Alyssa i czary - fragment

A.G. Howard
„Alyssa i czary”
Ocena użytkowników
brak (0 głosów)
Moja obsesja na punkcie owadów zaczęła się w pewien piątek, w czasach gdy
chodziłam do piątej klasy. Taelor Tremont oznajmiła wszem wobec, że jestem spokrewniona
z Alice Liddell, dziewczynką, która zainspirowała Lewisa Carrolla do napisania powieści Alicja
w Krainie Czarów.
Ponieważ Alice istotnie była moją prapraprababką, koleżanki i koledzy z klasy zaczęli
na przerwie dokuczać mi uwagami o gryzoniach i podwieczorkach. Sądziłam, że nic gorszego
mnie już nie spotka, póki nie poczułam w dżinsach wilgoci i nie uświadomiłam sobie z
zawstydzeniem, że po raz pierwszy dostałam okresu i jestem na to całkowicie
nieprzygotowana.
Bliska łez, wzięłam przy frontowych drzwiach ze sterty rzeczy znalezionych jakiś
sweter, obwiązałam się nim w pasie i ruszyłam do szkolnego gabinetu lekarskiego. Szłam ze
spuszczoną głową, nie potrafiąc spojrzeć nikomu w oczy. Udałam, że jestem chora, i
zadzwoniłam do taty, żeby po mnie przyjechał. Czekając na niego w pokoju pielęgniarki,
wyobrażałam sobie zażartą kłótnię pomiędzy kwiatami w wazonie na jej stole a krążącym
wokół nich bzyczącym trzmielem.
Było to bardzo sugestywne urojenie, ponieważ naprawdę to słyszałam, równie
wyraźnie jak uczniów za drzwiami przechodzących z klasy do klasy. Alison już wcześniej
ostrzegła mnie przed dniem, w którym stanę się kobietą. Głosy, które później usłyszałam,
zapewniły mnie jednak, że powiedziała to pod wpływem zaburzeń umysłowych.
Teraz nie mogłam zignorować tych naszeptywań trzmiela, podobnie jak łkania
wzbierającego w mojej piersi. Zrobiłam więc jedyną rzecz, jaką potrafiłam: zaprzeczyłam
temu, co się we mnie działo. Zwinęłam w rulon plakat przedstawiający cztery podstawowe
rodzaje pokarmów i walnęłam nim owada na tyle mocno, by go ogłuszyć. Potem
wyszarpnęłam z wody kwiaty i ścisnęłam je między kartkami kołonotatnika, skutecznie
uciszając ich szepty.
Kiedy dotarliśmy do domu, mój nieszczęsny, nieświadomy niczego tata zaofiarował
się, że ugotuje mi rosół z kury. Zignorowałam tę propozycję i poszłam do swojego pokoju.
‒ Czy myślisz, że wieczorem poczujesz się na tyle dobrze, by móc odwiedzić mamę? –
zapytał mnie z korytarza, jak zawsze wrażliwy na punkcie tego, by nie zakłócić u Alison jej
kruchego poczucia ustalonego porządku.
Nic nie odpowiedziałam i zatrzasnęłam drzwi. Ręce mi się trzęsły i czułam, jak krew
gwałtownie pulsuje mi w żyłach. Musiało istnieć jakieś wyjaśnienie tego, co przydarzyło mi
się w pokoju pielęgniarki. Byłam zestresowana żartami na temat Krainy Czarów, a gdy
dołączyły do tego hormony, dostałam ataku paniki. Tak. To brzmiało sensownie. W głębi
duszy wiedziałam jednak, że się oszukuję, i ostatnie, na co miałam ochotę, to wizyta w
zakładzie dla umysłowo chorych. Po kilku minutach wróciłam do salonu.
Tata siedział na ulubionym szezlongu – zniszczonym, zapadniętym sztruksowym
fotelu w stokrotki. Alison w trakcie jednego ze swoich epizodów naszyła na niego kwiatki.
Obecnie tata spędzał w nim mnóstwo czasu.
– Czujesz się lepiej, Motylku? – spytał, podnosząc wzrok znad magazynu
wędkarskiego.
Oparłam się o najbliższą ścianę pokrytą drewnianą boazerią, twarz owionął mi
wilgotny, zatęchły podmuch z klimatyzatora. Nasz dom bliźniak z dwiema sypialniami nigdy
nie zapewniał zbyt wiele prywatności, a tamtego dnia wydał mi się mniejszy niż
kiedykolwiek. Gwałtowne porywy powietrza targały czarnymi falistymi włosami taty.
Nerwowo zaszurałam nogami. To był aspekt bycia jedynaczką, którego nienawidziłam –
oprócz taty nie miałam nikogo, komu mogłabym się zwierzyć.

– Potrzebuję pewnej rzeczy. W szkole dali nam tylko jedną próbkę.
Tata spoglądał na mnie pustym wzrokiem jelenia wpatrującego się w poranny ruch na
autostradzie.
– Specjalna pogadanka, jaką wygłaszają nam w szkole – ciągnęłam.
– Ta, na którą nie zapraszają chłopców.
Machnęłam fioletową broszurą, którą wręczono wszystkim dziewczynkom w trzeciej
klasie. Była pognieciona, bo wepchnęłam razem z próbką podpaski higienicznej do szuflady
pod skarpetki. Po chwili kłopotliwej ciszy twarz taty oblał rumieniec.
– Och. Więc to dlatego…
Urwał i z udawanym zainteresowaniem wbił wzrok w zdjęcie zestawu kolorowych
przynęt na ryby morskie. Niewątpliwie był zakłopotany albo zdenerwowany, albo jedno i
drugie, ponieważ w promieniu pięciuset mil od naszego miasteczka Pleasance w stanie
Teksas nie ma żadnych słonych wód.
– Wiesz, co to oznacza, prawda? – naciskałam. – Alison wygłosi do mnie kolejną
przemowę na temat dojrzewania.
Rumieniec na jego twarzy objął także uszy. Tata przekartkował kilka stron magazynu,
wpatrując się pustym wzrokiem w ilustracje.
– No cóż, któż lepiej od mamy opowie ci o ptaszkach i pszczołach, nieprawdaż?
W głowie rozbrzmiała mi echem niewypowiedziana odpowiedź:
„Któż lepiej od samych pszczół?”.
Odchrząknęłam.
– Nie taką przemowę mam na myśli, tato, tylko szaloną. Taką: „Temu nie da się
zapobiec. Nie zdołasz skuteczniej niż ja umknąć tym głosom. Twoja prapraprababka nigdy nie
powinna była zejść do króliczej nory”.
Nieważne, że Alison mogła mieć rację. Nie byłam gotowa przyznać się do tego przed
tatą ani nawet przed sobą. Usiadł sztywno wyprostowany, jakby podmuchy klimatyzatora
skuły mu lodem kręgosłup. Przyjrzałam się krzyżującym się bliznom na moich dłoniach.
Oboje, tata i ja, wiedzieliśmy, że rzecz nie tyle w tym, co Alison powie, lecz w tym, co może
zrobić. Jeżeli dostanie kolejnego ataku szału, wsadzą ją w kaftan bezpieczeństwa. Wcześnie
dowiedziałam się, czym jest taki kaftan. Na tyle ciasny, że krew zbiera się w przedramionach i
dłonie drętwieją. Na tyle ciasny, że pacjent nie może się z niego wyswobodzić, bez względu
na to, jak głośno krzyczy. Na tyle ciasny, że boleśnie ściska serca bliskich osoby, której go
włożono. Poczułam, że do oczu znów napływają mi łzy.
– Posłuchaj, tato, i tak miałam już naprawdę podły dzień. Proszę, czy moglibyśmy dziś
wieczorem nie odwiedzić mamy? Tylko ten jeden raz?
Westchnął.
– Zadzwonię do zakładu Soul i zawiadomię ich, że złożymy mamie wizytę jutro. Ale i
tak w końcu będziesz musiała jej powiedzieć. Wiesz, to dla niej ważne, żeby nadal
uczestniczyć w twoim życiu.
Kiwnęłam głową. Być może będę musiała oznajmić jej, że stałam się kobietą, ale nie
muszę wyjawić, że stałam się n i ą . Zahaczyłam palec o szarfę koloru fuksji obwiązaną wokół
moich dżinsowych szortów i zerknęłam na stopy. Lśniące różowo paznokcie odbijały
popołudniowe światło wpływające przez okno. Różowy był zawsze ulubionym kolorem
Alison. Właśnie dlatego używam takiego lakieru.
– Tato – wymamrotałam wystarczająco głośno, by usłyszał.
– A co, jeśli Alison ma rację? Dziś zobaczyłam kilka rzeczy. Rzeczy, które po prostu nie
są… normalne. J a nie jestem normalna.

– Normalna – powtórzył.
Kąciki jego ust poszły w gorę w uśmiechu Elvisa. Powiedział mi kiedyś, że właśnie tym
uśmieszkiem zdobył Alison. Myślę jednak, że były to raczej jego łagodność i poczucie
humoru, gdyż właśnie te dwie cechy chroniły mnie przed płaczem każdej nocy po tym, jak
umieszczono ją w zakładzie psychiatrycznym.
Zwinął w tubę czasopismo i wsunął między siedzenie fotela a poręcz. Wstał, górując
nade mną wzrostem prawie stu dziewięćdziesięciu centymetrów, i dotknął dołka w moim
podbródku – jedynej cechy fizycznej, którą mam po nim, a nie po Alison.
– Posłuchaj mnie, Alysso Victorio Gardner. No r m a l - n o ś ć to pojęcie subiektywne.
Nigdy nie pozwól nikomu nazwać cię nienormalną. Ponieważ jesteś moją córką i tylko
moja opinia się liczy. Zrozumiałaś?
– Zrozumiałam – szepnęłam.
– To dobrze.
Ścisnął mi ramię ciepłymi, silnymi palcami. Szkoda tylko, że zdradził go tik w lewym
oku. Martwił się o mnie, a nie znał nawet połowy tego, co mi się przydarzyło.
Tamtej nocy rzucałam się i przewracałam bezsennie w łóżku. Kiedy w końcu
zasnęłam, po raz pierwszy przyśnił mi się koszmar o Alicji, który odtąd stale mnie dręczy. W
tym śnie natrafiam na szachownicę w Krainie Czarów i potykam się o jej czarne i białe
kwadraty. Tylko że nie jestem sobą. Jestem Alicją w niebieskiej sukience i koronkowym
fartuszku, usiłującą umknąć przed tykaniem kieszonkowego zegarka Białego Królika. Ten
królik wygląda, jakby obdarto go żywcem ze skory – ma tylko kości i królicze uszy. Królowa
Kier rozkazała, żeby ścięto mi głowę i wsadzono do słoja z formaliną. Ukradłam królewski
miecz i uciekam, rozpaczliwie usiłując odszukać pana Gąsienicę i Kota z Cheshire. To jedyni
sprzymierzeńcy, jacy mi pozostali. Daję nura w las, rozcinam mieczem winorośle zwisające
nad ścieżką. Z ziemi wyrasta gęstwa cierni. Rozrywają mój fartuszek i kaleczą skórę niczym
groźne szpony. Wszędzie wokoło wznoszą się drzewa mniszka. Jestem wielkości świerszcza,
tak jak wszyscy inni. Widocznie to dlatego, że coś zjedliśmy… Tuż za mną rozlega się
głośniejsze tykanie kieszonkowego zegarka Białego Królika, słyszalne nawet poprzez tupot
marszowych kroków tysiąca żołnierzy z talii kart. Dusząc się od pyłu, wpadam do kryjówki
pana Gąsienicy, w której rosną wysokie grzyby z kapeluszami wielkości opon ciężarówek. To
ślepy zaułek. Rzucam szybkie spojrzenie na najwyższy grzyb i serce mi zamiera. Miejsce, w
którym niegdyś siedział pan Gąsienica oferujący mi radę i przyjaźń, spowija teraz zbita, gęsta
masa białej pajęczyny. W jej centrum coś się porusza, twarz przyciśnięta do ściany
przezroczystej skrzynki; przesuwa się na tyle, że mogę rozróżnić jej rysy, ale nie potrafię
jeszcze dostrzec żadnych wyraźnych szczegółów. Zbliżam się powoli, rozpaczliwie usiłując się
zorientować, kto lub co jest tam w środku… ale rozprasza mnie widok unoszącego się obok w
powietrzu pyska Kota z Cheshire, który wrzeszczy, że stracił ciało. Pojawia się armia
karcianych żołnierzy. W jednej chwili zostaję otoczona. Na oślep odrzucam miecz, ale
Królowa Kier występuje naprzód i chwyta go w locie. Padam na kolana przed armią żołnierzy
i błagam, żeby darowano mi życie. Lecz nadaremnie. Karty nie mają uszu. A ja już nie mam
głowy.
* * *
Przykrywam szmatką moją gwiezdną mozaikę z pająków, chroniąc gips, zanim
wyschnie. Zjadam szybko nachosy na lunch i ruszam do podziemnego skate parku w
Pleasance, żeby zabić czas przed spotkaniem z tatą w zakładzie psychiatrycznym. Tutaj, w
półmroku, czuję się zawsze u siebie. Skate park mieści się w dawnym, porzuconym solnym

wysadzie, olbrzymiej podziemnej grocie o stropie osiągającym gdzieniegdzie wysokość nawet
piętnastu metrów. Zanim to kopulaste wnętrze przebudowano na wrotkarnię, służyło jako
magazyn bazy wojskowej.
Nowi właściciele usunęli tradycyjne oświetlenie i dzięki pokryciu ścian farbą
fluorescencyjną oraz dodaniu czarnych świateł przekształcili to miejsce w fantazję każdego
nastolatka – ciemny, nastrojowy, spowity ultrafioletową poświatą plac z wrotkarnią,
jarzącym się fosforycznie polem minigolfa, arkadą i restauracją.
Olbrzymia cementowa niecka dla deskorolkarzy, ozdobiona cytrynowymi neonami,
świeci w mroku niczym zielona latarnia morska. Każdy deskorolkarz musi podpisać
oświadczenie, że jeździ na własne ryzyko, i umieścić na desce pomarańczową opaskę
odblaskową, aby uniknąć zderzeń w ciemności. Z daleka wyglądamy, jakbyśmy śmigali na
świetlikach przez zorze polarne, przecinając nawzajem swoje rozjarzone tory lotu.
Zaczęłam jeździć na desce w wieku czternastu lat. Potrzebowałam uprawiania
jakiegoś sportu, kiedy nosiłam iPoda ze słuchawkami, by stłumić szepty zabłąkanych owadów
i kwiatów. Nauczyłam się ignorować moje urojenia. Rzeczy, które słyszałam, były zwykle
bezsensowne i chaotyczne i mieszały się ze sobą w szmery i trzaski przypominające
zakłócenia radiowe. Przez większość czasu potrafię przekonywać siebie, że są tylko
białym szumem. Bywają jednak momenty, gdy jakiś owad czy kwiat mówi coś głośniej od
innych – coś odnoszącego się do danej chwili lub do mnie osobiście, albo coś istotnego – i to
wybija mnie z mojej gry. Tak więc kiedy śpię lub jestem zajęta czymś wymagającym
intensywnego skupienia, muszę koniecznie używać iPoda.
W skate parku wszystko, co wali z głośników – od muzyki z lat osiemdziesiątych do
alternatywnego rocka – blokuje wszelkie możliwe rozpraszające mnie głosy. Nie muszę
nawet nosić słuchawek. Jedyną wadą jest, że to miejsce należy do rodziny Taelor Tremont.
Przed uroczystym otwarciem skate parku dwa lata temu Taelor zadzwoniła do mnie.
– Pomyślałam, że zainteresuje cię, jak nazwiemy to centrum – powiedziała z
sarkazmem w głosie.
– Tak, a dlaczego? – odparłam, siląc się na uprzejmość, ponieważ jej ojciec, pan
Tremont, podpisał umowę ze sklepem mojego taty z artykułami sportowymi na wyłączną
dostawę dla megacentrum.
Była to nader korzystna okoliczność, ponieważ znaleźliśmy się na skraju bankructwa z
powodu rachunków za opiekę medyczną nad Alison. Poza tym jako dodatkowy bonus
dostałam nieograniczone czasowo bezpłatne członkostwo w centrum.
– N o bo… – Taelor zachichotała cicho. Usłyszałam w tle śmiechy jej przyjaciółek.
Widocznie miały włączony zestaw głośnomówiący. – Tata chce nazwać go Krainą Czarów. –
W słuchawce rozbrzmiały chichoty. – Pomyślałam, że będziesz tym zachwycona, bo wiem, jak
bardzo szczycisz się swoją króliczą prapraprababką.
Ta kpina zabolała mnie bardziej, niż powinna. Widocznie milczałam zbyt długo,
ponieważ chichot Taelor ucichł.
– Właściwie – wykrztusiła – myślę, że ta nazwa jest zanadto banalna. Lepszy będzie
Podziemny Świat. No wiesz, bo to miejsce jest pod ziemią. Co ty na to, Alysso?
Wspominam dziś ten rzadki przebłysk wyrzutu sumienia u Taelor, pędząc na desce
pośrodku cementowej misy pod zwisającym z sufitu jaskrawym neonem PODZIEMNY ŚWIAT.
Miło moc przypomnieć sobie, że Taelor ma jednak jakąś ludzką cechę. Z głośników leci
rockowa piosenka. Zjeżdżam do niższej części niecki, a wokół mnie śmigają ciemne sylwetki
na tle neonu.

Balansując tylną nogą na ogonie deski, przygotowuję się do poderwania jej frontu przednią
nogą. Przed kilkoma dniami próbę wykonania triku ollie przypłaciłam stłuczeniem kości
ogonowej. Teraz boję się śmiertelnie powtórki, ale coś we mnie nie pozwala mi zrezygnować.
Muszę wciąż ponawiać próby, bo inaczej nigdy nie nabiorę dość śmiałości, by nauczyć
się jakichkolwiek naprawdę trudnych ewolucji, ale moja determinacja sięga o wiele głębiej.
Gdzieś do wnętrza – aż po dreszcze, które mącą mi myśli i szarpią nerwy, póki nie zyskam
pewności, że się nie boję. Czasami wydaje mi się, że w mojej głowie jest ktoś jeszcze, kto
nakłania mnie, żebym przekraczała własne ograniczenia. Upajając się przypływem
adrenaliny, odrywam się od ziemi. Ciekawa tego, jak daleko przeleciałam, gwałtownie
otwieram oczy. Jestem w połowie skoku; widzę, jak pode mną szybko przesuwa się podłoże.
Ciarki przebiegają mi po grzbiecie. Tracę zimną krew, moja przednia stopa się ślizga i upadam
na podłogę z głośnym łupnięciem.
Uderzam o nią najpierw lewą nogą i ręką. Ból przeszywa wszystkie kości. Impet
upadku wydusza mi powietrze z płuc i nieruchomieję na dnie niecki. Deska toczy się za mną
niczym wierne domowe zwierzę i zatrzymuje się, trącając mnie w żebra.
Z trudem łapię powietrze, przekręcam się na plecy. Każdy nerw w kolanie i kostce
płonie bólem. Rzemyk nakolannika rozerwał się, pozostawiając rozdarcie w czarnych
legginsach, które noszę pod fioletowymi spodenkami rowerowymi. Obok mnie na ukośnej
powierzchni cementu, oświetlonej zielonym blaskiem neonu, widzę ciemną plamę. Krew…
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2018 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 15 lis 2018, 11:03 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka