Legion płomienia - fragment

Anthony Ryan
„Legion płomienia”
Ocena recenzenta
5.0/5
Ocena użytkowników
brak (0 głosów)
Rozdział 1
Sirus


Znowu obudził go szloch Katryi. Ciche łkanie w ciemności. Do tej pory nauczyła się już nie płakać głośno, za co Sirus był wdzięczny. Majack zagroził, że ją udusi pierwszej nocy, kiedy stłoczyli się razem w cuchnącej strudze, a Katrya przywarła mocno do Sirusa i wypłakiwała łzy, którym najwyraźniej nie było końca.
– Zrób coś, żeby się zamknęła! – warknął wtedy Majack, odsuwając się od zielonych od śluzu ścian kanału ściekowego. Mundur miał w strzępach, a w chaosie, który rozpętał się na górze, stracił karabin. Był jednak potężnym mężczyzną, a jego ręce żołnierza wyglądały na bardzo silne, kiedy rzucił się ku nim, sięgając po przemoczoną bluzkę Katryi, i syknął: – Milcz, durna suko!
Zamarł, gdy nóż Sirusa docisnął się do jego mięsistego ciała poniżej podbródka.
– Zostaw ją – szepnął chłopak, zdumiewając się pewnością swojego głosu.
Nóż, rzeźnickie narzędzie o szerokim ostrzu z kuchni w domu jego ojca, był ciemnoczerwony od czubka aż po rękojeść: pamiątka po początku ich podróży do tego cuchnącego schronienia.
Majack odsłonił zęby w wyzywającym grymasie, patrząc w oczy młodzikowi z zakrwawionym nożem, i dostrzegł w nich na tyle złowieszczą obietnicę, że zabrał ręce.
– Ściągnie je tutaj – wychrypiał.
– Wobec tego zostaje ci nadzieja, że biegasz szybciej od nas – odpowiedział mu Sirus, zabierając nóż i wciągając Katryę głębiej do tunelu.
Trzymał ją blisko, szepcząc jej do ucha pocieszające kłamstwa, aż płacz zamienił się w żałosne kwilenie.
Było ich dziesięcioro tej pierwszej nocy, dziesięć zdesperowanych dusz tłoczących się w brudzie pod ziemią, kiedy powyżej umierało Morsvale. Mimo obaw Majacka płacz Katryi nie ściągnął wrogów. Ani wtedy, ani następnej nocy. Sądząc po nieustającej kakofonii dobiegającej przez kraty studzienek, Sirus spodziewał się, że najeźdźcy znaleźli dość ofiar, żeby mieć zajęcie, przynajmniej na razie. Ale, oczywiście, to nie mogło trwać w nieskończoność.
Piątego dnia dziesiątka zamieniła się w dziewiątkę, kiedy głód wygnał ich na poszukiwanie jedzenia. Czekali aż do zmroku, zanim wymknęli się przez studzienkę przy ulicy Buchalterów, gdzie znajdowała się większość sklepów spożywczych w mieście. Początkowo wydawało się, że wszędzie panuje spokój, nigdzie nie rozbrzmiewały przenikliwe wrzaski zaniepokojonego smoka, żaden patrol Splugawionych nie zagnał ich z powrotem do brudu. Majack wyważył drzwi sklepu i napełnili kilka worków cebulami i ziemniakami. Sirus chciał wracać, ale pozostali – coraz bardziej przekonani przez trwającą ciszę, że potwory odeszły – zdecydowali, że zaryzykują i zajrzą do rzeźnika nieopodal. Szli właśnie wąską uliczką w stronę Targu Hailwell, obładowani wołowiną i wieprzowiną, kiedy to się stało.
Nagły wibrujący warkot, rozmazana plama błyskającego ogona i jedno z nich przepadło. Kobieta w średnim wieku, mało ważna urzędniczka z Cesarskiego Pierścienia; jej ostatnie słowa były bełkotliwą prośbą o pomoc, zanim smok zniknął z nią za krawędzią dachu w górze. Nie czekali, aż rozlegną się jej krzyki, uciekli do obrzydliwego schronienia, gubiąc w pośpiechu połowę łupów. Kiedy już znaleźli się pod ziemią, uciekli głębiej w kanały ściekowe. Simleon, chudy jak patyk młodzieniec o przestępczych skłonnościach, znał nieco labirynt rur i tuneli; poprowadził ich do centralnego węzła, gdzie łączyły się różne rury, a zgromadzone ścieki wyprowadzał do morza szeroki kanał. Początkowo ryczący nurt był brudny, ale w miarę upływu dni wody stawały się coraz czystsze.
– Myślisz, że jeszcze ktoś został? – mruknął pewnego dnia Majack.
Sirus uznał, że minął miesiąc albo więcej od ich nieudanego wypadu; na dole trudno było zachować rachubę upływających dni. Tępy wzrok Majacka był utkwiony w przepływających ­wodach. Uprzednia wrogość żołnierza zamieniła się w apatyczne przygnębienie, które – jak wiedział Sirus – wynikało z głodu i rozpaczy. Chociaż surowo przestrzegali wydzielania racji żywnościowych, zostały im może ze dwa dni do końca zapasów.
– Nie wiem – odpowiedział Sirus, chociaż mocno podejrzewał, że dziewięć zagłodzonych dusz to wszystko, co ostało się z populacji Morsvale.
– To nie była nasza wina, wiesz? – Apatia w spojrzeniu Majacka zniknęła, kiedy spojrzał na Sirusa, a w jego głosie zabrzmiała prośba o zrozumienie. – Było ich tak wielu. Tysiące tych bydlaków, tysiące smoków i Splugawionych. Morradin zabrał wszystkich do walki z korporacjonistami, w garnizonie została tylko garstka ludzi. Nie mieliśmy szans...
– Wiem – odrzekł Sirus, a w jego głosie zabrzmiała ostateczność. Słyszał już tę przemowę i wiedział, że jeśli jej nie przerwie, użalanie się Majacka może ciągnąć się godzinami.
– Sto nabojów każdy, tylko tyle mieliśmy. I tylko jedna bateria artylerii do obrony całego miasta...
Sirus jęknął i odsunął się, idąc ostrożnie po cegłach do miejsca, gdzie Katrya kuliła się na półce obok wielkich rur. Włożyła rękę w wodę tryskającą z rury, jej smukłe palce rozbryzgiwały strumień.
– Myślisz, że jest już dość czysta, żeby nadawała się do picia? – zapytała.
Mieli jakieś półtorej butelki wina: jedyna nieskażona rzecz do picia, jaka im została.
– Nie.
Usiadł, spuszczając nogi z półki i patrząc, jak woda znika w rozległej ciemności szybu. Już kilka razy zastanawiał się, czy nie skoczyć, ale nie z powodu ciągot samobójczych. Według Simleona szyb łączył się z rozległym podziemnym tunelem, który prowadził do morza. Gdyby przeżyli upadek, mogliby tamtędy uciec. O ile przeżyją upadek...
– Znowu o niej myślisz, co? – zapytała Katrya.
Sirus rzucił jej surowe spojrzenie, szorstkie przypomnienie o jej statusie cisnęło mu się na usta. „Pamiętaj, proszę, ­panienko, że jesteś jedynie służącą w domu mojego ojca”. Słowa jednak zamarły mu na ustach, kiedy spojrzał jej w oczy i zobaczył mieszankę nieposłuszeństwa i wyrzutu. Podobnie jak większość służby zatrudnionej przez jego ojca, Katrya miała pewne pojęcie o wstydliwej, lecz przemożnej obsesji Sirusa. Dziwiło go jednak, że przejmowała się czymś takim w ich obecnej sytuacji.
– Prawdę mówiąc, nie – odpowiedział tylko i skinął głową w stronę szybu. – Simleon mówi, że do dna jest jakieś osiemdziesiąt stóp.
– Zginiesz – orzekła beznamiętnie.
– Możliwe. Jednak coraz trudniej mi dostrzec jakieś inne wyjście.
Zawahała się, a potem przysunęła do niego i oparła mu głowę na ramieniu w coraz bardziej znajomym geście, który był nie do pomyślenia jeszcze kilka tygodni wcześniej.
– Na górze zrobiło się teraz okropnie cicho – powiedziała. – Możliwe, że wszyscy odeszli. Poszli do Carvenportu. Parę innych osób też tak myśli.
Poszli do Carvenportu. Czemu nie? Po co zostawać, skoro już wszystkich wyrżnęli? Ta myśl była wręcz niemożliwie kusząca, ale też niebezpieczna. Istnieje jakieś inne wyjście? – zadawał sobie pytanie, a całkowita ciemność szybu znowu wypełniła mu oczy.
– Twój ojciec poszedłby przynajmniej sprawdzić – zasugerowała Katrya. Wypowiedziała te słowa cicho, bez złośliwości czy krytyki, ale wystarczyły, żeby odsunął się od niej i wstał.
– Mój ojciec nie żyje – odpowiedział jej.
Wspomnienie ostatniego przesłuchania powróciło z całą siłą, kiedy odszedł kilka kroków. Agent Korpusu siedział w nogach jego łóżka, wbijając w niego spojrzenie przenikliwych oczu, i jakimś cudem był jeszcze bardziej przerażający od mężczyzn, którzy wcześniej torturowali Sirusa w piwnicy. „Gdzie ona jest? Dokąd mogła uciec?”. Sirus nie znał żadnej odpowiedzi oprócz „Byle dalej ode mnie”.
Prawdę mówiąc, niewiele pamiętał z ucieczki Tekeli. Poprzedzające ją godziny były wypełnione takim bólem i strachem, że pamięć o nich została na zawsze zniszczona. Jego aresztowanie nastąpiło wkrótce po śmierci ojca, pół tuzina agentów Korpusu wyłamało drzwi, wywlekło go z łóżka, pięści i pałki były jedynymi odpowiedziami na jego wybełkotane pytania i protesty. Obudził się i odkrył, że przywiązano go do krzesła, a prosto w oczy patrzy mu major Arberus z twarzą twardą i wyrażającą ostrzeżenie. Arberusa, jak wkrótce zdał sobie sprawę Sirus, także przywiązano do krzesła, a na prawo od Sirusa podobnie usadzono Tekelę. Przypomniał sobie wyraz jej idealnej jak u lalki twarzy – nigdy, przenigdy nie spodziewałby się, że ujrzy na niej coś podobnego: przemożne i nieskalane niczym poczucie winy.
„Przepraszam”, powiedziała, bezgłośnie poruszając ustami.
Z oczu płynęły jej łzy. I wtedy to się zmieniło, ta jego obsesja, którą wolał nazywać namiętnością, urojenie zmuszające go do pisania wierszy, o których w głębi serca wiedział, że są okropne, i do robienia z siebie bezwstydnego głupca przy każdej okazji. Oto ona, jego prawdziwa miłość, zwykła, znękana poczuciem winy dziewczyna, przywiązana do krzesła, z którego miała patrzeć na jego śmierć.
Zajmowało się nimi dwóch mężczyzn w skórzanych fartuchach, obaj byli w średnim wieku i zupełnie przeciętni z wyglądu. Wzięli się do pracy ze sprawnością praktykujących od lat rzemieślników. Zaczęli od majora. Sirus zaciskał kurczowo powieki z powodu straszliwego spektaklu i wrzasków Tekeli. Potem, kiedy Arberus zemdlał, skupili się na Sirusie, który po raz pierwszy dowiedział się, co znaczy prawdziwy ból. Padały pytania, na które nie umiał odpowiedzieć, żądania, którym nie mógł sprostać. Wiedział, że to wszystko jest bez znaczenia, że to tylko jeszcze jedna forma nacisku, teatrzyk na użytek Tekeli. Ile to trwało, nigdy się nie dowiedział, ale wydawało mu się, że wieczność, nim jego serce zaczęło zwalniać, zamieniać się w słabo rozbrzmiewający bębenek w piersi i Sirus zdał sobie sprawę, że niedługo opuści ten świat. Piwnica zniknęła, zamieniając się w odległą mieszaninę dźwięków i doznań. W pewnym momencie usłyszał krzyki i dudnienie, odgłosy walki i szarpaniny, ale zakładał, że to tylko kolejny wytwór jego słabnącego umysłu. Mimo zamętu doskonale zapamiętał moment, w którym jego serce stanęło. Czytał o tych, którzy powrócili znad krawędzi śmierci i opowiadali o jasnym, przywołującym ich świetle, ale on nigdy go nie ujrzał. Widział tylko ciemność i słyszał potworną, nabrzmiałą ciszę, jaką zostawiło po sobie bicie serca, gdy to już znieruchomiało.
Korpus go ożywił, chociaż niewiele brakowało, żeby go stracili, jak radośnie poinformował go lekarz. To był wesoły jegomość o śpiewnym akcencie, który Sirus skojarzył z północnymi prowincjami. Jednakże mimo wesołości jego spojrzenie było zimne, a Sirus wyczuwał, że lekarz wie równie dużo na temat odbierania życia, co jego ratowania. Przez wiele dni opiekowano się nim, aplikowano mu szczodre porcje Zielonej i precyzyjne dawki różnych leków, aż został wyleczony w stopniu, w jakim to było możliwe, a rozliczne szramy na jego piersi zamieniły się w bladą siateczkę łączących się linii. Rozumiał, że to tylko chwila wytchnienia. Korpus jeszcze z nim nie skończył – daleko mu było do tego.
Mężczyzna, który przyszedł go przepytać, był drobnego wzrostu i szczupłej budowy. Nosił typowy, nijaki ciemny garnitur chętnie wybierany przez agentów Korpusu, chociaż wyróżniała go drobna, srebrna szpilka w klapie: regularne koło ozdobione pojedynczym dębowym liściem, takim samym jak liście w cesarskim herbie. Sirus nigdy nie zetknął się z kimś, kto nosiłby taki znak, ale wszyscy poddani cesarza dostatecznie dobrze znali jego znaczenie: „Agent Korpusu Krwi”.
– Zostawiła cię. – To były pierwsze słowa, jakie agent do niego wypowiedział z powściągliwym uśmiechem współczucia. – Nie ma to jak źle ulokowane uczucie, żeby wzmocnić serce mężczyzny.
Agent zadał mu potem wiele pytań, ale z przyczyn, których Sirus jeszcze nie zgłębił, nie zastosowano wobec niego ponownie bardziej inwazyjnych metod. Może z powodu jego pełnej i pozbawionej wahania współpracy, ponieważ jego doświadczenia z piwnicy nie pozostawiły w nim żadnych pretensji do bezużytecznej odwagi.
– Mój ojciec i burgrabia Antonin pracowali razem nad włas­nym projektem – powiedział agentowi. – Nie wtajemniczyli mnie w tę sprawę.
– Przyrząd – naciskał agent, pochylając się w krześle. – Z pewnością musisz coś wiedzieć o przyrządzie. Zrozum, proszę, że twoje dalsze dobre zdrowie w ogromnej mierze zależy od tych informacji.
Nic nie wiem, pomyślał Sirus, przypominając sobie, jak zazdrośnie ojciec strzegł tych artefaktów, które interesowały jego cenny krąg wybranych uczonych. Nic a nic nie wiem. Przez jakiś czas wmawiał sobie, że ta ojcowska ostrożność miała go chronić – im mniej będzie wiedział, tym mniej Korpus będzie się nim interesował. Wiedział jednak, że tego typu troska wykraczała poza możliwości ojcowskiego serca. To była zwykła zawodowa ostrożność. Ojciec natknął się na coś wielkiej wagi, coś, co mogło zupełnie odmienić ich rozumienie całego kontynentu i jego historii. Tak jak wielu uczonych, Diran Akiv Kapazin nie cieszył się na myśl o dzieleniu się zasługami z innymi. Sirus tylko przelotnie widział ów przedmiot, kilka razy ukradkiem zerknął do notatek ojca. Sprawa pozostała dla niego zbijającą z tropu, aczkolwiek ponętną zagadką.
– Znane mi były... pewne szczegóły – skłamał.
– Dość, być może, aby odtworzyć przyrząd? – zapytał agent.
– Gdybym miał... – Zadławił się wtedy, kłamstwa drażniły jego wysuszony język. Agent podszedł do łóżka, nalał szklankę wody i podsunął Sirusowi do ust. – Gdybym miał dość czasu – zdołał wykrztusić po wypiciu całej szklanki.
Agent odsunął się, zaciskając w namyśle usta.
– Obawiam się, że czas jest w tej chwili zarówno twoim, jak i moim wrogiem, młodzieńcze. Widzisz, wysłał mnie tutaj bardzo wymagający przełożony, abym zdobył to urządzenie. Z pewnością tak bystry młodzieniec jak ty zdoła wydedukować, kogo mam na myśli.
Nie chcąc powiedzieć tego na głos, Sirus tylko skinął głową.
– Dobrze więc. – Agent odstawił szklankę na nocny stolik. – Odeślę cię do domu, Sirusie Akiv Kapazinie. Przekonasz się, że w domu praktycznie nic się nie zmieniło, chociaż niestety moi koledzy uznali, że muszą aresztować kamerdynera twojego ojca. Niestety nie przeżył przesłuchania. Wszystkie dokumenty, jakie znaleźliśmy w biurach muzeum, będą czekały na twoją naukową analizę.
I tak Sirus wrócił do domu, gdzie nie zastał żadnej służby z wyjątkiem Lumilli, od dawna pracującej u ojca gospodyni, oraz jej córki, Katryi. Najwyraźniej wizyta Korpusu wystarczyła, żeby przekonać pozostałych pracowników do poszukania zatrudnienia w innym miejscu. Całymi dniami ślęczał nad dokumentami ojca, sporządzając obszerne notatki i rysując diagram za diagramem, czyniąc jedynie maleńkie, stopniowe postępy. Agent zjawił się z wizytą kilka razy i za każdym razem był pod coraz mniejszym wrażeniem prac Sirusa.
– Trzy koła zębate? – zapytał, unosząc brew i zerkając na najnowsze dzieło Sirusa, prosty, ale precyzyjnie oddany diagram. – Po dwóch tygodniach wysiłków pokazujesz mi trzy koła zębate.
– To centralna część przyrządu – wyjaśnił mu Sirus, wkładając w te słowa tyle przekonania, ile zdołał wykrzesać. – Ustalenie ich dokładnych rozmiarów jest kluczowe dla zrekonstruowania całego mechanizmu.
– A te wymiary są prawidłowe?
– Tak myślę. – Sirus pogrzebał w stosie papierów na biurku ojca i wydobył podniszczony notes. – Mój ojciec stenografował systemem, który sam obmyślił, więc potrzebowałem trochę czasu, żeby przetłumaczyć tę analizę. Jestem przekonany, że wymiary tych kół bezpośrednio wiążą się z orbitami trzech księżyców.
Zauważył, że zainteresowanie agenta nieco wzrosło, przenikliwy wzrok skupił się ponownie na diagramie.
– Podejrzewam, że możesz mieć rację, młodzieńcze, jednakże... – Westchnął i odłożył rysunek na bok. – Jestem umówiony na przekaz transowy z naszym pracodawcą już za kilka krótkich godzin i obawiam się, że nie będzie on oszołomiony twoimi dokonaniami. Chyba powinienem spodziewać się polecenia, by zachęcić cię do większego wysiłku. – Podszedł do drzwi gabinetu. – Przejdźmy do kuchni.
W kuchni zastali Katryę, która szorowała garnki w zlewie, i Lumillę przygotowującą kolację. Sirus znał ją niemal całe życie, tę żwawą kobietę o pulchnych policzkach, zawsze skłonną do uśmiechu, który właśnie zamarł na widok agenta.
– Którą mniej lubisz? – zapytał agent, wyjmując fiolkę z etui i wypijając krztynę Czarnej.
– Proszę... – zaczął Sirus i ucichł gwałtownie, kiedy niewidzialna ręka zacisnęła się na jego gardle.
Katrya zaczęła odsuwać się od zlewu i nagle zamarła, jej kończyny i pierś dygotały pod wpływem niewidocznego nacisku.
– Zaryzykuję stwierdzenie, że pewnie ta ładna to twoja ulubienica – mówił dalej agent, przyciągając bliżej Katryę. Jej buty szurały po kafelkach kuchennej podłogi, aż znalazła się w jego zasięgu. – Zawsze uważałem to za ciekawe – agent uniósł dłoń, żeby pogłaskać Katryę po policzku – jak miła dla oka może być dziewka z rynsztoka, mimo swojego nędznego pochodzenia.
Matka Katryi, wykazując się szybkością i determinacją, o jaką Sirus nigdy by jej nie podejrzewał, porwała leżący na desce do krojenia nóż rzeźnicki i rzuciła się na agenta. Pozwolił jej zbliżyć się, zanim ją zamroził w bezruchu. Czubek noża dygotał cal od jego twarzy.
– Wygląda na to, że wybór dokonał się bez twojego udziału, młodzieńcze – zauważył agent.
Wypuścił Katryę z niewidzialnego uścisku. Dziewczyna padła na podłogę, łapiąc gwałtownie powietrze, wymachując rękami, żeby sięgnąć do matki, która z kolei została uniesiona w powietrze.
– Tak, dobra kobieto... – powiedział agent, przekrzywiając głowę i podnosząc Lumillę jeszcze wyżej. Nóż, który wypadł jej z ręki, zabrzęczał jak dzwon, gdy uderzył o kafelki podłogi. – Nie jestem niepotrzebnie okrutnym człowiekiem. Dlatego dzisiaj odbiorę ci tylko jedno oko. Tylko które...
Urwał, kiedy na zewnątrz rozległ się huk na tyle głośny, żeby szyby zadygotały w oknach. Obejrzał się błyskawicznie w stronę dźwięku, a po jego nijakiej twarzy przebiegł grymas irytacji i niepokoju. Przez kilka sekund nic się nie działo, potem rozległ się kolejny huk równie głośny jak pierwszy, a po nim szybko dwa następne. Mimo paniki Sirus zdołał rozpoznać hałas: ostrzał artyleryjski.
– Ciekawe – powiedział agent i nadal trzymając Lumillę, podszedł do okna, żeby wyjrzeć na ulicę.
Biegli nią ludzie, dziesiątki ludzi, wszyscy bladzi i rzucający przerażone spojrzenia w niebo. Potem rozległ się kolejny dźwięk, nie głuchy huk wybuchu armatniego, lecz wysoki i przenikliwy na tyle, że zabolały uszy. Sirus natychmiast go rozpoznał – jego jedyna w dzieciństwie wizyta w zagrodach hodowlanych w Morsvale pozostawiła niezatarte wrażenie. Smocze wezwanie. Urodzonym w niewoli smokom zawsze podcinano struny głosowe wkrótce po narodzinach, ale do chwili zabiegu młode krzykiem wyrażały swój niepokój. Jego płaczliwa reakcja jako dziecka wystarczyła, żeby zarobił karny kuksaniec od ojca, ale teraz wbrew sobie usłyszał w tym wrzasku potencjalny ratunek, bo agent najwyraźniej nie miał pojęcia, co się dzieje.
– A co to, w imię niezliczonych cesarskich odcieni...? – mruknął agent, patrząc, jak coraz więcej ludzi przebiega przed oknem.
Wtedy właśnie Katrya porwała z podłogi upuszczony rzeźnicki nóż i wbiła mu go w plecy aż po rękojeść. Reakcja była natychmiastowa i niemal śmiertelna dla wszystkich zainteresowanych, bo Czarna w żyłach agenta wybuchła konwulsyjnie. Sirusem cisnęła o przeciwległą ścianę, aż popękał pod nim tynk. Osunął się na ziemię. Potrzebował paru sekund, żeby się otrząsnąć, wstał chwiejnie i zobaczył, że agent klęczy i krzyczy, wyginając ciało jak cyrkowiec w próbie wyjęcia noża z pleców.
– Ty... mała... pieprzona... zdziro! – wrzeszczał na Katryę, która leżała półprzytomna kilka stóp dalej. Krzyknął ostatni raz z bólu, kiedy nóż wreszcie wyszedł z rany. – Ty podła suko!
W jego głosie pojawiła się przedziwnie poirytowana nuta, jak u dziecka, które pierwszy raz dostało klapsa. Wstał chwiejnie i szlochając, wyjął etui, krew spływała mu po podbródku, kiedy wyrzucał z siebie bełkotliwe, nienawistne groźby:
– Wyrwę flaki twojej matce i zmuszę cię do zjedzenia...
Żelazna patelnia brzęknęła głucho, trafiwszy go w potylicę. Wylądował na czworakach, fiolki wysypały się z jego dłoni. Zerk­nął przez ramię na Sirusa, który właśnie podnosił patelnię do drugiego ciosu. Agent zmarszczył czoło w grymasie wyrażającym poczucie krzywdy i zdrady.
– A ja... cię... wypuściłem... – wycharczał.
– Nie – odpowiedział Sirus. – Nieprawda.
Opuścił patelnię z całą siłą, jaką w sobie znalazł. Raz, drugi, uderzył kilkanaście razy, aż z głowy agenta została tylko miazga i jego nogi przestały wreszcie dygotać.
Lumilla nie żyła; złamała kark, kiedy uderzyła w ścianę. Sirus zostawił Katryę płaczącą nad jej ciałem i podszedł do okna, gdzie zobaczył pierwszego wyrośniętego dzikiego smoka w swoim życiu. Czerwony wylądował pośrodku ulicy, przyszpilając łapami nieszczęsnego obywatela Morsvale. Miał co najmniej dwadzieścia stóp długości od nosa po ogon i jaskrawo kontrastował z wychudzonymi, pozbawionymi skrzydeł nieszczęśnikami z zagród. Mięśnie nabrzmiewały pod szkarłatną skórą, skrzydła uderzały, kiedy smok wrzasnął krótko, ale triumfalnie, a potem zaczął posiłek. Sirus odwrócił gwałtownie wzrok i zobaczył kolejną niemożliwą rzecz – biegnące postaci, które, sądząc po ich całkiem obcych strojach, nie pochodziły z miasta. Jedna zatrzymała się przed oknem – wysoki mężczyzna ubrany w coś, co Sirus natychmiast rozpoznał jako utwardzoną zbroję z zielonej skóry, niemal dokładnie taką samą, jaką umieszczono na wystawie muzealnej poświęconej tubylcom z Arradsii. Jego podejrzenia natychmiast się potwierdziły, kiedy mężczyzna obrócił głowę. Splugawiony... Pokryta łuskami i kolcami twarz oraz żółte oczy nie pozostawiały wątpliwości – postać, którą Sirus widział, była żywym członkiem zdeformowanych plemion zamieszkujących ten kontynent.
Odskoczył natychmiast wstecz, mając nadzieję, że Splugawiony go nie zauważył. Podbiegł do Katryi, podnosząc po drodze nóż.
– Musimy uciekać! – powiedział jej.
Uciekali więc ulicami wśród wszechobecnej zgrozy i chaosu. Panowało zamieszanie, smoki i Splugawieni zabijali wszystkich, napotykając w najlepszym wypadku niewielki (o ile w ogóle ­jakikolwiek) opór ze strony nielicznych policjantów i żołnierzy, jacy zostali w mieście, równie spanikowani i przerażeni jak cywile. Było jasne, że atak nadszedł bez żadnego ostrzeżenia.
Sirus miał najpierw nadzieję dotrzeć do portu, ale prowadzące na nabrzeże uliczki były całkowicie zapchane ludźmi, którzy żywili te same złudzenia – że może znajdą statek, który ich zabierze. Tłum okazał się pokusą nie do odparcia dla dziesiątków Czerwonych latających w górze. Kiedy zaczęła się masakra, Sirus wciągnął Katryę w drzwi, uskakując przed gradem kończyn i trupów. To ona wpadła na pomysł, żeby uciekać do kanałów ściekowych – pomysł, na który wpadło jeszcze kilka osób obdarzonych dostatecznie rozwiniętym instynktem samozachowawczym. Było ich najpierw dziesięcioro, potem dziewięcioro, a później, jak odkrył Sirus, gdy obudził go cichy płacz Katryi, tylko dwoje.
***
– Zagłosowali – powiedziała Katrya. – Nie obudzili cię, bo pewnie wiedzieli, że odwiódłbyś ich od tego zamiaru. To pomysł Majacka.
– Ale ty z nimi nie poszłaś – zauważył Sirus.
Nie odpowiedziała, kręcąc się niespokojnie i zerkając w tunel, który prowadził do ujścia w pobliżu portu.
– Ile czasu minęło od ich odejścia? – zapytał ją Sirus.
– Kilka godzin. Niczego nie słyszałam. Może to dobry znak.
– Albo wszyscy już nie żyją.
Zobaczył, że jej twarz krzywi się z frustracji, kiedy Katrya walczyła ze sobą, żeby nie wybuchnąć.
– Tu niczego nie ma! – krzyknęła wreszcie, rozbryzgując wodę tupnięciem. – Chcesz tu zostać i umrzeć z głodu wśród gówna, to bardzo proszę! Ja idę!
To powiedziawszy, odwróciła się i zniknęła w tunelu. Sirus zerknął przez ramię na wysoki na osiemdziesiąt stóp szyb, zaklął bez przekonania i pobiegł za dziewczyną.
Odpływ kończył się przy zachodniej pochylni, skąd rozciągał się widok na port, w którym ku swojemu wielkiemu zdumieniu Sirus zobaczył dwadzieścia statków nadal stojących na kotwicy. Niestety nigdzie nie dostrzegł śladu załóg. Na niektórych jednostkach było widać uszkodzenia albo ślady pożarów, ale większość zachowała się nietknięta. Kamienice, widoczne za statkami na szczycie wielkiego muru w porcie, zostały zniszczone, z niektórych zostały tylko fundamenty, inne były pozbawione dachu i spalone, całość więc przypominała poczerniałe zęby piły. Sirus uznał, że całkowita cisza przerywana tylko słabymi wrzaskami mew jest bardziej niepokojąca niż brak ludzi. Dał znać Katryi, żeby poczekała, a sam podkradł się cal po calu do wyjścia. Wysunął głowę, żeby rozejrzeć się błyskawicznie. Nic, tylko cichy port. Żadnych ciał – pewnie z powodu smoczego apetytu, jak przypuszczał. Zatrzymał się, żeby spojrzeć raz jeszcze, tym razem skupiając się na niebie, i ujrzał jedynie łaty chmur.
– Mówiłam – powiedziała Katrya i szturchnęła go mocno w żebra. – Odeszli. Pewnie dawno temu. Tygodniami głodowaliśmy bez powodu.
– Czekaj – zaprotestował Sirus, łapiąc ją za rękę, kiedy wyszła z kanału, uniosła głowę i z zamkniętym oczami wystawiła twarz na słońce.
– Puszczaj! – Strząsnęła jego rękę i odbiegła. – Poszukam czegoś do jedzenia. Idziesz czy nie?
Sirus patrzył, jak idzie zdeterminowana do najbliższego magazynu, a potem dogonił ją, z ręką na nożu za pasem, cały czas zerkając na niebo. Magazyn był prawie pusty, jeśli nie liczyć paru skrzynek w kącie rozległego pomieszczenia. Katrya zaklęła siarczyście, kiedy Sirus za pomocą noża podważył wieko skrzyni i w środku znaleźli tylko zastawę stołową. Wędrowali od magazynu do magazynu, aż wreszcie znaleźli trochę jedzenia: transport owoców w brandy.
– Powoli – przestrzegł dziewczynę, kiedy pochłonęła pół słoi­ka mandarynek. – Jak zjesz za dużo na raz, to się pochorujesz.
Ona tylko pokazała mu język i jadła dalej. Fakt, że była to brandy, miał większe znaczenie niż same owoce i Sirus musiał ją na wpół wynieść na nabrzeże, niosąc przewieszony przez ramię wór pełen słoików.
– Moja ciocia Sal tam mieszkała – wybełkotała Katrya, patrząc na zniszczone kamienice.
Sirus rozglądał się po nabrzeżu, aż wypatrzył najmniejszy statek, rybacką łódź długą na kilkanaście stóp z pojedynczym kominem na sterówce wielkości wartowni. Nie miał doświadczenia w żegludze, ale uznał, że im mniejsza łódź, tym lepiej.
– Nie powinniśmy poszukać pozostałych? – zapytała Katrya, kiedy zaprowadził ją na kuter.
Nie odpowiedział, z każdą sekundą coraz mocniej odczuwając ciężar ciszy. Wszystkie instynkty mówiły mu jedno: musieli stąd uciekać, i to szybko.
– A co z wrotami? – dopytywała się Katrya, kiedy rzucił worek na pokład i szarpnąwszy za cumę, przyciągnął łódź bliżej pomostu.
Zerknął na wielkie wrota pośrodku portowego muru. Poziom odpadków i alg zbierających się w miejscu, gdzie woda stykała się z metalem, zdradzał, że nikt nie podnosił ich od tygodni.
– Będziemy musieli uruchomić silniki – odpowiedział, kiwając głową na budki po obu stronach wrót. – Widziałem raz, jak to się robi. Ojciec zabrał mnie...
Urwał, kiedy zobaczył wyraz jej twarzy, otwarte szeroko oczy i bladość skóry. Wpatrywała się w coś, co w jednej chwili ją otrzeźwiło. Walcząc z nagłym, paraliżującym strachem, Sirus wyciągnął nóż zza pasa i spojrzał w tym samym kierunku.
Smok siedział w pobliżu na wozie do transportu towarów i przechylił głowę, jakby przyglądał im się z zaciekawieniem. Ogon zwijał mu się bezwiednie jak senny wąż. Dwa bardzo istotne spostrzeżenia pojawiły się w umyśle Sirusa. Pierwsze dotyczyło rozmiarów smoka. Był zdecydowanie mniejszy od tych, które chłopak widział wcześniej; właściwie był niewiele większy od przeciętnego psa, co doprowadziło Sirusa do wniosku, że musi to być pisklak. Drugie dotyczyło koloru. Nie był Czarny, Zielony ani Czerwony. Ten smok był całkowicie Biały.
Smok przyglądał się im obojgu przez długą chwilę, a oni przyglądali się jemu. Sirus pomyślał później, że mogliby tak wpatrywać się w siebie bez końca, gdyby Katrya nie wydała z siebie cichego, przerażonego jęku. Smok spłoszył się wtedy, machnął ogonem, rozłożył skrzydła i otworzył paszczę, żeby wydać z siebie płaczliwy wrzask. Krzyk rozległ się echem w porcie i na ciąg­nących się dalej pustych ulicach. Dźwięczny alarm.
– Muszę go uciszyć! – powiedział Sirus, ruszając do smoka z nożem.
Krzyki smoka zdwoiły intensywność i głośność, kiedy Sirus się zbliżył. Stworzenie zeskoczyło z wozu i uciekło, rzucając za siebie nienawistne spojrzenia jak mściwe dziecko, które ucieka przed dręczycielem. Rozzłoszczony niechcianym wrzaskiem Sirus popędził za smokiem, nie zważając na ostrzegawcze okrzyki Katryi.
Smok zaczął wspinać się na ścianę magazynu, zanim Sirus go dopadł. Szpony ślizgały mu się na kamieniu, nie przestawał wrzeszczeć. Odsłonił małe, ostre jak igły zęby i syknął.
Sirus zamachnął się nożem, czując, jak groza i cierpienie dodają sił jego ręce. To przez ciebie!
Coś owinęło się wokół jego szyi i zacisnęło mocno, odrywając go od ziemi w ostatniej chwili, zanim nóż przebił smoczą skórę, i wlokąc po chodniku. Na próżno próbował nabrać powietrza w zaciśnięte gardło. Słyszał, jak Katrya krzyczy. Zamachnął się nożem, ale nie trafił w nic, a potem coś twardego uderzyło go w nadgarstek i broń wypadła mu z ręki. Zamknęły się na nim dłonie, łapiąc go za kończyny i głowę, dociskając go z nieustępliwą siłą. Twarze pojawiły się nad nim, kolczaste i zdeformowane sylwetki na tle nieba. Splugawieni.
Wiedząc, że śmierć jest rychła, chciał krzyknąć na nich wojowniczo, ale sznur na szyi uniemożliwiał mu wydanie jakiegokolwiek dźwięku. Kiedy jedna z twarzy przybliżyła się, obrócono go na brzuch i niemożliwie silne ręce związały mu nadgarstki, a potem postawiono go na nogi. Zatoczył się, walcząc o oddech i odkrywając, że sznur na szyi nieco poluzowano. Widział teraz napastników; był ich z tuzin. Nosili różne ubrania, wskazujące pochodzenie z różnych plemion, chociaż Sirus wątpił, żeby to wpłynęło na jego ostateczny los. Trzeba było skoczyć do szybu, pomyślał.
Jego wzrok zatrzymał się na jednym ze Splugawionych, którego wyróżniało odzienie z delikatnego materiału zamiast z szorstkiej konopnej tkaniny albo skóry. Sirus przyjrzał mu się uważniej i zobaczył, że ten strój to obszarpana i wybrudzona kurtka od munduru corvuskiego żołnierza piechoty. Domyślił się, że musiano ją zedrzeć z jednego z żołnierzy z wymordowanego garnizonu, ale wtedy zobaczył twarz mężczyzny. Nie była tak zniekształcona jak u innych, łuski przy oczach i ustach były ledwie widoczne, fałd na czole składał się z raptem kilku małych guzków. Ponadto oczy Splugawionego – czarne szparki w żółtych tęczówkach – przyglądały się Sirusowi, jakby go poznawały.
– Majack? – zapytał Sirus.
Splugawiony skinął krótko głową, a zaraz potem on i jego towarzysze zamarli w odpowiedzi na jeszcze jeden krzyk, nie wrzask pisklaka, ale głos znacznie niższy i daleko bardziej władczy. Spojrzeli w niebo, z którego opadał bardzo wielki cień. Czarny? – zastanawiał się Sirus, zerkając w górę na cień przesłaniający słońce. Ta myśl przepadła, kiedy zobaczył, że rozpiętość skrzydeł tego smoka daleko przewyższa rozpiętość skrzydeł jakiegokolwiek smoka znanego nauce, za to odpowiada smokowi z legend.
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2018 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 18 sie 2018, 15:18 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka