Cmentarzysko - fragment

A. Forge
„Cmentarzysko”
Ocena recenzenta
5.0/5
Ocena użytkowników
brak (0 głosów)
Kilka słów wprowadzających…

Kostusza należy do jednego z tych miasteczek, gdzie znajduje się kilka sklepów na krzyż, parę pizzerii, z których każda zdobyła już swoich wiernych klientów pozwalających jej funkcjonować na godnym poziomie i zapewnić pracę innym. Jest też przedszkole, gdzie opiekunki wykonują swój zawód z prawdziwą pasją, szkoła podstawowa, gimnazjum, liceum i biblioteka. Dziwną rzeczą w Kostuszy może wydawać się to, iż na terenie miasta znajduje się tylko jeden kościół. Nie ma żadnych innych i nigdy nie będzie. Tak bowiem zostało zapisane w testamencie założyciela miasta i żaden z obywateli piastujących stanowisko burmistrza nie miał śmiałości ani nawet ochoty tego zmienić.

Wspomniany kościół jest bardzo stary – tak stary, że nawet gdy najbardziej wiekowi mieszkańcy Kostuszy byli berbeciami, budynek ten już się rozpadał i mówiono o rychłej potrzebie jego renowacji. Nikt nie jest w stanie dokopać się do papierów określających, ile tak naprawdę kościół ma lat albo kto go postawił. Budowla przypomina zamek z dwiema wieżami i jest nieco przechylona w lewo, gdy patrzy się na nią, stojąc naprzeciw głównego wejścia. Wygina się pod tak wielkim kątem, że sprawia wrażenie, jakby miała się zaraz złamać i runąć z hukiem na ziemię. Z roku na rok coraz więcej dachówek odpada, lecz dziur w dachu nikt nigdy nie zauważył. Wrota do kościoła wiszą krzywo na zawiasach, lecz otwierają się bez problemu, a w zimie, w czasie odprawiania mszy, żadnemu z nielicznych wiernych nie wieje po nerach. Na terenie kościoła rośnie kilka bezlistnych drzew. Nieważne, jaka jest pora roku – gałęzie zawsze pozostają nagie i czasem tylko jakaś dziabnie starą kobietę idącą do domu bożego. Nikt jednak nigdy nie wypowiedział na głos słowa skargi na poświęconej ziemi… Z drugiej strony przecież drzewo nie zrobiło tego specjalnie, prawda? No bo niby jak?!

W pobliżu opisanego kościoła znajduje się cmentarz. Nie ma w tym nic dziwnego, bo przecież w każdym mieście jest kościół, a zaraz przy nim miejsce spoczynku zmarłych. Niecodzienne może wydawać się to, że na tym konkretnym cmentarzu żaden mieszkaniec nie pogrzebał ani jednego członka swojej rodziny od co najmniej stu lat. Wszyscy chowają swoich bliskich po drugiej stronie kościoła. Dlaczego? Bowiem tutejsi ludzie szczerze wierzą, że cmentarz jest nawiedzony; że mieszkają tam strzygi i demony, że żyją tam upadli księża i upiory. Od czasu do czasu słychać stamtąd jęki i krzyki.

Nad terenem cmentarza zawsze wiszą atramentowoczarne, ciężkie chmury, ciskające w ziemię piorunami, nawet jeśli nad całym miasteczkiem świeci słońce i ludzie umierają z ukropu, modląc się o deszcz. Bluszcz wspiął się po bramie i murach otaczających teren zmarłych już na tyle wysoko, że nawet gdyby ktoś odważył się podejść, nie miałby szans niczego zobaczyć. Co do bramy: jest ciężka, żelazna, skrzypiąca i otwiera się każdej nocy – jakby czekała na gościa, który nigdy się nie pojawia. Kiedyś mieszkańcy zbierali się jeszcze w drzwiach kościoła i zastanawiali dlaczego, lecz teraz nikt już o nic nie pyta, nikt nie patrzy w tamtą stronę. Za to gdy słychać odgłos piorunów i krzyki wiedźm… wtedy każdy (nawet dorosły) na powrót staje się małym dzieckiem, którego jedynym pragnieniem jest ukrycie się pod kołdrą i doczekanie końca przedstawienia. Niejeden trzęsie się wtedy ze strachu.

Tak oto pokrótce przedstawiłem Wam życie mieszkańców Kostuszy. Wszyscy pracują, uczą się, odpoczywają na emeryturze, bawią się i wszyscy również – bez wyjątku – boją się cmentarza. Sprawy jednak zaczęły ulegać zmianie w czasie pewnych wakacji, o których zamierzam Wam opowiedzieć. Rozsiądźcie się więc wygodnie i posłuchajcie…



Rozdział pierwszy

Na placu zabaw przed blokiem siedziały trzy dziewczyny. Jedną z nich była Angelika. Miała czarne, długie włosy zawiązane w kucyk, rumianą, pogodną buzię, wielkie, niebieskie oczy i aparat na zębach. Nosiła błękitną sukienkę i czarne legginsy. Bujała się spokojnie na huśtawce, śmiejąc się wesoło.

– Już nie mogę doczekać się tych wakacji, serio! – powiedziała, huśtając się wysoko. – Mam taką ochotę zostawić tą dziwaczną wieś i pojechać do prawdziwego wielkiego miasta, gdzie ludzie są super modnie ubrani, biorą kawy na wynos ze Starbucksa i biegną szybko do metra.

– Wiesz, że wszyscy ci zazdroszczą? – odezwała się koleżanka z prawej strony.

Na imię miała Matylda i uważała się za najlepszą przyjaciółkę Angeliki. Nawet próbowała ubierać się jak ona. Tamtego dnia założyła czerwoną sukienkę i czarne legginsy, a blond włosy związała dokładnie w ten sam sposób, używając identycznej gumki. Była niestety trochę przy kości, a jej twarz zroszona została już pierwszym trądzikiem. Miała odrobinkę za wielki nos i za małe oczy, lecz pozostawała wierna i oddana.

– Właśnie! Wszyscy mówią o tym, że będziesz mieszkała w Warszawie – wykrzyknęła dziewczynka siedząca na lewej huśtawce.

Miała na imię Iwona i również chwaliła się statusem najlepszej przyjaciółki Angeliki… na wieki wieków. Była chuda jak patyk, a krótkie włosy sterczały jej we wszystkie strony. Codziennie spędzała godzinę przed lustrem, układając je w taki sposób. Twierdziła, że dzięki temu wygląda bardziej jak rokers. Nosiła krótkie dżinsowe spodenki z postrzępionymi nogawkami i koszulkę przedstawiającą członków zespołu Metallica.

– Myślicie, że już wszyscy wiedzą? – spytała podekscytowana Angelika.

– Wszyscy! Mówię ci! – przytaknęła Matylda. – Uważają, że jesteś super!

– I bardzo dobrze! Niech mi zazdroszczą! W tamtym roku wszyscy przechwalali się swoimi wakacjami i nikt nawet nie pomyślał, że ja byłam z rodziną pod namiotem i mogło mi być przykro słuchać o takich rzeczach.

– Nie przejmuj się, Angela – pocieszyła ją Iwona. – W tym roku ty będziesz opowiadała swoje historie, a inne dziewczyny będą żałować tego, że w tamtym roku tak paplały.

– Przecież ty byłaś jedną z nich! – zauważyła Matylda.

– Nieprawda!

– Byłaś w Grecji na koloniach i trąbiłaś o tym do listopada, ty głupia kwoko! Nie było ci szkoda Angeliki!

– No bo… no bo… Wtedy jeszcze jej nie znałam. Nie byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami. Teraz już bym tak nie zrobiła!

– Dziewczyny! – krzyknęła Angelika, widząc, że Matylda już otwiera usta, żeby coś odszczeknąć. – Tamten rok nie jest już dla mnie ważny.

Następnie zeskoczyła z huśtawki i tanecznym krokiem zbliżyła się do piaskownicy. Matylda i Iwona z otwartymi ustami patrzyły, jak płynnie wskakuje na jedną z desek znajdujących się dookoła i wykręca jeden piruet za drugim, z radości unosząc do góry ręce i śmiejąc się do rozpuku.

Sielanka jednak skończyła się w momencie, w którym po niebie przetoczył się grzmot. Przyjaciółki spojrzały w górę i dreszcze przebiegły im po plecach.

– Nie wiedziałam, że dzisiaj ma padać – odezwała się niepewnie Matylda.

– To w ogóle nie ma sensu – zgodziła się Iwona. – Na niebie nie ma ani jednej chmurki.

– Dziewczyny! – Angelika zeszła ostrożnie z desek na ziemię. – To Cmentarzysko znowu się przebudziło!

I jak na hejnał wszystkie pobiegły w stronę centrum miasta, nie oglądając się za siebie. Po chwili rozległ się drugi grom – jeszcze mocniejszy i dłuższy – a niebo nieco pociemniało. Dziewczynki biegły po chodniku ile sił w nogach, mijając ludzi szybko zmierzających do swoich mieszkań. Trzeciemu grzmotowi towarzyszyła błyskawica, a Angelika usłyszała, jak jedna z wyprzedzanych staruszek powiedziała:

– Dawno nie widziałam, żeby Cmentarzysko było tak aktywne. Coś jest na rzeczy.

To już ani trochę nie spodobało się Angelice, która przyśpieszyła kroku, zostawiając w tyle swoje przyjaciółki. Wybiegły właśnie spomiędzy bloków i jak wiatr przeleciały przez główną drogę na zielonym świetle sygnalizującym, że lada moment zgaśnie. Skręciły ostro w lewo, żeby nie przebijać się przez ryneczek pełen wystraszonych ludzi, w popłochu wracających do domów. Dziewczynki biegły teraz wzdłuż długiego muru budynków handlowych, żeby zaraz odbić do ścisłego centrum…

– Stop! – krzyknęła Angelika, zatrzymując się w miejscu.

Iwona zdążyła jeszcze wyhamować, ale Matylda wpadła na nią, w efekcie czego obie wylądowały na chodniku.

– Wstawać! Szybko!

– Ale… Co się dzieje? – spytała zadyszana Matylda.

– Moja nawiedzona ciotka jest tuż za rogiem! Wskakujemy w te krzaki. Szybko!

Pociągnęła mocno swoje przyjaciółki w stronę pobliskich zarośli. Popchnęła je bezceremonialnie, po czym sama wskoczyła do środka dosłownie w tym samym momencie, w którym zza rogu wyszła starsza kobieta ubrana w długą, czarną suknię. Jej oblicze zakrywał pogrzebowy welon.

Przystanęła na chwilę, rozglądając się dookoła. Mimo że twarz miała przesłoniętą, dziewczynki czuły, że zatrzymała spojrzenie na ich kryjówce. Wstrzymały oddech, a jedna zatkała usta drugiej, żeby żadna nawet nie pisnęła. Staruszka spuściła smętnie ramiona i przeszła obojętnie obok kępy krzaków.

Przyjaciółki obserwowały ją szeroko otwartymi oczami, cały czas zatykając sobie usta. Wreszcie, gdy stara kobieta znalazła się dostatecznie daleko, Angelika strąciła dłoń Matyldy ze swojej twarzy i głośno wypuściła powietrze.

– Jezuuu… Mało brakowało.

– Powiesz nam, kto to był? – zapytała Iwona.

– Tak, powiedz!

– Dobrze, powiem wam – westchnęła Angelika, rozsiadając się wygodniej. – Jest tylko jeden warunek: NIE MOŻECIE NIKOMU POWIEDZIEĆ! Zgoda?

– Tak! – odpowiedziały jednocześnie.

Obie wymościły sobie miejsca na ziemi, spojrzały po sobie w napięciu i zaczęły słuchać opowieści.

– Ta kobieta, która właśnie przeszła, jest siostrą mojej babci i wszyscy w rodzinie mówią, że jest nawiedzona. Dosłownie! Podobno kilkanaście lat temu często przechodziła przez otwartą bramę Cmentarzyska.

– Cooooo?

– Niemożliwe!

– TAK! Nikt nie wie, co tam robiła, ale wszyscy mówią, że strzygi, upiory i inne duchy to jej kumple, i jak tylko chce, to może ich tutaj wezwać. Ale to jeszcze nie wszystko! Podobno czasem zabierała ze sobą na cmentarz jeszcze inne dzieci, które już nigdy nie wróciły do domu. Uważam, że zostały zjedzone przez wampiry… albo coś.

– I niby nikt nie wtrącił jej do więzienia? – spytała Iwona, a w jej głosie dało się wychwycić nutkę niedowierzania.

– Nikt nie miał dowodów, że to jej wina. Co mieli niby zrobić?! Wsadzić ją do więzienia za to, że oddała dziecko duchom?! Przecież nikt poza ludźmi z tego miasta by w to nie uwierzył! No więc musieli ją puścić wolno, ale od tamtej pory nikt nie chce mieć z nią kontaktu. Mieszka na najwyższym piętrze kamienicy całkiem sama, inne mieszkania są puste. Do tego wszystkiego, jej blok stoi zaraz koło kościoła i Cmentarzyska, a jej to w ogóle nie przeszkadza!

– Mnie wygląda na winną – powiedziała Matylda.

– Masz rację, Matylda, świętą rację – przytaknęła Iwona.

– Najgorsze jest jednak coś innego. – Widać było, że Angelika specjalnie zostawiła tę informację na sam koniec, by najpierw zbudować odpowiednie napięcie.

– Co takiego?! – zapytały jednocześnie.

– Moja mama była od zawsze jej ulubienicą i do tej pory odwiedza ją w domu. Czasem chce zabierać nawet mnie i mojego brata!

Matylda i Iwona otworzyły usta ze zdziwienia, nie mogąc wydusić z siebie choćby słowa. Nie mieściło im się w głowie, jak można proponować swoim dzieciom odwiedzanie kogoś, kto w przeszłości rzucał innych duchom na pożarcie.

– Oczywiście ja nigdy tam nie poszłam i nie zamierzam – kontynuowała Angelika. – Ale wiem, że mój brat kilka razy tam był. Od tamtej pory już nie jest taki sam. Zresztą nie wiem… Przestałam się do niego odzywać. Nie chcę, żeby mnie wytykali w szkole palcami tylko dlatego, że mam brata dziwaka.

– Ale… ale jak myślisz, co twoja ciotka mogła zrobić twojemu bratu? – spytała Iwona, wiercąc się niespokojnie.

– Nie mam pojęcia. Mama mi mówi, że jak chcę wiedzieć, co takiego tam robią, to przecież zawsze mogę pójść z nimi, ale po moim trupie! Prędzej ucieknę z domu, niż pozwolę się omotać jakiejś wiedźmie!

Po tych słowach Angelika wyskoczyła z krzaków na chodnik i zaczęła otrzepywać ubranie z pyłu i liści. Kilka piorunów, które jeszcze parę minut wcześniej tak ją przestraszyły, teraz zdawały się nie robić na niej żadnego wrażenia. Odwróciła się w stronę swoich brudnych ziemią koleżanek i powiedziała:

– Idę do domu. Muszę się jeszcze spakować i zdecydować, co będę robiła w Warszawie. Zobaczymy się jeszcze przed moim wyjazdem i wszystko wam opowiem, dobra?

Iwona i Matylda z entuzjazmem pokiwały głowami i obserwowały z niemym uwielbieniem, jak ich najlepsza przyjaciółka odchodzi w stronę centrum miasta, nie oglądając się za siebie.



Rozdział drugi

Angelika wpadła do domu, trzaskając drzwiami. Przebiegła przez korytarz, nie trudząc się nawet, by zdjąć buty. Minęła kuchnię, w której siedzieli jej mama i brat, nie wypowiedziawszy do nich nawet słowa na powitanie. Wparowała do pokoju wyglądającego, jakby przeszedł przez niego huragan, i rzuciła się na łóżko.

Słyszała dobiegający z kuchni niewyraźny głos mamy, ale miała to gdzieś. Od jutra wszystkich będzie mogła mieć gdzieś. Spodobała jej się ta myśl, więc postanowiła uczcić ją muzyką. Doskoczyła do wieży i puściła płytę na cały regulator, po czym zajęła się przeglądaniem najmodniejszych ubrań. To nie będzie dobrze wyglądało w stolicy, pomyślała, lustrując od góry do dołu czerwoną sukienkę i odrzucając ją w kąt pokoju. To też się nie nada, zmarszczyła nos, obrzuciwszy krytycznym spojrzeniem zieloną bluzkę bez rękawów.

– Angelika, wyłącz tę muzykę!

To jej ubrana w kuchenny fartuszek mama krzyczała z całych sił, stojąc w progu. Była wysoką, pulchną kobietą o wielkich, zielonych oczach i długich do pasa, kręconych blond włosach. Rzęsy wywinęła tak bardzo, że prawie zataczały koło. Pod nosem rzucała się delikatnie w oczy resztka wąsiku, którego kobieta nie usunęła zbyt dokładnie rano. Z kolei pucołowate policzki miała różowe tak bardzo, że aż raziły. Na rękawach czarnej koszulki było widać białe ślady mąki (reszta pozostała czysta, ponieważ zakrywał ją fartuch), a ze spodenek zwisały nitki makaronu.

Angelika nie poświęciła jej więcej niż przelotnego spojrzenia. Cały czas odrzucała na bok ubrania, przez co w pokoju zapanował jeszcze większy bałagan.

– Wyłącz tę muzykę, proszę! – krzyknęła jeszcze raz mama.

Dziewczynka podeszła wolno do drzwi i, nie patrząc na kobietę, zamknęła jej je przed nosem. Dopiero dwa kroki dalej uświadomiła sobie, co zrobiła, lecz było już za późno. Szybko skoczyła do wieży i wyłączyła ją. Podbiegła do drzwi i otworzyła je ostrożnie. Wiedziała, że mama nadal stoi w miejscu – za dobrze ją znała.

Nie pomyliła się. Kobieta nie zmieniła pozycji, za to jej pulchna buzia zmieniła kolor z różowego na bordowy. Angelika uniosła wzrok i momentalnie dopadły ją złe przeczucia.

– Czy ty wiesz, co właśnie zrobiłaś? – zapytała cicho mama.

Dziewczynka postąpiła krok w tył.

– Wiem, mamo, i przepraszam. Po prostu… Zamyśliłam się o wakacjach.

– Nic, tylko słyszę o tym twoim wyjeździe. Warszawa to, Warszawa tamto. Gdybym wiedziała, że tak ci to przewróci w głowie, to w życiu bym ci czegoś takiego nie zaproponowała. Najwidoczniej jesteś jeszcze za młoda na takie wycieczki.

– Nieprawda!

– Nic, tylko rozmawiasz o tym ze swoimi koleżankami. Ostatnio nawet zapomniałaś odebrać brata ze szkoły. Dwie godziny tam siedział!

– Nic mu się nie stało.

– Słucham?

– Przecież on i tak nie ma kolegów, więc i tak przez te dwie godziny nie miałby się z kim bawić.

Kobieta zamknęła oczy i cicho policzyła do dziesięciu.

– To jest twój młodszy brat i twoim obowiązkiem jest się nim opiekować! Jeśli jeszcze raz zdarzy się coś takiego…

– Ale ja wcale nie chcę się nim opiekować! – wybuchnęła Angelika, tupiąc nogą. – Nie chcę, żeby mnie ktokolwiek z nim widział, rozumiesz?! On jest dziwakiem i wszyscy się z niego śmieją!

– Jak to się z niego śmieją? O czym ty mówisz?

– To przez ciebie i tą twoją nawiedzoną ciotkę! Ciągle go do niej zabierasz i nie wiadomo, co takiego tam robicie. Nie wiesz, że ta wiedźma rzucała małe dzieci duchom na pożarcie?! Jak możesz tam w ogóle chodzić?!

– Nie mów tak o cioci! Zabraniam ci! To dobra kobieta!

– To potwór! Szkoda, że mieszka w moim mieście. Mam nadzieję, że już nigdy więcej jej nie spotkam.

Mama spojrzała na córkę wilgotnymi oczami, lecz nie skomentowała jej wypowiedzi. Odwróciła się po prostu i odeszła, dokładnie zamykając za sobą drzwi.

Gdy wróciła do kuchni, zastała swoje drugie dziecko dokładnie w tym samym miejscu, w którym je zostawiła. Chłopiec miał nitki makaronu we włosach, dwie wystawały mu też z nosa. Krótka, czarna czupryna sterczała kogutem do góry. Miał ciemne oczy, mały, prosty nos i piegi na policzkach. Ubrał się tego dnia w bluzkę z wizerunkiem smoka, a na plecach zawiesił sobie zrobione z tektury skrzydła. Założył też czarne, krótkie spodenki, które całe upaprał mąką, oraz czerwone skarpety podciągnięte do połowy łydki. Na imię miał Marek.

Spojrzenie kobiety złagodniało, a na twarzy pojawił się nieznaczny uśmiech. Podeszła do stołu, zmierzwiła dziecku włosy i zaczęła zgarniać makaron (także ten, który miał na sobie jej syn) w jedno miejsce. Chłopiec patrzył zaciekawionym spojrzeniem na mamę krzątającą się po kuchni, od czasu do czasu podbierając surowe kluski.

– Znowu się pokłóciłyście? – zapytał w końcu.

– Troszkę tak.

– O mnie?

– Oczywiście, że nie. Dlaczego tak uważasz?

– Słyszałem, co Angelika o mnie mówiła.

– To sama nieprawda, kochanie. – Podeszła i pocałowała syna w policzek. – Nie bierz tego na poważnie.

Zapadła chwila ciszy. Kobieta na powrót zajęła się gotowaniem i doprawianiem zawartości każdego z garnków. Marek patrzył na nią niepewny, trącając pojedyncze nitki leżące w jego zasięgu.

– Ale to prawda, wiesz? – podjął po chwili milczenia.

– Co takiego?

– Ja naprawdę nie mam się z kim bawić. Nie byłem zły, że musiałem czekać te dwie godziny. I tak bym nie miał nic do roboty.

– Nonsens, kochanie! Na pewno masz wielu przyjaciół!

– Mamo, mnie nikt nie lubi. Na przerwie zawsze siedzę sam, wiesz? Nie mam nic przeciwko. Ciocia czasami przysyła mi towarzystwo.

Kobieta uklęknęła przy krześle chłopca. Jej spojrzenie nie wyrażało nic innego poza bezgraniczną miłością. Pogładziła delikatnie dłoń dziecka.

– Kochanie, jeszcze kiedyś będziesz miał kolegów, zobaczysz. Będą wspaniali i nie będziesz się mógł od nich opędzić!

– Obiecujesz? – spytał z nadzieją w głosie.

– Obiecuję – odpowiedziała mama i pocałowała syna w czubek nosa.

– Cieszę się. Trochę dziwnie na mnie patrzą, gdy widzą, że gadam do siebie, wiesz?

– Wiem, skarbie. – Uśmiechnęła się chytrze. – Dlatego musisz to robić ciszej.

Oboje zabrali się do pracy. Marek powoli kroił plastikowym nożem ugotowaną marchewkę, a jego mama szatkowała, rwała liście, mieszała w czterech garnkach i popijała gorącą herbatę. Z pokoju Angeliki nie dochodziły już żadne odgłosy.

– Mamo, myślisz, że Angelika pójdzie kiedyś z nami do cioci? – zapytał, ocierając spocone czoło po kilkunastu minutach ciężkiej pracy.

– Chyba nie – odpowiedziała kobieta ze smutkiem w głosie.

– Szkoda. Fajnie byłoby ją jakoś przekonać, że ciocia nie jest taka, jak wszyscy mówią.

Mama zerknęła na swojego małego chłopca, a na jej twarzy pojawił się niewinny, złośliwy grymas. Złapała za telefon komórkowy, wybiegając z kuchni.

Marek patrzył przez chwilę za nią, po czym wzruszył ramionami i zjadł jeszcze kilka surowych klusek. Część z nich na pewno wyjął wcześniej z nosa.

*

Następnego dnia cała rodzina szykowała się do wyjazdu. Od rana panował rozgardiasz jakich mało. Mama biegała jak szalona od pokoju do pokoju, sprawdzając, czy wszystko jest już spakowane, czy lodówka została odłączona, okna pozamykane, i tym podobne. Ojciec nosił walizki do samochodu z miną, która świadczyła o tym, że oddałby wszystko za odrobinę spokoju. Angelika skakała od łazienki do sypialni, wrzucając do przepełnionej już torby jeszcze więcej rzeczy.

Na jej twarzy gościła niepewna i lekko wystraszona mina. Co chwilę przeglądała się w lustrze, przeczesując dłonią polakierowane włosy. Właśnie do niej dotarło, że wyjeżdża do dużego miasta. W dodatku pierwszy raz miała jechać na wakacje sama… To znaczy bez rodziców, którzy cały czas paplaliby jej nad uchem. Na początku była z tego powodu zachwycona, lecz tego ranka nie myślała już o tym z taką radością jak wcześniej.

Dobrze, że nie wiedziała, co miało ją spotkać już za parę minut.

Kiedy już wszystkie torby zostały zapakowane do bagażnika, a cała rodzina siedziała w samochodzie, napięcie trochę zelżało. Wszyscy zapięli pasy bezpieczeństwa, a tata wyjechał z podjazdu na ulicę.

– Słuchaj, mamo – odezwała się Angelika, poprawiając sukienkę. – Wiem, że wczoraj przegięłam i chciałam cię przeprosić.

– Przyjmuję przeprosiny – odpowiedziała kobieta. – Powinnaś też przeprosić swojego brata, bo wczoraj usłyszał wszystko, co o nim powiedziałaś.

Dziewczynka przygryzła wargi i zerknęła w bok. Marek zdawał się w ogóle nie zwracać na nią uwagi. Kiedy grał w gry wideo, zewnętrzny świat po prostu dla niego nie istniał.

Mama bacznie obserwowała w lusterku wewnętrzną walkę swojej córki. Ta po namyśle stwierdziła, że nie ma sobie zbyt wiele do zarzucenia. Powiedziała tylko prawdę. Poza tym on był młodszy, więc nie musiała go za nic przepraszać. Mamę to co innego, bo jest jej mamą, daje jej jedzenie i dach nad głową, ale tego małego gnojka? Nie było nawet takiej opcji!

– Nie przeproszę go! – oznajmiła twardo. – Nie muszę go za nic przepraszać!

Kobieta tylko wzruszyła ramionami i nie wróciła już do tematu. Angelika zapatrzyła się w okno, zadowolona z siebie. Wygrała kłótnię z mamą i nie musiała ustępować, a to nigdy wcześniej się nie zdarzyło.

O tym, że coś jest nie tak, dziewczynka zorientowała się dopiero, kiedy minęli zakręt prowadzący na autostradę. Wypatrywała bacznie tego zjazdu, a kiedy tata minął go, nawet nie zwalniając, ogarnęły ją złe przeczucia. Zerknęła na brata, nadal pogrążonego w grze, i na mamę. Zauważyła, że ta wciąż obserwuje ją w bocznym lusterku. Dziewczynka przełknęła ślinę i odezwała się ostrożnie:

– Mamo, dlaczego nie zjechaliśmy na autostradę?

Nikt nie odezwał się do niej słowem. Ojciec jechał pewnie po asfaltowej nawierzchni, mijając kolejne osiedla i pojedyncze domy. Gdy na horyzoncie zaczął majaczyć kościół, Angelikę przeszedł dreszcz. Nad cmentarzem zebrały się czarne chmury, prezentujące już pierwsze błyskawice. Tak naprawdę jednak dziewczynka zaczęła się bać dopiero wtedy, kiedy jej tata wjechał w osiedle bloków stojących najbliżej Cmentarzyska – tych, w których prawie nikt nie chciał mieszkać. Były szare, brudne i docierało tutaj jakby mniej słońca. Plac zabaw wydawał się opuszczony, nie licząc paru czarnych kotów sikających w piaskownicy. Angelika odpięła pas i wychyliła się do przodu.

– Mamo, co ty robisz? – zapytała ze strachem.

Ojciec zatrzymał samochód, po czym oboje rodzicewysiedli na zewnątrz. Mama podeszła do domofonu i zaczęła z kimś rozmawiać, a tato wyciągnął z bagażnika torbę córki.

Dziewczynka wyskoczyła z auta i podbiegła do kobiety.

– Mamo, co ty wyprawiasz?!

– Po tym, co wczoraj zrobiłaś, zadzwoniłam do cioci w Warszawie i odwołałam twoje wakacje – wyjaśniła bezceremonialnie.

Angelika otworzyła szeroko oczy, nie będąc w stanie wydusić z siebie słowa. Patrzyła tylko na mamę, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie usłyszała. Puściła się biegiem do ojca i uwiesiła mu się w pasie. Była przerażona.

– Tato, nie pozwól, żeby ona mi to zrobiła! Tyle czekałam na te wakacje! Już nawet wszystkim powiedziałam, gdzie jadę i wszyscy mi zazdroszczą! Jak się dowiedzą, że pojechałam na wakacje z wami nad jezioro, a nie do Warszawy, to stanę się pośmiewiskiem w całej szkole!

– Więc masz szczęście, że nie jedziesz z nami nad jezioro – skwitował ojciec.

Dziewczynka puściła go, jeszcze bardziej zdezorientowana, i dopiero teraz rozejrzała się uważniej dookoła. Spojrzała na swoją leżącą na chodniku walizkę oraz na blok, przed którym stali.

– Nie – szepnęła, odsuwając się dwa kroki w tył. – Nie…

Do auta z powrotem podeszła mama. Z jej twarzy zniknęła zawzięta mina, ale można było dostrzec ten sam złośliwy uśmiech, który pojawił się poprzedniego popołudnia, gdy wykonywała tajemniczy telefon.

– Dzwoniła do mnie wczoraj ciocia i powiedziała mi, że zachowałaś się wobec niej bardzo niekulturalnie – oznajmiła. – Podobno schowałaś się w krzakach, gdy tylko ją zobaczyłaś. To prawda?

– Nie – skłamała automatycznie Angelika.

– Nie kłam! Wiesz, że tego nienawidzę! Dlaczego się tak zachowałaś?

– Mamo, przecież wiesz, jaka ona jest – wybuchnęła dziewczynka. – Całe miasto wie, że jest nawiedzona i rzucała dzieci duchom na pożarcie. Mówiłam ci już o tym wczoraj!

Kobieta nachmurzyła się jeszcze bardziej.

– To nieprawda! Tak się składa, że ja bardzo ją lubię i szanuję, i wiem, jak musiało jej się zrobić przykro. Do tego wszystkiego wczoraj zachowałaś się wobec mnie najgorzej, dlatego postanowiłam, że będziesz miała całe wakacje, żeby wynagrodzić cioci wszystkie wyrządzone jej przykrości.

Te słowa spadły na Angelikę jak grom z Cmentarzyska. Nie tylko jej plany wakacyjne rozpadły się w pył, ale miała również zostać oddana pod opiekę nawiedzonej ciotce, która trudni się konszachtami z diabłem.

Zaczęła się panika.

– Mamo, nie. – Dziewczynka rzuciła się do stóp kobiety. – Nie zostawiaj mnie tutaj, proszę! Zrobię wszystko, co będziesz chciała, naprawdę! Będę już grzeczna, nie będę kłamać i pyskować. Obiecuję! Tylko, proszę, nie zostawiaj mnie na jej pastwę! Ona mnie im odda, zobaczysz! Ja już będę grzeczna!

Mama delikatnie odepchnęła od siebie córkę, na co ta postanowiła szukać wsparcia u ojca. Rzuciła się na niego i zaczęła płakać.

– Tato, nie każ mi tam iść – łkała. – Przecież ona ugotuje ze mnie zupę albo coś. Chcesz, żeby zjadły mnie wampiry albo porwała mumia? Proszę cię, tatooooooo!

Mężczyzna ukucnął przed dziewczynką, która położyła mu głowę na kolanach. To zawsze na niego działało.

– Kochanie – odezwał się. – Twoja ciocia nie jest taka, jak wszyscy mówią. Już najwyższy czas, żebyś się o tym przekonała. Na pewno nic ci nie grozi. Jestem pewien, że będziesz się świetnie bawić.

Angelika usłyszała trzask drzwi samochodu. Jej mama siedziała już w środku. Ojciec wstał i uwolnił się z uścisku córki. Wsiadł do auta, a chwilę później już ich nie było. Nie zatrzymali się, ani nawet nie zwolnili.

Dziewczynka stała sama obok swojej torby i rozmyślała nad ostatnimi słowami taty. Powiedział, że ciotka nie zrobi jej krzywdy, ale nie zaprzeczył temu, że na cmentarzu są potwory.

W tym samym czasie drzwi od klatki zaczęły się otwierać, rozdzierając ciszę upiornym skrzypieniem. Angelika odwróciła się szybko i zobaczyła postać w żałobnym welonie, machającą do niej zachęcająco chuderlawą ręką w czarnej rękawiczce.

Nawiedzona ciotka zapraszała ją do siebie.
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2018 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 14 gru 2018, 15:17 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka