Rozrywacz - fragment

Arwen Elys Dayton
„Rozrywacz”
Ocena recenzenta
5.0/5
Ocena użytkowników
brak (0 głosów)
Prolog

Mrok bezprzestrzeni pochłaniał światło. Mdły blask mógł tu dotrzeć, tylko zanim zamknęła się nad nim ciemność tłumiąca światło, jakby te ukryte wymiary wypełniała czarna woda.
Dex poruszał się w tej wodzie niczym ryba, miarowo prze­ mierzał mrok, nie zatrzymując się, ale też nie przyśpiesza­ jąc. I podobnie jak ryba połyskiwał słabą srebrzystą poświa­ tą, jakby pokrywały go lśniące łuski. Ta poświata emanowała z kamiennego medalionu na szyi Dexa – nikła jak pierwszy, ledwie widoczny blask jutrzenki. Jednak Dex nauczył się chwytać wzrokiem wszelkie dostępne światło i wykorzysty­ wać je, dzięki czemu światło rzeźbionego kamiennego krąż­ ka było dla niego wystarczająco jasne, by mógł dostrzegać otoczenie.
Zaskoczyło go, że medalion, od wieków nieruchomy, teraz zadrżał na jego piersi. Przyczyna tej wibracji mogła być tyl­ ko jedna – zew innego medalionu, na który ten Dexa odpo­ wiedział własnym drżeniem. Dex delikatnie ścisnął w dłoni medalion i zmienił kierunek swej nieskończonej wędrówki poprzez bezprzestrzeń, aby się przekonać, kto nadchodzi.

7


Dex prowadził za wodze konia i teraz lekkim szarpnięciem pociągnął go za sobą. Natknął się na to zwierzę zaledwie przed kilkoma chwilami, jak się zdawało. Koń nie sprawiał wrażenia ani czuwającego, ani śpiącego. Bezprzestrzeń trzy­ mała go w swojej władzy, jednak w inny sposób, niż czyniła to z istotami ludzkimi. Koń pozostawał w stanie jakby pół­ życia, cierpliwy i posłuszny.
Po pewnym czasie medalion przestał drżeć, ale wtedy Dex już się zorientował, w jakim kierunku powinien pójść. Do­ strzegł w oddali błysk światła tak jaskrawego, że go oślepiło. Spoglądał na owalne przejście prowadzące z powrotem do świata.
„Świat. Nadal tam jest, pod palącym blaskiem słońca. Nigdy nie przestanie istnieć”.
Gdy Dex dotarł do tego przejścia, odkrył, który ze starych rodów go wezwał – chociaż światło zniknęło o wiele wcześ­ niej, zanim Dex znalazł się w jego pobliżu. Ale to nie miało znaczenia. Podążył dalej w ślad za jego poświatą.
Przemierzał teraz miejsce, w którym zazwyczaj stali w krę­ gu chłopcy, milczący strażnicy w ciemności. Widywał ich wielo­ krotnie, czuł woń śmierci spowijającą ich niczym mgła. Ale teraz ich nie było.
Tylko jedna samotna postać pozostała w pobliżu składu broni, którego do niedawna strzegli ci chłopcy. Dex okrążył rząd rozrywaczy i mimo woli się wzdrygnął.
Tą samotną postacią była dziewczyna. Oczywiście Dex wi­ dywał już wcześniej dziewczyny tkwiące w bezprzestrzeni, poznał wszystko w tym miejscu poza światem. Ale ta dziew­ czyna była nowa. Koń zarżał cicho, sennie, jakby poczuł za­ pach kogoś, kogo zna. Jego aksamitnie miękkie ucho drgnęło. Dex nie mógł dostrzec w półmroku rysów twarzy dziew­ czyny. Po długim, trwożnym zastanowieniu postanowił użyć

8


więcej światła. W kieszeni swojej szaty namacał palcami zim­ ny cylindryczny kształt flary. Od jak dawna tkwiła tam bez­ czynnie? Dla niego były to dni, ale dla flary minął długi, nie­ zmierzony okres.
Kciukiem trzykrotnie pociągnął spust flary. W mroku roz­ kwitł biały płomień. W pierwszej chwili wydał się Dexowi ja­ śniejszy niż zapamiętany blask słońca. Dex odwrócił głowę i odczekał, aż jego wzrok przywyknie do światła. Dopiero wtedy przyjrzał się dziewczynie.
Znał ją. Na jej widok odniósł wrażenie, jakby spojrzał w swoją przeszłość. Albo w swoje serce.
Ale nie. Ta dziewczyna nie była tamtą. Nie mogła nią być. Jej blade policzki barwił rumieniec jakiejś silnej emocji,
a na twarzy widniał wyraz niepokoju – nawet gniewu. Usta miała rozchylone, jakby znieruchomiały w połowie wypowia­ danego słowa. Ręce zdawały się sięgać ku jakiemuś jej towa­ rzyszowi, którego już tu nie było.
Nie trzymała w dłoni medalionu, a więc kamienny krążek, który wezwał Dexa, należał do kogoś innego – do osoby, któ­ ra zostawiła ją tutaj i uciekła z powrotem do świata przez jaskrawe, oślepiające przejście, które potem się zamknęło.
Dex dotknął umysłu dziewczyny swoim, trącił myśli spo­ czywające w jej głowie jak kamienie. Te kamienie poruszyły się bardzo powoli.
„Quin” – powiedział mu w końcu jej umysł.
Zalała go fala rozczarowania. Quin. Miał nadzieję… Z tru­ dem odepchnął od siebie tę myśl. To była inna dziewczyna, a jej imię nic mu nie mówiło. Znaczące było tylko jej ubra­ nie – współczesne, ze szwami świadczącymi o tym, że zostało uszyte maszynowo w zakładach odzieżowych.
Z kieszeni jej spodni coś sterczało. Dex ostrożnie wy­ jął pogniecione opakowanie, na którym widniał rysunek

9


przedstawiający jagody i ziarna zboża. Jedzenie. Napis na etykiecie był po chińsku i angielsku. Dex nie radził sobie zbyt dobrze z chińskim, ale nie miał kłopotów ze współczes­ nym angielskim.
Kilkakrotnie odczytał termin ważności.
„No i wszystko jasne”.
– A więc to tak – powiedział.
Własny głos go zdziwił po tak długim milczeniu. Te słowa zabrzmiały jak dźwięk syreny mgłowej i dziwnie wykrzywiły mu usta. Ile czasu upłynęło, odkąd ostatni raz się odezwał? Sto lat? Tysiąc? Dziesięć tysięcy? Z pewnością nie aż tyle.
Powiedział coś jeszcze, jakby na próbę:
– Pora ruszać.
Pochylił się ostrożnie i podparł biodro Quin, a potem objął ją ręką i podniósł. Była całkiem zamarznięta, więc zarzucił ją sobie na ramię jak kłodę drewna. Jej sztywne ciało potrąciło metalowy hełm, ale nie zsunął się i nadal tkwił mocno na gło­ wie Dexa tak jak od początku… tego wszystkiego.
Dex sięgnął ręką do medalionu na szyi.
Będzie musiał znowu przywyknąć do słonecznego blasku. Ta myśl była przerażająca.





Rozdział 1
Quin

uin unosiła się na czarnym oceanie, nieświadoma ni­ czego. Potem powoli, stopniowo zaczęła odzyskiwać świadomość samej siebie. Skądś napływało świat­
ło, niebieskawe i nikłe. Leżała na jakiejś twardej, nierównej, zimnej powierzchni.
Ktoś tu był. Poczuła na ustach ciepły dotyk, tak lekki i ulot­ ny, że zastanowiła się, czy go sobie nie uroiła. Otaczał ją ja­ kiś hałas przypominający odgłos odległego ulewnego desz­ czu – ale o wiele za szybki; tak szybki jak powiew wiatru na jej twarzy.
Przypomniała sobie. Ona i Shinobu weszli Ta m, ale za­ gubiła się, a on błagał ją o pomoc. Musi teraz przedrzeć się z powrotem do niego. Natychmiast!
Wciągnęła pełne płuca powietrza i zerwała się na nogi.
– Zabierz mnie stąd, Shinobu! – zawołała. – Wytnij ano­ malię!
Jej głos brzmiał ospale i chrypliwie – i już nie była Ta m. Chwilę wcześniej widziała przed sobą w świetle latarni ciem­ ną sylwetkę Shinobu, a za nim głęboką czerń. Odkryli, że Średni Sędzia przez setki lat zwracał jednych Poszukiwaczy

11


przeciw drugim, a sam pozostawał pozornie „niewinny” w oczach innych Sędziów, gdyż nakłaniał Poszukiwaczy, by zabijali się nawzajem, zamiast czynić to własnoręcznie. Quin i Shinobu udali się T a m, żeby odszukać przedmioty, któ­ rych używał Średni do siania niezgody. Ale gdzie była teraz? W jakimś nowym, nieznanym miejscu. W grocie o chropo­ watych ścianach oświetlonych niebieskawym blaskiem wpły­ wającym przez otwór umieszczony wysoko na jednej z nich. Światło było zmienne, jakby pochodziło z nieba, po którym szybko przepływają chmury. I wciąż słyszała ten hałas, odleg­
ły, a zarazem bliski – dźwięk rwącej wody.
Dostrzegła sylwetkę Shinobu. Był tutaj z nią, wciśnięty w kąt pomieszczenia, zdezorientowany tak samo jak ona.
Quin ruszyła ku niemu, zataczając się, i zdała sobie spra­ wę, że jej ciało nie funkcjonuje należycie. Ściany groty zda­ wały się chwiać i napierać na nią, ale wiedziała, że to mięśnie odmawiają jej posłuszeństwa. Przypomniała sobie, jak przed kilkoma miesiącami Stary i Średni Sędzia zbliżali się do niej w szkockiej posiadłości. Poruszali się niepewnie, niezsyn­ chronizowani z otaczającym ich światem, ponieważ przez lata pozostawali zagubieni w ukrytych wymiarach. Była teraz w takim samym stanie, miotana strumieniem czasu.
– Shinobu! Jak długo przebywaliśmy Ta m?
Położyła dłonie na ciemnej postaci w kącie groty. Postać odwróciła się do niej. Zbyt szybko. Wszystko działo się za szybko.
Pochylała się nad nią nieznajoma twarz młodego mężczy­ zny. Miał potargane włosy, a jego oczy w mdłym świetle groty były ciemne. Nosił na głowie fokal; miał dziki wyraz twarzy. To wcale nie był Shinobu i wyciągał ręce do Quin.
– Dobrze, że się ocknęłaś – powiedział tak szybko, że le­ dwie go zrozumiała.

12


Uświadomiła sobie, że zagubiła się Ta m, chociaż miała pilnować Shinobu. Czy natknęli się na tego mężczyznę? Czy odebrał Shinobu fokal, a ją niepostrzeżenie wyniósł? Rzuci­ ła się do tyłu, usiłując dostosować się do świata. Namacała dłonią nóż u boku.
– Shinobu! Shinobu! – zawołała w nadziei, że może on jest gdzieś w pobliżu.
Nieznajomy młody mężczyzna podszedł do niej, porusza­ jąc się o wiele szybciej, niż ona była w stanie.
– Wszystko w porządku – rzekł.
Wcale nie było w porządku. Co on im zrobił? Ile czasu minęło? Quin poczuła, że chwycił ją za łokieć. Wyrwała mu się i wyciągnęła zza paska nóż – powoli, zbyt powoli. Ściany groty zawirowały wokół niej, gdy się cofnęła.
– Shinobu, jesteś tutaj? Odpowiedz!
Pomieszczenie było niewielkie, przypominało bardziej roz­ szerzający się tunel wykuty w skale niż pieczarę. Quin ruszy­ ła niezdarnie w kierunku jedynej drogi ucieczki.
– Stój, stój! – krzyknął nieznajomy; w jego głosie brzmiał zarówno gniew, jak i niepokój.
Po zaledwie kilku krokach tunel zwęził się gwałtownie, ale dalej znów się rozszerzał. Quin, poruszając się wolno jak we śnie, przecisnęła się przez najwęższy odcinek i znalazła się w następnej skalnej komorze. Usłyszała, że nieznajomy prze­ pycha się przez zwężenie; był większy od niej i podążanie za nią przychodziło mu z trudem.
Hałas się nasilił – grzmot wody spadającej na kamienie tak gwałtownie, że brzmiało to jak dźwięk nagrania na taś­ mie przewijanej szybko do przodu. Było tu ciemniej. Quin przebyła po omacku kilka metrów w mroczniejącym tunelu. Powietrze wokół niej się zmieniło, stało się wilgotne, a hałas coraz głośniej grzmiał w jej uszach.

13


– Nie zdołam pójść za tobą! – krzyknął nieznajomy. – Pro­ szę, zatrzymaj się!
W jego głosie brzmiała jakaś okropna desperacja.
– Shinobu, jesteś tutaj? – powtórzyła Quin; jej głos nadal był ospały i głuchy.
Tunel znowu się zwęził. Quin miała teraz pod stopami ciem­ ną wodę, a powietrze wypełniła wodna mgiełka. Minęła ostry zakręt. Nagle zalało ją światło wczesnego świtu i zdała sobie sprawę, że spogląda w dół ściany urwiska. Tunel skończył się na zewnątrz i noga Quin w wykroku zawisła kilkanaście centymetrów poza brzegiem skalnej półki. Krople wody w po­ wietrzu lśniły oślepiająco blaskami tęczy. Quin stała za ścia­ ną wodospadu na skraju stromego urwiska, a kaskady wody przelewały się z hukiem przez poszarpany skalny wierzcho­ łek nad nią, wzbijały się w niebo, a potem spadały w dół.
Quin z mdlącym dreszczem poczuła, że włącza się z po­ wrotem w strumień czasu. Przez moment panowała nad sobą, a potem gwałtownie zakręciło się jej w głowie i straciła równo­ wagę. Ta wysokość… ta wysokość… Upuściła nóż i chwyciła się ścian wąskiego wylotu tunelu, w którym stała. Czuła pod pal­ cami solidną skałę, ale wskutek tego, że jej stopa wisiała poza skrajem przepaści, miała wrażenie, że spada. Kolana ugięły się pod nią. Trzymała się kurczowo wątłych chwytów najmocniej, jak mogła, i błagała siebie rozpaczliwie, żeby ich nie puścić. Poczuła na ramionach dłonie, które odciągnęły ją od skra­
ju urwiska.
– Trzymam cię – powiedział nieznajomy; jego głos nie brzmiał już zbyt szybko, tylko normalnie. – Nic ci nie jest.
Jej towarzysz podparł ją. Oboje, potykając się, zawrócili w stronę, z której nadeszli. Kiedy dotarli do przewężenia tu­ nelu, Quin prześliznęła się przez szczelinę, a mężczyzna z trudem przecisnął się za nią.

14


Osunęła się na ziemię w miejscu, w którym niedawno się ocknęła, oparła głowę o ścianę i objęła rękami kolana.
– Och, Boże – wymamrotała i wcisnęła się plecami w skal­ ną ścianę, starając się odpędzić wspomnienie tego, jak jej noga wisiała poza skrajem przepaści.
Zebranie myśli zabrało jej trochę czasu. Skoncentrowała się na miarowych oddechach, aż wreszcie zapanowała nad sobą. Otworzyła oczy, skupiła wzrok na wnętrzu groty i zo­ baczyła, że ten tajemniczy młody mężczyzna kuca parę kro­ ków od niej i przygląda się jej z troską.
– Doszłaś do siebie – powiedział. – Miałem nadzieję, że ockniesz się bez problemów, ale to nie poszło tak gładko.
Quin znowu zamknęła oczy. Namacała nóż leżący na zie­ mi przy jej nodze. Widocznie nieznajomy przyniósł go z po­ wrotem. Dlaczego to zrobił? Chwyciła rękojeść i to dało jej poczucie siły. Dostała ten nóż od Shinobu.
Otworzyła oczy i zorientowała się, że światło w grocie robi się coraz jaśniejsze, ukazując jej nowe szczegóły. Jej towa­ rzysz był młody, ale starszy od niej; miał około dwudziestu pięciu lat. Nosił ubiór przypominający mnisi habit, uszyty z szorstkiego brązowego materiału. Faliste włosy też miał brązowe, podobnie jak oczy. Byłby przystojny, gdyby nie te oczy – wielkie, o spojrzeniu zmąconym jakąś władającą nim mocą. To nadawało jego twarzy groźny wyraz.
– Czy powinienem poczuć się urażony tym, że wolałaś rzu­ cić się w przepaść i zginąć niż siedzieć w jednym pomiesz­ czeniu ze mną? – spytał żartobliwie, chociaż nie wyglądał na rozbawionego ani odprężonego.
– Czy wydobyłeś mnie z tamtego miejsca p o m i ę d z y? – odpowiedziała pytaniem, z każdą chwilą odzyskując pano­ wanie nad sobą.
– Tkwiłaś samotnie w bezprzestrzeni.

15


Nigdy dotąd nie słyszała tego określenia, ale pojęła natych­ miast, że to kolejna nazwa ukrytych wymiarów.
– Był ze mną Shinobu.
– Nie było go tam. Znam bezprzestrzeń lepiej niż grzbiet własnej dłoni. On odszedł, zanim cię znalazłem.
Głos nieznajomego zadrżał, ale Quin nie potrafiła się zo­ rientować, czy ze strachu, czy z gniewu. Coś z tym mężczyz­ ną było nie w porządku.
Najwyraźniej był Poszukiwaczem, a ona zamierzała dowie­ dzieć się, co takiego zrobił. Czy był pionkiem w planie Śred­ niego Sędziego, by zwrócić wszystkich Poszukiwaczy jednych przeciw drugim?
– Czy zabrałeś mu fokal? – spytała, spoglądając w dzikie oczy mężczyzny. – Czy zostawiłeś Shinobu Ta m, bezrad­ nego?
– Jeśli tam był, wyszedł, zanim cię znalazłem. A ty… – Nie­ znajomy urwał; wydawał się zirytowany i urażony jej pyta­ niem. – To m ó j fokal. Zawsze należał do mnie. I ja cię u r a ­ t o w ałe m.
Quin przebiegła w myśli swoje ostatnie, mgliste, powolne chwile z Shinobu. On wpadł w tarapaty. Chciał, żeby zdję­ ła mu z głowy fokal, ale ona wtedy nie była już w stanie się poruszyć.
W milczeniu przyjrzała się swojemu porywczemu tajem­ niczemu towarzyszowi i uświadomiła sobie, że jest całkiem możliwe, że oszołomiony Shinobu oddalił się, zostawiając ją samą. Przecież to ona miała go strzec, dopilnować, żeby myśli pochodzące z fokala nie zawładnęły jego myślami. Jeżeli ten nieznajomy mówi prawdę, to znaczy, że ona się zagubiła, a potem straciła też gdzieś Shinobu.
– A zatem gdzie jesteśmy? – spytała, starając się, by w jej głosie nie zabrzmiała oskarżycielska nuta.

16


Może ten mężczyzna rzeczywiście ją uratował.
– Jesteśmy w ś w i e c i e – odpowiedział zdumionym to­ nem, jakby nie całkiem wierzył w ten świat; jakby odwiedzał go po raz pierwszy.
– A gdzie… – zaczęła.
– Chcesz poznać nazwę miejsca, jakieś szczegóły? – przer­ wał jej, kręcąc głową. – Ja nie potrafię myśleć w taki sposób. Daj mi trochę czasu!
Głos okropnie mu drżał. Quin widziała, że wielkim wysił­ kiem starał się opanować, ale sprawiał wrażenie, że przy naj­ mniejszej prowokacji gotów jest wybuchnąć agresją. Zmie­ rzyła nieznajomego przelotnym spojrzeniem, oceniając go jako ewentualnego przeciwnika. Był potężnie zbudowany, przypuszczalnie dwakroć cięższy od niej, a zarazem zwin­ ny. Quin dorastała pośród wojowników i potrafiła rozpoznać groźnego przeciwnika.
– Nie zamierzam wyrządzić ci krzywdy – powiedział, jakby czytał w jej myślach. – Możesz ściskać w ręku ten nóż. Nie mam nic przeciwko temu. Czuwałem przy tobie przez kilka godzin, zanim się ocknęłaś. Gdybym chciał cię skrzywdzić, zrobiłbym to już wcześniej. Nie lubię walczyć.
Te słowa brzmiały szczerze. Pomimo jego śmiercionośne­ go wyglądu Quin była skłonna obdarzyć go pewną dozą za­ ufania. Niezrównoważone zachowanie nie musi koniecznie oznaczać złego charakteru.
– Kim jesteś? Z jakiego klanu? – zapytała go. – Gdzie się wyszkoliłeś na Poszukiwacza?
– Nie umiem tak szybko zorientować się w szczegółach.
– Ale twoje imię…?
– Zobaczyłem twoje ubranie i jedzenie i zrozumiałem, że już pora – powiedział gniewnie. Widocznie zbyt mocno go naciskała. Przyglądała się, jak się opanował, ale jego głos

17


drżał, gdy dodał: – Twoje ubranie i jedzenie są współczesne. Tak współczesne, jak tego potrzebowałem. – Wskazał na ba­ tonik w opakowaniu leżący na ziemi. Quin przypomniała sobie mgliście, że w którymś momencie wepchnęła go do kie­ szeni. Wciąż klęcząc, przysunął się ostrożnie do niej. – Czy obraziłabyś się, gdybym wziął twoją rękę?
– Co takiego? – rzuciła.
Czy on chciał wziąć ją za rękę, czy może był na tyle szalo­ ny, żeby prosić ją o pozwolenie oderwania jej ręki? Mocniej chwyciła rękojeść noża.
Mężczyzna parsknął śmiechem zaskoczony.
– Czy mogę ująć cię za rękę? – wyjaśnił. – Nie chodziło mi o to, że chcę ją odciąć. Proszę o to tylko dlatego, że nie przywykłem do tak jaskrawego światła. Ja… nie mam przy so­ bie żadnej broni, chociaż w grocie jest kilka. I kilka dziwów. Co miał na myśli? Zdawało się, że niebo usłyszało jej py­ tanie, gdyż światło zmieniło się gwałtownie. Chmury na ze­ wnątrz się rozstąpiły i przez wysokie naturalne okno w skalnej ścianie wlał się żółty blask, w którym Quin zobaczyła wresz­ cie wyraźnie swoje otoczenie. Wnętrze, w którym oboje sie­ dzieli, było na tyle obszerne, że upchałoby się w nim sześć czy siedem osób. Nie było stąd żadnej innej drogi wyjścia oprócz wylotu tunelu w stromej ścianie urwiska. I Quin widziała te­ raz kilka morferów rozrzuconych niedbale na ziemi, a także kilka innych rzeczy – dziwnych intrygujących przedmio­ tów, których nie rozpoznała, zrobionych z kamienia i szkła, wyglądających na starożytne; przedmiotów, jakie mogłaby nosić przy sobie Młoda Sędzia, o których powinien był na­ uczyć Quin jej ojciec w trakcie szkolenia na Poszukiwaczkę.
„Dziwy”, jak nazwał je nieznajomy.
Ten młody mężczyzna wciąż przysuwał się do niej, unika­ jąc słonecznego promienia, jakby był dla niego śmiertelnie

18


groźny. W jaśniejszym świetle Quin zobaczyła wyraźniej fokal nieznajomego i usłyszała jego elektryczne skwiercze­ nie. To prawda, to nie był kask Shinobu. Był całkiem inny, większy, może bardziej toporny i miał w części skroniowej wtopioną literę D – przez jakieś dziecko, jak przypuszczała, sądząc z niezdarnego kształtu tej litery.
– Powiedziałem ci, że to mój fokal – rzekł mężczyzna, za­ uważywszy jej spojrzenie. – Ten jest najstarszy.
Ujął jej dłoń w swoją wielką, a Quin pozwoliła mu na to, gdyż zastanawiała się nad tym, co przed chwilą powiedział. Jego fokal jest najstarszy? A zatem do którego rodu należy ten mężczyzna? I w jaki sposób zdobył te artefakty leżące na podłodze?
– Potrzebuję twojej pomocnej dłoni – oświadczył, spoglą­ dając na blask słońca na ścianie groty w odległości zaledwie metra od swojego ramienia.
– Boisz się, że to światło cię spali?
– Trochę tak – przyznał. Wziął głęboki wdech, a potem wy­ puścił powietrze, ściskając jej dłoń w swoich. – Czy możesz ściągnąć mi z głowy kask? Nie ma wątpliwości, że trzeba go zdjąć. A potem będziemy mogli stąd wyjść.
Myśl o opuszczeniu groty wyraźnie go przerażała, ale po­ budziła Quin do działania. Dziewczyna nie miała athamenu, więc musiała zdać się na swojego nieprzewidywalnego towa­ rzysza, jeśli chciała wydostać się stąd – dokądkolwiek – i roz­ począć poszukiwanie Shinobu.
Uwolniła dłoń z uścisku mężczyzny i delikatnie zdjęła mu fokal, podczas gdy on spoglądał na nią znękanym wzrokiem, przygotowując się na nieuchronny ból. W chwili gdy nie miał już na głowie fokala, osunął się bezwładnie i z głębokim ję­ kiem przycisnął czoło do skalnego podłoża. Quin odłożyła kask na bok i usłyszała brzęczenie, gdy strumienie energii

19


fokala oddzielały się od mężczyzny niczym rój konających pszczół.
Quin zdołała pochwycić tylko kilka słów, które wyrwały się z zaciśniętych zębów nieznajomego:
– On powinien skoncentrować się na… Nigdy nie chciałem, żeby się oderwał… powinien był zadziałać lepiej.
Mówił tak, jakby miał za sobą długą i trudną historię uży­ wania fokala, i Quin zastanawiała się, czy ten przyrząd wpły­ nął na niego w taki sam sposób jak na Shinobu.
– Przestań! Chodź tutaj – powiedziała do mężczyzny. Zobaczyła, że rozciął sobie skroń o nierówne skalne pod­
łoże. Uniosła mu głowę, a kiedy poczuł dotyk Quin, uchwycił się jej kurczowo, tak jak tonący chwyta się kawałka drewna.
– Nienawidzę go nosić i nienawidzę go zdejmować – wy­ znał z głową na jej kolanach. – A światło słońca sprawia mi ból.
Pogładziła go kojąco po policzku. Przestawiła swój wzrok na widzenie uzdrowicielki, jak nauczył ją w Hongkongu Mistrz Tan. Kiedy jej spojrzenie straciło ostrość, ujrzała tuż pod poziomem zwykłego widzenia przepływające wokół ciała mężczyzny linie energii, jasne miedzianobrązowe strumienie. U zwykłej osoby te strumienie przepływały powoli, tworząc regularny wzór, a Quin jako uzdrowicielka nauczyła się nimi manipulować. Jednak teraz u swojego towarzysza zobaczyła coś całkiem innego. Z jego prawej skroni tryskał gwałtownie pęk jaskrawych linii energii, spływał szybko w dół do lewego biodra i łączył się znowu z pojedynczym strumieniem wpły­ wającym w ciało. Ten mężczyzna był niczym wodospad – z gwałtownymi erupcjami energii wpływającymi w niego wciąż kaskadami i wypływającymi z niego, ze skroni do bio­ dra. Przyczyna jego przerażenia i wymijających odpowiedzi była teraz o wiele mniej zagadkowa; niewątpliwie niełatwo było żyć z takim wzorem energii.

20


Quin rozważała, czy potrafi go uleczyć. Ale po kilku chwi­ lach przyglądania się szalonemu przepływowi tych jaskra­ wych strumieni przestała się nad tym zastanawiać. Nigdy dotąd nie widziała takiego wzoru energii i wątpiła, czy dys­ ponuje umiejętnościami potrzebnymi, by nad nim zapano­ wać. Będzie musiała doraźnie koić tego mężczyznę, dopóki nie wyprowadzi jej z tej groty.
W końcu się uspokoił, a wtedy Quin pozwoliła, by jej wzrok odzyskał zwykłe widzenie. Zobaczyła, że ten człowiek jest naznaczony przez dziwne linie energii. Włosy nad prawą skronią miał odbarwione, niemal przezroczyste, jakby były martwe. Ciekawiło ją, czy odnalazłaby podobną bliznę na jego lewym biodrze.
Nadal przyciskał klatkę piersiową do jej nóg.
– Dziękuję, że wróciłaś do mnie – wyszeptał.
– To ty m n i e znalazłeś – odrzekła łagodnie. – I być może pomożesz mi odszukać Shinobu.
– Ciii.
Puścił ją i położył się na ziemi, wpatrując się w sklepienie groty. Wyglądał na wyczerpanego, ale przynajmniej już nie zrozpaczonego. Miał subtelne rysy twarzy, a gdy Quin mu się przyglądała, wydał się jej mgliście znajomy. Z jakiegoś powo­ du, którego nie potrafiła określić, sprawiał wrażenie szlachet­ nego. Może przyczyną były jego spływające luźno potargane włosy, przypominające loki średniowiecznego rycerza z któ­ rejś ze starodawnych powieści jej matki.
– Teraz oboje jesteśmy żywi, Quillo – szepnął tonem od­ miennym niż dotychczas. Nazywał ją innym imieniem; imie­ niem osoby, którą widocznie kiedyś kochał. – Ledwie mogę w to uwierzyć.
Starając się przybrać podobnie łagodny ton, odezwała się do niego:

21


– Gdzie jest twój athamen?
– Nie mam żadnego athamenu i nie potrzebuję takiego topornego narzędzia.
Nigdy dotąd nie słyszała, by jakikolwiek Poszukiwacz mó­ wił o athamenie tak, jakby to było coś podrzędnego.
– Więc jak się tu dostaliśmy? – spytała.
– W zwykły sposób – odrzekł szeptem i położył dłoń na sercu.
Coś w tym geście sugerowało, że jest zupełnie obłąkany. A jednak zarazem była w tym wskazówka, którą Quin pragnę­ ła zrozumieć. Czy sprowadził ją z tamtego miejsca p o m i ę ­ d z y bez użycia athamenu? Quin odłączyła się od Shinobu w momencie, gdy byli w trakcie odkrywania zatajonych od dawna sekretów Poszukiwaczy. Czyżby natknęła się na ko­ goś, kto potrafi udzielić jej kilku odpowiedzi?
– Co to za zwykły sposób? – zapytała ostrożnie, w nadziei, że tym oględnym pytaniem zdoła przezwyciężyć jego opór.
Odwrócił się do niej gwałtownie.
– Wiesz, że chcę ci o nim powiedzieć. Gdybym dotarł do ciebie na czas, chętnie umarłbym zamiast ciebie. – Mówił tak czule, jakby od dawna dobrze znali się nawzajem. – Quillo, wolałbym o wiele bardziej, żebyście ty i Adelaida żyły, niż że­ bym ja pozostał przy życiu.
– Ja… ja nie jestem Quillą – odrzekła łagodnie, czując ukłu­ cie bólu z powodu tego przelotnego wglądu w historię jego życia. Nagle przypomniała sobie lekki, ciepły dotyk, który poczuła na ustach, kiedy się ocknęła. – Czy przedtem mnie pocałowałeś?
– Jesteś do niej taka podobna – powiedział jakby w tran­ sie. – A co, jeśli jesteś nią?
Dotknęła jego ramienia.
– Jestem Quin.

22


Wydawał się zdziwiony, ale niezrażony.
– Ale pomożesz mi?
– Ja muszę…
– Przestań mówić mi o Shinobu! – wykrzyknął porywczo. Jednym gwałtownym ruchem uniósł się do pozycji siedzącej i spojrzał gniewnie na Quin. – Kimkolwiek on jest, odnaj­ dę go, jeśli właśnie tego chcesz. Tylko najpierw proszę cię o odrobinę pomocy!
Quin powstrzymała się przed jakąkolwiek odpowiedzią. Potrzebowała tego mężczyzny, żeby wyprowadził ją z groty, a potem odszukał Shinobu i powstrzymał go przed zrobie­ niem czegoś szalonego. Ale kiedy spojrzała ponownie na te
„dziwy” ze szkła i kamienia i na osobliwy fokal jej towarzysza, uświadomiła sobie, że już podjęła decyzję. Ona i Shinobu będą chcieli dowiedzieć się czegoś od tego szalonego mło­ dego mężczyzny, jeśli tylko zdołają dotrzeć pod powierzch­ nię jego obłędu.
– Kim jesteś? – spytała go ostrożnie.
Poczuła na sobie jego wzrok niczym fizyczną siłę, ciężki i wprawiający w zakłopotanie. Mężczyzna sprawiał wrażenie, jakby z trudem usiłował zachować przyjazne nastawienie do niej.
– Jestem Dex – rzekł wreszcie, zdoławszy się opanować. – Możemy już iść, jeśli chcesz. Wiem, że w przeciwieństwie do mnie większość ludzi nie lubi takich ciasnych, ciemnych miejsc.
– Jak stąd wyjdziemy?
Schylił się do ziemi i zebrał z niej te „dziwy”.
– Weź je jako dowód mojego zaangażowania. Obiecuję, że jeśli mi pomożesz, ja pomogę tobie.
Wzięła od niego przedmioty i spytała:
– Czy to dawne narzędzia Poszukiwaczy?

23


Jej spokój oddziaływał na niego kojąco.
– Są co najmniej tak stare – odpowiedział. – Musiano uży­ wać ich w wielkiej otwartej przestrzeni i właśnie dlatego po­ trzebuję ciebie. Nauczę cię spraw, których wcześniej ci od­ mówiłem.
Dex bardzo powoli, jakby w obawie przed byciem zranio­ nym, wsunął lewą rękę w słoneczny promień wpadający przez otwór w ścianie groty. Kiedy blask słońca padł na jego skórę, Quin dostrzegła maleńki przyrząd z kamienia i szkła zawie­ szony na pętelce na jego środkowym palcu i leżący na dłoni.
– Co to takiego?
– Schwytanie ich wszystkich nie będzie łatwe, Quillo. Ale trzeba ich schwytać. – Popatrzył na nią wielkimi brązowymi oczami i Quin pomyślała przelotnie, że ta Quilla, kimkolwiek była, z pewnością lubiła ciepło spojrzenia tego mężczyzny, bez względu na to, jak bardzo był szalony. – Robią mnóstwo zamieszania i pora położyć temu kres.
Nie zamierzała pytać Dexa, o czym mówił. Przypuszcza­ ła, że już i tak doprowadziła go do kresu wytrzymałości. Po­ wiedział, że stąd wyjdą, więc postanowiła trzymać język za zębami, dopóki Dex nie pokaże jej, w jaki sposób to zrobią.
Ale kiedy cofnął lewą rękę ze słonecznego promienia i objął nią jej szyję, cofnęła się.
– Nie…
– Nie zamierzam cię pocałować – zapewnił ją łagodnie i w kąciku jego ust zaigrał cień uśmiechu.
Czuła na karku ciepły dotyk tego dziwnego kamiennego przedmiotu, który trzymał w dłoni i przyciskał do jej skóry. Nagły prąd przepłynął w górę jej kręgosłupa aż do głowy.
Quin zwiotczała w objęciach Dexa i niemal natychmiast stra­ ciła przytomność.
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2018 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 14 gru 2018, 16:39 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka