Motylogion - fragment

Natalia Pitry
„Motylogion”
Ocena recenzenta
5.0/5
Ocena użytkowników
brak (0 głosów)
Muzyka urwała się, ustępując miejsca wiwatom. Młody bard
uśmiechnął się zawadiacko, złożył królowi głęboki ukłon, pusz-
czając przy tym oko do pięknej królowej Lireny, zeskoczył ze
stołu i zniknął w tłumie ucztujących. Usunął się tym samym
sprzed oblicza władcy, który nie zdążywszy jeszcze zebrać my-
śli po występie, nie raczył okazać swojego zadowolenia lub, co
sądząc po przedostatniej zwrotce ballady było bardziej prawdo-
podobne, gniewu.
Wyśpiewywanie peanów na cześć Bitanji na calebijskim dwo-
rze za panowania króla Muscasa było bardzo ryzykowne, cier-
piący na nieuleczalną manię wielkości władca nie mógł bowiem
znieść faktu, że to właśnie Bitanję uznaje się za najważniejsze
z królestw.
Nikt nie wiedział, gdzie szukać źródła tej słabości. Być może
winę należało zrzucić na dość niski wzrost, który u ludzi władzy
zazwyczaj wywołuje kompleksy, a może była to oznaka spowija-
jącego umysł Muscasa szaleństwa, nie wiadomo.
Owa nieustająca, choć jednostronna chęć rywalizacji skut-
kowała organizowaniem pod błahym pretekstem rozlicznych
turniejów, festynów oraz uczt, których celem było wyniesienie
Calebji ponad pozostałą dwójkę królestw. Jedna z takich uczt od-
bywała się właśnie w zamkowej sali biesiadnej.
Było to podłużne pomieszczenie, niegdyś wyłożone ciemnym
drewnem i skórami upolowanych zwierząt, porozwieszanymi na
ścianach lub rzuconymi niedbale na podłogach i ławach. Gro-
madzili się tam możni zamku i okolic podczas uczt rozpoczy-
nających ważne narady lub kończących polowania. Cały zamek
sprawiał raczej surowe wrażenie.
Sama Calebja, położona niemal u podnóża gór Karrai, nie mo-
gła pozwolić sobie na luksus pięknych, lecz niezdatnych do obro-
ny pałaców, ponieważ w górach, będących jednym z trzech koń-
ców świata, gromadzili się wszyscy przestępcy, których skazano

na wygnanie, lub ci, którzy znaleźli się tam, by uniknąć gorszej
kary. Mury, otaczające nie tylko centralną część Calebji, ale także
wszystkie podległe jej prowincje, były grube i naszpikowane war-
towniami zawsze z kompletną załogą. Zamek, położony na samym
początku miasta, jak najdalej od gór, miał w dawnych czasach
pełnić funkcję ostatecznego schronu, zdolnego pomieścić znacz-
ną liczbę calebijczyków. Wzniesiony z szarego kamienia strzelał
w górę basztami, szczerząc groźnie szczerbate zęby flank.
Teraz, kiedy najazdy ludzi z gór stały się rzadsze i mniej licz-
ne, Muscas zaczął ulepszać zamek, tak by zamiast odpowiadać je-
dynie za obronę, był dostosowany do potrzeb jego nadętego ego.
Jako że całkowita przebudowa warowni znacznie przekraczała
możliwości finansowe calebijskiego skarbca, władca poprzestał
na zasadzeniu ogrodów zamkowych, za wzór biorąc ogrody ota-
czające opuszczony podówczas dworek należący do wymarłego
już Srebrnego Rodu, którego ostatnią przedstawicielką była jego
małżonka Lirena, i skupił się na dekoracji wnętrz.
W efekcie surowe mury zamku przyjemnie kontrastowały
z bogato urządzonymi komnatami i chociaż nie można było ich
przyrównać do luksusów bitanijskiego pałacu, tworzyły orygi-
nalną całość.
Rzeczona sala biesiadna zapełniona była teraz długimi inkru-
stowanymi stołami zastawionymi suto wyśmienitymi potrawami.
Smażona dziczyzna w wybornym sosie na bazie śmietany z grzy-
bami konkurowała z delikatną gęsiną oblewaną winem i upieczo-
nymi w całości bażantami faszerowanymi jagodami i malinami, a
wszystko to przeplatało się z piramidkami kruchych ciasteczek,
bezowych tortów i salaterek wypełnionych puchowym kremem,
który należało nakładać na specjalne słodko-słone wafelki, chlu-
bę zamkowych cukierników. Przed każdym z ucztujących stały
złoty kielich na wino oraz mosiężny kufel, przez którego brzegi
ochoczo przelewał się złocisty miód.

Prócz jedzenia zapewniano gościom coraz to nowe rozrywki.
W rogu sali ulokowano orkiestrę, która dzielnie akompaniowała
skocznym akrobatom wzlatującym ponad stoły i wieszającym się
na żyrandolach, ślicznym tancerkom lub złotoustym bardom, do
których należał również nasz chwacki młodzieniec. Zaraz po nim
na salę wprowadzono dopiero co schwytanego w górach niedź-
wiedzia, który, podżegany przez swojego poskramiacza, wspinał
się na tylne łapy i ryczał z wściekłości ku powszechnej uciesze
gawiedzi.
U szczytu najważniejszego stołu siedział król Muscas wraz
z królową, panią Lireną ze Srebrnego Rodu. Młoda szlachcian-
ka, piękniejsza niż zazwyczaj z powodu nie tak dawnego cudu
macierzyństwa, który obdarzył Calebję księżniczką Anayay,
przyszłą następczynią tronu (zarówno w Calebji, jak i w Bitanji
oraz Anorji prawo dziedziczenia opierało się na pierwszeństwie
urodzenia, nie płci, i było bardzo surowo przestrzegane) siedzia-
ła wyraźnie znudzona, ściskając w dłoni rąbek atłasowej sukni.
Król rzucał jej co jakiś czas wymowne spojrzenia i coraz bardziej
zirytowany brakiem zainteresowania żony zarówno wystawną
ucztą, jak i nim samym, poganiał podczaszego, nerwowo uwija-
jącego się przy jego kielichu.
Muscas był młodym władcą. Obejmując tron, miał zaledwie
dwadzieścia jeden lat. Pięć lat rządów zdążyło już jednak zazna-
czyć się na jego czole długą pionową zmarszczką. Był niewy-
soki, ale jego uroda potrafiła zawrócić w głowie niejednej da-
mie. Kasztanowe, opadające miękko na ramiona loki, prosty nos,
wąskie usta i duże okrągłe brązowe oczy, pod których spojrze-
niem, jak powiadano, topiło się złoto. Teraz jednak jego śniada
twarz, poczynając od nosa, nabierała koloru dojrzałych piwonii, a
w melodyjnym głosie dało się słyszeć prostacką chrypkę.
− Jak, moja pani, podoba ci się przyjęcie? Czy rozrywki są na
zadowalającym poziomie? – zapytał.

Lirena się wzdrygnęła.
− Wydaje się bardziej imponujące od twoich poprzednich
popisów. Jeżeli zaś chodzi o rozrywkę, to szczególnie spodobał
mi się ów młodzieniec i jego ballada – odpowiedziała, nie po-
wstrzymując się od drobnej złośliwości. Życie u boku władcy
było trudne, a on sam okazał się mężczyzną niegodnym jej zain-
teresowania.
− Ten błazen i jego bajki – prychnął, po czym spoważniał,
a w oczach zabłysły mu stalowe ogniki. – A gdyby, gdyby to
była prawda, gdyby otworzenie Motylogionu dawało jego wła-
ścicielowi władzę nad magią? – wyrzucił z siebie jednym tchem,
jak gdyby mimochodem, ale nuta podniecenia, która zabrzmiała
w jego głosie, sprawiła, że Lirena zaśmiała się nerwowo.
− To tylko bajki.
− Nie! – ryknął król nagle niezwykle poruszony, po czym,
posyłając tłumowi uspokajający uśmiech, chwycił Lirenę za
przegub tak mocno, że palce mu zbielały, i kontynuował zdu-
szonym szeptem: − To prawda, a ja to udowodnię. Kiedy tyl- ko
twoja córka dorośnie, zawrzemy sojusz z Anorją, odbijemy
Motylogion i zabijemy każdego władcę, który stanie nam na
drodze. Będę panem świata, a ty będziesz moją królową, o pani.
Dasz mi dziedzica, który obejmie po mnie panowanie, i będzie
wysławiał moje imię na wieki – zaśmiał się chrapliwie, po czym
upił kolejny łyk wina.
Lirena zbladła, kiedy puścił jej rękę, by sięgnąć po kęs dzi-
czyzny.
− Twoim dziedzicem jest Anayay, panie – wyszeptała.
Muscas uśmiechnął się ironicznie.
− Och, tak, wiek przed płcią, kolejna bzdura. Moim następcą
ma być syn. Ha!
Lirena wstała i ukłoniła się królowi.
− Wybacz, panie, rozbolała mnie głowa, proszę o pozwolenie…

− Idź. – Król machnął niecierpliwie ręką. – Uciekaj do swoich
komnat i zajmij się dobrze dzieckiem, musi przeżyć, jeżeli ma być
moim mostem do zwycięstwa. – Wybuchnął szyderczym śmiechem.
Podczas gdy król śmiał się tak głośno, że całe jego ciało dy-
gotało, Lirena niezauważenie zerwała mu z szyi amulet, jeden
z trzech legendarnych kluczy Motylogionu, skłoniła się sztywno i
oddaliła, siląc się na spokojny krok. Kiedy tylko zamknęły się za
nią drzwi sali, przyspieszyła, zwalniając jedynie, gdy mijała
czuwających przy komnatach strażników. Przy jej pokojach nie
było nikogo. Już dawno odwołała pilnujących ją szpiegów Mu-
scasa. W pałacu plotki i tak rozchodziły się wystarczająco szybko
bez dodatkowych par życzliwych uszu.
W sypialni siedziała stara przygłucha niania, pilnująca snu
małej księżniczki. Lirena odprawiła ją, uspokajając kilkoma cie-
płymi słowami i życząc dobrej nocy. Dla niej samej nie miała
przedstawiać się ona zbyt ciekawie.
Myśl o ucieczce prześladowała Lirenę, odkąd pojawiła się
Anayay. Król nie wydawał się zachwycony faktem posiadania
córki jako swego pierworodnego potomka i z lekceważeniem,
a nawet pogardą mówił o jej prawach do tronu. W takich chwi-
lach dumna srebrna krew gotowała się w żyłach królowej. Lojal-
ność kazała jej jednak trzymać emocje na wodzy aż do dzisiej-
szego wieczoru. Na przegubie, który wcześniej ściskał Muscas,
już zaczęła pojawiać się duża fioletowa plama. Jednak to nie si-
niak przerażał Lirenę najbardziej, lecz wypowiedziane przez jej
męża słowa przesycone szaleństwem, które już niebawem mogło
w pełni nim zawładnąć. Zapowiadały strach, zniszczenie, śmierć.
Teraz nie była sama. Musiała chronić Anayay, zabrać ją tam,
gdzie Muscas ich nie dosięgnie. Znała jedno takie miejsce.
Na obrzeżach koronnego miasta Bitanji utworzyło się pośród
korytarzy zasypanych śmieciami budynków nowe społeczeń-
stwo. Biedacy, hołota, bandyci i sieroty, opierając się na prawie

siły i własności, stworzyli Podziemie. Nawet królewskie straże
bały się tam zapuszczać. Nieprzychylne królom, szlachcie ani
uczciwym ludziom, było idealnym i jedynym miejscem na ukry-
cie się przed Muscasem, jeżeli tylko uda jej się tam przeżyć.
Nie zwlekając dłużej, włożyła płaszcz. Śpiące dziecko zawi-
nęła w koc, który przewiązała sobie przez plecy, i ruszyła do wyj-
ścia. Przy drzwiach odwróciła się, po raz ostatni spoglądając na
bogactwo, które pozostawiała za sobą, i wyszła z komnaty.
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2019 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 24 mar 2019, 05:43 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka