USA w czasach autora, które znane są z podręczników historii jako tak zwana Zimna Wojna. Wiele powieśći Roberta A. Heinleina to apele antytotalitarne. W wspomnianych wcześniej "Żołnierzach kosmosu" ludzkość również zmaga się w obcymi, którzy odzwierciedlają społeczność komunistyczną. Jest to rasa inteligentych insektów, pozbawionych indywidualności. We "Władcach marionetek" obcy to także, nie tylko ze względów fizycznych, odrazająca rasa. Sposób ich postępowania wydaje się wysoce amoralny z punktu widzenia ludzi, żyjących w krajach demokratycznych.

Fani sciencie - fiction są zgodni co do tego, że "Władcy marionetek" nie są najlepszą powieścią pióra Roberta A. Heinleina. Chociaż powieść nie wydaje się dziś oryginalna dla współczesnego czytelnika, jest to dzieło kultowe. Jako jedno z pierwszych traktuje o inwazji obcych na Ziemię, dlatego powinno się je traktować jako swoisty kamień węgielny dla gatunku. Warto wspomnieć, iż powieść ta doczekała się bardzo dobrej ekranizacji, z gwiazdami takimi jak Donald Sutherland w roli głównej.

[tab]Książkę czyta się bardzo łatwo, co niewątpliwie jest także zasługą dobrego tłumaczenia Anity Zuchory. Zdania są dobrze zbudowane, nie sposób doszukać się w nich nawet literówek. Od strony technicznej książka prezentuje się na naprawdę przyzwoitym poziomie. Twarda, lakierowana okładka, stonny szyte, a nie klejone, dobrej jakości papier. Dzięki tym walorom, książka będzie nam służyć przez długie lata niejednokrotnego czytania.

Kończąc recenzję, chciałbym odpowiedzieć jednoznacznie na pytanie, czy warto zakupić tę pozycję. Mimo iż kosztuje ponad 40 złotych, każdy fan SF powinien, prędzej czy później, zapoznać się z "Władcami marionetek". Jest to książka o statusie dzieła kultowego, dlatego warta jest przeczytania. Mimo to, przed jej lekturą warto zapoznać się z innymi powieściami tego autora takimi jak "Obcy w obcym kraju" czy laureat nagrody Hugo "Żółnierze kosmosu".

Ocena: 6/10


Autor: Heinlein Robert A.
Data wydania: 2007
Forma: Powieść
Gatunek: Science fiction
ISBN: 78-83-89951-78-6
Liczba stron: 320
Tłumaczenie: Anita Zuchora
Oprawa: Twarda
Wydawnictwo: Solaris
Cena detaliczna: 41.90 zł
KOMENTARZE (14) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Wiedźma 8 kwi 2008, 22:29
Miśkhu, nieporozumienie chyba wynikło stąd, że recenzje mają różne rodzaje. Inaczej wygląda budowa tekstu naukowego, inaczej eseju o literaturze, a inaczej popularna recenzja polecanej bądź nie książki. Specyfika naszego serwisu wymaga raczej tych krótkich tekstów, opisujących książkę, nie elaboratów na kilka stron. Tzn. nawet myślę, że można by zrobić eksperyment z zamieszczeniem bardziej artystycznej formy tekstu na stronę, ale osobiście obawiam się, że to by się nie przyjęło. Niemniej sama idea jest niegłupia i warta przemyśelnia.
Misiekh 8 kwi 2008, 21:53
Jako, że lubię sprawdzić o czym wogóle mam pisać, zanim zacznę o tym pisać, więc te "bzdury" wyczytałem w definicjach słowa "recenzja", np. (cytuję): "Recenzja (łac. recensio - badanie, rozpatrzenie, opinia) jest formą publicystyczną, sprawozdawczym omówieniem, krytyczną analizą lub oceną artystycznego lub naukowego utworu, np.: książki, spektaklu, wystawy, koncertu... (...) Recenzja składa się z trzech części:
informacji
analizy
oceny. (...)" (http://serwisy.gazeta.pl/edukacja/1,52300,824364.html)

Poza tym Diaboł, ja też nie czytałem "Władcy marionetek". Ale to klasyka, do tej pory było recenzowane n^5 razy. Tak jak nie widzę sensu recenzowania dziś "Władcy Pierścieni" czy "Opowieści o pilocie Pirxie", tak nie widzę sensu recenzowania "Władcy marionetek". No bo na dobrą sprawę, jaki w tym sens? A zgodnie z zasadą brzytwy Ockhama - nie mnóżmy bytów ponad potrzebę ;)
Wiedźma 8 kwi 2008, 20:51
No to kilka rzeczy jeszcze w ramach moich uwag:
- w tej konkretnej kwestii zgadzam się z Diabłem: recenzja to nie analiza, nawet najlepsza recenzja (zwłaszcza taka!) nie powinna analizować dzieła, bo temu służą... analizy dzieł :P.
- dwa, nie uważam, że nie ma sensu recenzować klasyki. Co więcej, takie recenzje na Bestiariuszu są i jak długo moja ręka włada tym działem - będą. I z dyktatorską obojętnością powiem, że inne zdania nie będą brane pod uwagę, możecie wnioskować o moją dymisję :P.
- z tym opisem ceny/wydania, to znowu trochę koloryzujecie. Tzn. uważam, że poświęcenie krótkiego akapitu jakości wydania jest pomysłem dobrym. I nie mówię tu o skupianiu się na wydaniu (zresztą do tego jeszcze NIE doszło). Chociaż wzmianki o cenie w samym tekście faktycznie mogą razić i to z mojej korektorskiej strony postaram się wyeliminować.
- a co do idei wystawiania oceny w skali np. 10 stopniowej - moje zdanie jest od samego początku w tej kwestii niezmienne. Czyt. ja wciąż uważam, że jest to rzecz niepotrzebna (chociaż wiem, że dla niektórych użyteczna). Ale mnie się wydaje, że różni czytelnicy różne aspekty (w tym także to wydanie, na które taką nagonkę robicie :P) różnie oceniają. Dlatego jestem przeciwna samej idei wystawiania not.
Howgh!
Diabellus 8 kwi 2008, 19:42
Misiek, bzdura. Gdzie to wyczytałeś, że recenzja utworu literackiego/filmu/obrazu powinna zawierać analizę? Powinna przedstawiać opinię, i nic więcej. A już wniebowzięcie, gdy pokazuje miejsce danego działa (czyt. czy w rynsztoku czy na piedestałach). Realnie rzecz biorąc, Bestiariusz nie recenzuje książek ale jedynie ich wydania. I nie obchodzi mnie czy to klasyka czy nie. Wiesz ilu ludzi nie czytało klasyki i nie wie co do niej się zalicza? Ano właśnie, dochodzę do sedna sprawy. Bestiariusz nie jest serwisem dla starych wyjadaczy ale raczej dla młodych ludzi. Powinien być dla niego źródłem wartościowych informacji, a więc i recenzje powinny im przedstawiać klasykę jak i nowości. Czemu klasyki nie ma sensu recenzować? Bo ty ją znasz? A co jak ktoś nie zna? Zbesztać go i powiedzieć żeby nadrobił zaległości? Ale dlaczego, skoro może najpierw poszerzyć swoją wiedzę na temat danej książki? Nie każdy ma czas na czytanie "niby obowiązkowej klasyki", w tym np. ja. Ja nawet nie wiem z czego składa się klasyka SF np. I czytając taką recenzje, gdzie jednym z kryteriów jest jakość wydania, co mam sobie pomyśleć widząc ocenę 6/10? A wcześniej czytając że to dzieło kultowe? (No bo zaraz, 6/10 to średnia nota raczej, plasująca książke wśrod średnizny, więc czemu pozycja obowiązkowa? I skąd taka ocena? Ech...).

W każdym razie, mówię stanowcze NIE opisywaniu w jakości wydania. Albo ew. napisanie w pierwszym akapicie że recenzujemy to i to konkretne wydanie za sponsoringiem wydawnictwa Solaris.
Misiekh 8 kwi 2008, 19:30
Bo ja uważam, że jest sens recenzować nowe książki, ale nie ma sensu recenzować klasyki. No bo niby jaki? ;) Jeśli chcemy pisać o klasyce, to ja tu widzę tylko kilka form pisania, na które wogóle warto zwracać uwagę: prace - nazwijmy to - analityczne (zarówno analiza warstwy znaczeniowej, alegorycznej itd książki, jak i różnych widocznych w niej źródeł inspiracji), prace - powiedzmy - historyczne (skąd się draństwo wzięło, kim był autor, jakie to były czasy, co się działo na świecie itd - to już też zresztą zachodzi na analizę) i "niusy" o nowych wydaniach - z zaznaczeniem zwłaszcza informacji o wydawcy, cenie, jakości edycji, jakości tłumaczenia, a tylko pobieżnym (jeśli wogóle) zwróceniem uwagi na treść.

Nie mówiąc już o tym, że tak naprawdę recki na Bestiariuszu (tak samo zresztą jak na większości serwisów netowych) to właśnie recki, a nie recenzje. Recenzji stawia się nieco wyższe wymogi ;) Recenzja powinna zawierać oprócz informacji o dziele i jego oceny - także jego analizę. A analizy to się w żadnej recce na Bestiariuszu i innych serwisach raczej nie doszukamy ;)
Gnom 8 kwi 2008, 15:55
Wiedźmo, no Misiekh recenzję wydania określił jako właśnie tą jedyną słuszną, dla której jest sens pisać recenzje :P Więc tez mamy chyba tyle ilu dyskutantów. Nie byłoby rozsądniej gdyby ten miły dodatek pozostał tylko i wyłącznie miłym dodatkiem, czyli wyrzucić go poza recenzję wartości merytorycznych i dać za ocenę, jako osobny tekst oceniający to konkretne wydanie? Będzie można dalej dowiedzieć się czego spodziewać się można po książce i po wydaniu, a nie pomiesza się tych dwóch rzeczy i nie będzie budziła wątpliwości ocena. Jak dla mnie sytuacja jest identyczna, jak gdyby ktoś po przeczytaniu skanu książki prosto z monitora, z jakiegoś źle obrobionego e-booka wystawiał ocenę krytycznie-tragiczną ze względu na radość wyniesioną z czytania. Ja mam w domu wydrukowanego Gaimana "Smoke and Mirrors" z mnóstwem literówek i czcionką 8ką. Króla Szczurów czytałem z luźno rozrzuconych kartek bardzo starego wydania. I nigdy nie wliczyłbym tego w ocenę literackiej wartości tych ksiażek i poleciłbym je każdemu chociaż miałby czytać je z rękopisu wykonanego na papierze toaletowym. ;) Jak zastanawiam się nad kupnem książki dla samego faktu posiadania to ewentualnie kierowałbym się takimi informacjami. Ale jak już mówiłem, ten miły dodatek w połączeniu z ceną daje już nie recenzję ale opis produktu. Konkretnego.
Wiedźma 8 kwi 2008, 15:18
Ależ my nie mówimy o jakości wydania jako o rzeczy kluczowej. My bronimy tezy, że informacje o wydaniy są miłym dodatkiem do recenzji. Tyle.
Diabellus 8 kwi 2008, 14:54
Mnie zastanawia jedno Miśku i Wiedźmo. Czy wy jak czytacie recenzje to tylko po to, by dowiedzieć się nowinek z wydania? Ekhem.... Recenzja ma za zadanie przedstawienie nam wartości literackiej ksiązki, nie zaś tego jak w tym wydaniu wygląda okładka (no chyba że to jak na razie jedyne). Nie rozumiem po co mi takie informacje przy książce która wyszła już w setkach wydań, niekoniecznie polskich. Takie rzeczy jak jakość wydania nie powinny mieć wpływu na końcową ocenę, bo w tym momencie nie wiem ile punkcików odjęto za to czy też dodano. Dzięki takim akapitom, oceniacie tylko to jedno wydanie. A w tym momencie taka recenzja jest dla mnie nic nie warta, bo jak sięgam po książkę polecaną z recenzji to nie szukam specjalnie tego akurat wydania które recenzował autor...
Gnom 8 kwi 2008, 14:22
Właśnie ja tak nie uważam. Bo jasne, jeśli to jest kolejna już recenzja Władcy Marionetek na łamach Bestiariusza to nie ma sensu pisać kolejny raz o tym samym. Ale nawet wtedy nie pisze się recenzji Władcy Marionetek tylko daje newsa czy cokolwiek, że pojawiło się nowe wydanie dzięki Solarisowi które jest takie-a-takie i ma takie-a-takie wady/zalety. Ale jeśli to jest pierwszy taki tekst na Bestiariuszu (a nawet tego autora), to sprawa dalej jest świeża, bo pojawia się nowy (lub nie) punkt widzenia. Ja nie widzę innego (sensownego) powodu pisania recenzji. Jeśli się ma zamiar tylko powielić słowa które już padły, jako pretekst do opisania wydania "bo mamy patronat", to można sobie takie pisanie darować. Zresztą wtedy lepiej byłoby skopiować jakąś świetną recenzję, podać jej źródło a samemu rozczulić się nad wydaniem. Możecie uważać, że czepiam się, ale całkiem inaczej by to wyglądało gdyby pod recenzją i oceną (treści) był akapit zatytułowany "Wydanie:" i tam opisać jak na sercu ono siadło - i tylko jeśli taki akapit jest konieczny...
Misiekh 7 kwi 2008, 15:47
Gnom, ale jeśli to miałaby by być recka samej książki "Władcy marionetek" bez wspominania o jakości wydania, to jaki jest sens ją robić? Ta książka ma n lat, była wydawana parę razy w wielu językach i została zrecenzowana wcześniej dziesiątki razy (też w różnych językach ;) ). Nowa recenzja ma rację bytu tylko jeśli ocenia jakość wydania i tłumaczenia, bo to jedyne nowe rzeczy, jakie się w kwestii tej książki pojawiły ;)
  • Ostatnie artykuły

Copyright © 2004-2019 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 18 lut 2019, 19:04 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka