Wieża Świtu - fragment

Sarah J. Maas
„Wieża Świtu”
Ocena recenzenta
5.0/5
Ocena użytkowników
brak (0 głosów)
Chaol Westfall, były kapitan Gwardii Królewskiej, a obecnie namiestnik niedawno koronowanego króla Adarlanu, doszedł do wniosku, że ze wszystkich dźwięków na świecie najbardziej nienawidzi odgłosu wyda¬wanego przez koła.
Zwłaszcza zaś nie znosił ich turkotu, gdy toczyły się po de¬skach okrętu, na którym spędził ostatnie trzy miesiące burzli¬wego rejsu. A następnie nie cierpiał stukotu, z jakim toczyły się po lśniących mozaikach i posadzkach z zielonego marmu¬ru w pałacu kagana, władcy Południowego Kontynentu. Nie mając nic do roboty poza siedzeniem w fotelu z koła¬mi, który stał się dla niego zarówno więzieniem, jak i jedy¬nym sposobem na oglądanie świata, Chaol przyglądał się wszystkim szczegółom ogromnego pałacu, wznoszącego się na jednym z niezliczonych wzgórz stolicy. Każdy jego ele¬ment pochodził z innej części ogromnego imperium i śpiewał o jego chwale. Wypolerowany, zielony marmur, po którym toczył się teraz fotel Chaola, wycięto w kamieniołomach w po¬łudniowo-zachodniej części kontynentu. Wyrastające naokoło czerwone kolumny, wyrzeźbione na podobieństwo pni drzew i podtrzymujące wysokie, kopulaste sufity – które przykry¬wały niekończącą się poczekalnię – wykonano z surowców, przywiezionych z pustyń na północnym wschodzie.
Mozaiki urozmaicające zieleń posadzek zostały ułożone przez rzemieślników z Tigany, kolejnego wśród cennych miasta kagana, leżącego na górzystym, południowym skra¬ju kontynentu. Każda przedstawiała scenę z bogatej, chwa¬lebnej, choć brutalnej przeszłości kaganatu. Niektóre upa¬miętniały długie wieki, podczas których jego lud wędrował na końskich grzbietach po stepach na wschodzie kontynen¬tu. Na innych można było ujrzeć pierwszego kagana, który zjednoczył rozproszone plemiona i na ich czele podbijał kra¬inę za krainą, tworząc ogromne imperium dzięki fortelom i kunsztowi strategicznemu. Jeszcze inne przedstawiały kolejne trzy wieki oraz rozmaitych kaganów, którzy powięk¬szali imperium, zwozili łupy z setek podbitych ziem i budo¬wali niezliczone drogi oraz mosty, by spoić wielkie państwo w jedną całość, a potem władali nim z wprawą i mądrością.
„Być może te mozaiki pokazują, czym mógł się stać Adar¬lan – dumał Chaol, wsłuchany w toczone szeptem rozmowy dworzan, niosące się wśród rzeźbionych kolumn i odbijające się od pozłacanych sufitów. – Oczywiście gdyby nie rządził nim opętany przez demona król, którego jedynym celem jest zamienić ten świat w żerowisko dla swych hord” – dodał w myślach.
Obrócił głowę i spojrzał na Nesryn, która z kamienną twarzą popychała jego fotel. Jedynie z jej ciemnych oczu, które omia¬tały spojrzeniem każdą mijaną twarz, każde okno i każdą kolumnę, można było wyczytać, że podziwia ogromną sie¬dzibę kagana.
Zachowali na tę okazję swoje najlepsze ubrania. Nowo mianowana kapitan Gwardii Królewskiej w istocie prezento¬wała się wspaniale w karmazynowo-złotym mundurze. Chaol nie miał pojęcia, skąd Dorian wytrzasnął jeden z tych mundu¬rów, które on sam kiedyś nosił z taką dumą.
Z początku miał zamiar ubrać się na czarno, gdyż nie prze¬padał za dobieraniem kolorów i nie znał się na tym. Z ochotą zakładał jedynie czerwień i złoto reprezentujące jego króle¬stwo. Niemniej czerń była przecież kolorem strażników Era¬wana, co do jednego owładniętych przez Valgów. To w takich właśnie idealnie czarnych mundurach terroryzowali Rifthold. W nich złapali, torturowali i zamordowali jego ludzi.
A potem powiesili ich ciała na bramach pałacowych, by kołysały się z wiatrem.
Nie udało mu się dobrze przyjrzeć antykańskim strażni¬kom, których mijali po drodze, zarówno na ulicach, jak i w sa¬mym pałacu. Widział tylko, że prężyli się z dumą na bacz¬ność, czujni i uważni, zbrojni w miecze i sztylety. Miał ochotę wodzić za nimi wzrokiem i sprawdzać, czy stoją tam, gdzie stać powinni – gdzie osobiście by ich rozstawił i gdzie sam by czuwał, strzegąc wizyty zagranicznych emisariuszy.
Nesryn przechwyciła jego spojrzenie. Jej czarne, długie do ramion włosy falowały z każdym krokiem, a ciemne oczy zgoła nie mrugały. Na pięknej, poważnej twarzy nie było ani cienia napięcia. W żaden sposób nie dawała po sobie poznać, iż za moment przyjdzie im stanąć przed obliczem najpot꿬niejszego człowieka świata – mężczyzny, który mógł odmie¬nić ich życie oraz losy całego kontynentu w wojnie, która bez wątpienia właśnie wybuchała. Chaol patrzył przed siebie bez słowa. Nesryn ostrzegała go, że te ściany, kolumny i przejścia miały uszy, oczy i usta.
Ta świadomość sprawiła, że zaciskał dłonie na poręczach, by nie bawić się ubraniem, na które się ostatecznie zdecydo¬wał. Na spotkanie z kaganem przywdział jasnobrązowe spodnie, ciemnobrązowe buty do kolan i białą koszulę z jedwabiu doskonałej jakości, na którą nałożył ciemnoniebieską kurtkę. Kurtka prezentowała się skromnie, a jej prawdziwą wartość zdradzały dopiero lśniące mosiężne zapięcia z przo¬du oraz połyskliwe, złote nici, którymi obszyto wysoki koł¬nierz i mankiety. Nie przypiął miecza i brak jego znajomego ciężaru dokuczał mu niczym fantomowa kończyna.
Lub bezwład nóg.
Miał przed sobą dwa zadania i nadal nie wiedział, które z nich okaże się bardziej nierealne.
Przekonanie kagana i jego sześciu potencjalnych spadko¬bierców, by poprowadzili swe ogromne armie na wojnę z Erawanem?
A może odszukanie w Torre Cesme uzdrowicielki, która znajdzie sposób, by przywrócić mu umiejętność chodzenia?
„By mnie naprawić” – pomyślał z obrzydzeniem.
Nienawidził tego słowa niemalże równie mocno jak terko¬tu kółek fotela. „Naprawić”. Nawet jeśli dokładnie o to miał błagać legendarnych uzdrowicieli, to słowo drażniło go, do-prowadzało do wściekłości.
Odepchnął je na bok, jak najdalej od siebie.
Nesryn podążała w ślad za niemalże bezszelestnymi służą¬cymi, którzy powitali ich w porcie, a potem poprowadzili kręty¬mi, zakurzonymi, brukowanymi uliczkami Antiki w górę, aż padł na nich cień kopuł i trzydziestu sześciu minaretów pałacu.
Z okien, drzwi i latarni w mieście zwisały niezliczone pa¬sma białego sukna, zarówno filcu i lnu, jak i jedwabiu. Nesryn zdążyła mu szepnąć, iż w ten sposób upamiętnia się śmierć ważnego urzędnika bądź odległego krewnego władcy. Rytu¬ały pogrzebowe różniły się od siebie i nierzadko były połą¬czeniem zwyczajów z różnych krain, wchodzących w skład kaganatu, ale wywieszanie białego sukna stanowiło odwiecz¬ną tradycję, popularną jeszcze w czasach, gdy późniejsi pod¬dani kagana wędrowali po stepach i układali swych zmarłych pod czujnym, otwartym niebem.
Miasto jednakże było dalekie od żałoby. Mijały ich setki przechodniów w najróżniejszych strojach, kupcy zachwalali swe towary, a akolici z drewnianych i kamiennych świątyń wzywali do modłów. Nesryn opowiedziała Chaolowi, że w Antice każdy bóg miał swoje miejsce. Największe wrażenie czyniła jednak wzniesiona z jasnego kamienia wieża, wyra¬stająca z czubka któregoś z południowych wzgórz, wyższa i bardziej imponująca nawet od samego pałacu.
Torre. To w tej wieży mieszkali i pracowali najlepsi uzdro¬wiciele śmiertelnicy na całym świecie. Chaol robił wszystko, by się na nią nie gapić przez okna powozu, choć jej masyw widać było niemalże z każdej ulicy Antiki. Żaden ze służą¬cych nie zająknął się o niej ani słowem ani też nie wskazał im imponującej, dominującej konstrukcji, która wydawała się ry-walizować nawet z pałacem kagana.
Nie, podczas drogi do pałacu służący nie zaszczycili ich rozmową. Nie skomentowali nawet pogrzebowych propor¬ców, powiewających na suchym wietrze.
Byli to mężczyźni i kobiety o prostych, ciemnych włosach, odziani w luźne spodnie i powłóczyste, ciemnoniebieskie i krwistoczerwone kurtki z elementami jasnego złota. Choć teraz otrzymywali za swą służbę zapłatę, wywodzili się od niewolników, którymi niegdyś władała rodzina kagana. Działo się tak do czasu, gdy poprzedni kagan, wizjoner i wichrzyciel, postanowił zakazać niewolnictwa, by jeszcze bardziej usprawnić swe państwo. Zwolnił wszystkich niewolników, ale zatrzymał ich, by służyli mu w zamian za pensję, a wraz z nimi ich dzieci. Teraz służbę kagana stano¬wiły dzieci tychże dzieci.
W istocie żaden z towarzyszących im służących nie wyda¬wał się zagłodzony ani zaniedbany, a w ich zachowaniu nie było znać strachu, wyglądało więc na to, że obecny kagan dobrze traktował swoich poddanych i należało mieć nadzie¬ję, że niewybrany jeszcze dziedzic pójdzie w jego ślady.
W przeciwieństwie do Terrasenu i Adarlanu o tym, kto za¬stąpi rządzącego tu władcę, nie decydowało pokrewieństwo ani płeć, ale wola kagana. Spora liczba dzieci nie do końca ułatwiała to zadanie. Współzawodnictwo między nimi prze¬radzało się nierzadko w krwawe zawody, gdyż każde chciało udowodnić ojcu, że jest najsilniejsze, najmądrzejsze i najlepiej nadaje się do sprawowania rządów.
Prawo wymagało, by kagan trzymał w ukrytym skarbcu zapieczętowany dokument, przedstawiający kolejność spad¬kobierców w drodze do tronu. Sięgano po niego w chwilach, gdy władcę dopadła przedwczesna śmierć i nie zdołał jeszcze oficjalnie ogłosić swego następcy. Lista mogła być zawsze zmieniona, ale jej istnienie łagodziło lęk przed tym, co groziło imperium od czasów, gdy pierwszy kagan zjednoczył wszyst¬kie krainy i terytoria – rozpadem. Obawiano się nie wrogich sił z zewnątrz, ale wojny domowej.
Pierwszy kagan był mądrym człowiekiem. Przez trzysta lat istnienia kaganatu ani razu nie doszło do konfliktu we¬wnętrznego.
Służący zatrzymali się między dwiema potężnymi ko¬lumnami i złożyli przybyszom głęboki ukłon, a pchająca fotel
Nesryn wkroczyła do olśniewającej swym pięknem sali tro¬nowej. Wokół złocistego, migoczącego w promieniach połu¬dniowego słońca podwyższenia z tronem zgromadziły się dziesiątki ludzi. Chaol spojrzał na pięć osób, które stały przed tronem, i zadał sobie w myślach pytanie, kto z nich w przyszłości zostanie wybrany, by władać imperium.
W pomieszczeniu słychać było jedynie szelest ubrań ponad czterech tuzinów ludzi, których Chaol zliczył odruchowo, rozglądając się dookoła. Tworzyli dwie ściany jedwabiu, kosztowności i opalonych ciał, a między nimi wiodła alejka, ciągnąca się aż po migotliwe podwyższenie.
Szelest ubrań oraz… Turkot i pisk kółek. Nesryn naoliwi¬ła je starannie, ale po tygodniach spędzonych na morzu me¬tal tu i ówdzie ustępował już miejsca rdzy. Każdy zgrzyt i piśnięcie były dla Chaola równie dotkliwe jak przesunięcie paznokciem po szkle.
Mimo to trzymał głowę wysoko, a plecy miał wyprosto¬wane.
Nesryn stanęła w odpowiedniej odległości od podwyż¬szenia i szeregu pięciorga młodych ludzi, kobiet i mężczyzn, którzy odgradzali ich od władcy.
Wypełniali pierwszy obowiązek każdego księcia czy ksi꿬niczki, którym była ochrona ich króla. Trudno o lepszy spo¬sób, by się wyróżnić i okazać swą lojalność, a niewykluczone, że też zasłużyć na miano dziedzica. A pięcioro młodych ludzi przed nimi…
Chaol sprawnie zamaskował emocje i policzył raz jeszcze. Tylko pięcioro. Pięcioro, a nie sześcioro, jak twierdziła Nesryn.
Ani myślał rozglądać się po sali w ślad za zaginionym dziec¬kiem kagana. Nadszedł bowiem czas na to, do czego szykował się przez ostatni tydzień na morzu, w miarę jak zbliżali się do portu docelowego, a powietrze robiło się coraz gorętsze i such¬sze. Nadal czuł dyskomfort, robiąc to w fotelu, ale ukłonił się bardzo nisko, aż ujrzał swoje martwe nogi, nieskazitelnie brą-zowe buty oraz ukryte w nich bezwładne stopy.
Szelest ubioru po lewej zdradził mu, że Nesryn stanęła obok niego i również złożyła głęboki ukłon.
Trwali w twej pozie przez trzy oddechy, bo tak, zdaniem Nesryn, nakazywał ceremoniał.
Chaol wykorzystał ten czas, by się przygotować i odepchnąć jak najdalej ciężar odpowiedzialności, z którą tu przybyli.
Niegdyś był mistrzem w utrzymywaniu niewzruszonej miny. Wiele lat służył ojcu Doriana i bez mrugnięcia okiem przyjmował rozkazy, a jeszcze wcześniej znosił towarzystwo własnego ojca, który umiał mu dopiec słowem, jak i przyłożyć pięścią. Takim człowiekiem był prawdziwy władca Anielle.
Chaol również miał prawo tytułować się lordem, ale uwa¬żał swój tytuł za kpinę oraz kłamstwo. Prosił Doriana, by ten przestał się do niego odwoływać, ale jego protesty nic nie da-ły. Tak więc jego pełne miano brzmiało obecnie: lord Chaol Westfall, Królewski Namiestnik.
Nie znosił swego tytułu jeszcze bardziej niż odgłosów wy¬dawanych przez koła fotelu. Bardziej niż swego ciała od pasa w dół, które nie reagowało na żadne bodźce i pomimo upły-wu czasu nadal zaskakiwało go swoim bezruchem.
Był Lordem Niczego. Władcą Krzywoprzysięzców. Panem Kłamców.
Wyprostował się i spojrzał w skośne oczy siwowłosego mężczyzny na tronie. Na brązowej ogorzałej skórze kagana pojawiły się lekkie zmarszczki, gdy uśmiechnął się przebiegle. Chaol zadał zaś sobie w myślach pytanie, czy władca również znał prawdę o nim.
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2018 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 19 gru 2018, 14:13 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka