Raport z północy - fragment

Andrzej Pilipiuk
„Raport z północy”
Ocena recenzenta
5.0/5
Ocena użytkowników
brak (0 głosów)

Książka ta dedykowana jest pamięci
Arminasa Pileckasa †11 I 2016 r., Broby




Rozdział I
Dzikie gęsi


Wyprawa” – bu, ha, ha, ha – dałem czadu z tym tytułem.
Wyprawa to podróż kajakiem po Orinoko
albo trekking wzdłuż Sudanu. Ale niech tam, ładny jest,
więc zostaje. 20 czerwca wieczorem wsiedliśmy z Ojcem
w nocny pociąg do Gdyni. Polska pożegnała nas brzydko.
Wagony były po prostu brudne – w pierwszym przedziale,
który wybraliśmy, śmierdziało. Zmieniliśmy – na
szczęście było dość luźno. 21 czerwca rankiem byliśmy
w Gdyni. Poszliśmy pieszo do terminalu promowego. Pokazaliśmy
paszporty i bilety. Wpuszczono nas na pokład.
Zostawiliśmy plecaki w przechowalni i wdrapaliśmy się
na wyższe pokłady.
Podróż promem była dla mnie swego rodzaju nowością.
Wcześniej odbyłem tylko rejs po zatoce z Helu do
Gdańska niewielkim statkiem wycieczkowym. Prom nie
był szczególnie nowy – zapewne pływał uprzednio po innych
wodach, zakumulował się i trafił „na dorżnięcie” na
Bałtyk. Widać było purchle rdzy pokryte grubą warstwą
farby oraz przebijające się tu i ówdzie rude zacieki korozji.
Szyby brudne – jakby niemyte od nowości. W sklepie
wolnocłowym wszystko było opisane po szwedzku – czułem
niemiły posmak bycia pasażerem drugiej kategorii.
Kupiliśmy pół litra ginu w plastikowej butelce. Bardzo
fajny wynalazek. Przedrzemałem trochę na fotelach lotniczych.
O siedemnastej piętnaście zobaczyłem po raz
pierwszy Szwecję – na horyzoncie spostrzegłem małą
wyspę archipelagu szkierów. Zauważyłem kilka żaglówek
buszujących pomiędzy wysepkami – i znowu zaskoczenie.
Po okresie komuny morze w moim umyśle było
granicą. Zgoda na każde wyjście z portu, straż graniczna
kontrolująca kutry rybackie et cetera. Tu można było
swobodnie żeglować. Bierz sobie swoją żaglówkę i śmigaj
między wyspami. Szwedzkie władze po prostu nie bały
się, że niewolnicy skorzystają z okazji i spierniczą. Płynęliśmy,
skalistych wysepek pojawiało się coraz więcej.
Była to dla mnie pewna nowość, bo do tej pory Bałtyk
znałem tylko od tej polskiej strony.
Dobiliśmy do brzegu. Ogólnie rzecz biorąc, przepłynięcie
Bałtyku nie oznaczało automatycznie, że znajdziemy
się w Szwecji, na odprawie paszportowej bowiem pytano
o posiadane zasoby gotówki, żądając, aby przybysze
mieli odpowiednią ilość waluty na każdy dzień pobytu.
Przypuszczalnie Szwedzi zabezpieczali się w ten sposób
przed gastarbeiterami, gdyż uzyskanie wiz pozwalających
na pracę w Szwecji nie było łatwe i masa Polaków
pracowała tam na czarno, zajmowała się handlem „ręcznie
malowanymi” obrazkami czy nawet żebraniną i zło8
| Wyprawa 1999
dziejstwem. Do tego pchała się tam na „gościnne występy”
masa polskich Cyganów vel Romów, dodatkowo
bardzo psując nam opinię. Kwot konkretnych, jakich żądano,
nie pamiętam, ale były to sumy, jak na naszą kieszeń,
horrendalne. Ergo: mieliśmy tej forsy znaaacznie
mniej. Uratowało nas stanowcze zapewnienie, że jesteśmy
turystami, i okazanie biletów Interrail. Co ciekawe,
szwedzkich celników w ogóle nie interesowały karty kredytowe
– wyłącznie gotówka w postaci fizycznej. Nie słyszeli,
że złoty polski jest już wymienialny, a nasze banki
wydają karty Visa?!
Nad wejściem do terminalu uwiły sobie gniazdo jaskółki
oknówki – ptaszki przylepiły pacynę błota i śmigały
ludziom nad głowami, znosząc robale pisklętom.
Nikt ich nie przepłoszył, nikomu nie przeszkadzało to
gniazdo i ciut obesrana elewacja. To był pierwszy znak,
że jesteśmy w trochę innym, bardziej życzliwym świecie.
Dopłynęliśmy wieczorem. Trochę bez sensu. Złapaliśmy
autobus do miasta – bilet za dwadzieścia dwie korony.
Jak na naszą kieszeń, było to drogo... Wysiedliśmy przy
dworcu i wsiedliśmy w pociąg – jedyny, jaki był – do
miejscowości Hässleholm. Wyglądała na niewielką, ale
z mapy wynikało, że jest tam węzeł kolejowy, więc uznaliśmy,
że przenocujemy gdzieś w niej, a rano zobaczymy.
Pociąg przez jakiś czas jechał brzegiem morza. Czułem
ulgę i lekką euforię. Po niemal dwu dekadach marzeń
dokonałem tego – przeszedłem długą drogę, ale byłem
tam. Po drugiej stronie Bałtyku. Patrzyłem przez okno.
Lasy. Skały. Niewielkie domki pomalowane na niepowtarzalny
rudobrązowy kolor. Jeziora, pomosty, łódki.
Maszty i flagi z żółtym krzyżem na błękitnym tle. Jak
Dzikie gęsi | 9
na obrazku, który namalowałem sobie osiemnaście lat
wcześniej do piórnika. Szwecja...
Dojechaliśmy do wybranej stacji, przebyliśmy rachityczny
zagajnik. Koło jakiegoś pagórka rozstawiliśmy
nasz tani chiński namiot. Grunt był pierońsko kamienisty...
Zauważyłem ciekawą rzecz: noc była jasna – znacznie
jaśniejsza niż w Polsce. Nie były to jeszcze białe noce,
ale dało się zobaczyć tę odmienność. Odespaliśmy noc
spędzoną w pociągu i cały dzień na morzu. Gdy o świcie
następnego dnia szliśmy z Ojcem przez przedmieścia
Hässleholm, zobaczyłem Szwecję od jeszcze innej strony.
Przedmieścia wyglądały archetypicznie – ładne, duże,
parterowe domy. Płotki do kolan stanowiące tylko symboliczną
granicę działki – bo i po co komu wyższe w kraju,
gdzie nie ma złodziei i gdzie nikt nie trzyma groźnych
psów. Dobre auta zaparkowane tu i ówdzie. Przy jednym
z domów krzątał się Szwed. Montował docieplenie w panelu
ściennym, który chciał niebawem wstawić na miejsce.
Zaciekawiła nas ta technologia, więc idąc, popatrywaliśmy,
co robi. Zauważył nas, podniósł dłoń i pozdrowił
typowym szwedzkim „haj”. Odpowiedzieliśmy tak samo.
Musiał poznać, że nie jesteśmy jego krajanami. Żadnego
zaniepokojenia faktem, że obcy gapią się, co robi. Żadnego
poczucia zagrożenia. Życzliwa otwartość... Przypominam
sobie to zdarzenie sprzed osiemnastu lat i zastanawiam
się – jak dziś Szwed zareagowałby na widok obcych.
Pojechaliśmy tego dnia dość skomplikowaną trasą – najpierw
do Malmö, potem do Göteborga. W Malmö obej10
| Wyprawa 1999
rzeliśmy stare miasto. Nie było szczególnie interesujące,
ale ładne. W dodatku niepodobne do naszych. Tu
i ówdzie otwierały się urocze zaułki małych kolorowych
kamieniczek. Po ścianach pięły się róże. Mój Ojciec był
przed laty w tym mieście, pamiętał to i owo. Najbardziej
zapadł mi w pamięć sklepik z artykułami dla modelarzy –
na wystawie stały bowiem butelki do makiet – bardzo
realistyczne, a nie wyższe niż centymetr. Cyknąłem sobie
zdjęcia kościoła irlandzkiego, ratusza i bardzo starej
kamienicy zbudowanej w systemie muru pruskiego. Do
kościoła udało się zajrzeć. Ze starówki poszliśmy dalej.
Po raz pierwszy zobaczyłem wówczas typowy skandynawski
zamek. W XVI i XVII wieku nastawiali ich tu
dużo. Są budowane najczęściej wedle jednego sprawdzonego
wzorca. Do wzniesienia murów zazwyczaj używano
dużych głazów, choć ten akurat zamek był pod tym
względem nietypowy, bo głównie ceglany. Założenie na
planie kwadratu, z dużym dziedzińcem i półokrągłymi
basztami na rogach. W fosie trwały wykopaliska archeologiczne
– popatrzyłem na szwedzkich „kolegów”, którzy
odsłaniali drewnianą konstrukcję dawnego mostu.
Mimowolnie zgrzytnąłem
zębami. Fajnie byłoby
pokopać z nimi...
Zwłaszcza że to, co robili,
dokładnie odpowiadało
mojej specjalizacji.
Z całą pewnością w mule
fosy znaleźli niejeden ciekawy artefakt – ta część Skandynawii
przechodziła z rąk do rąk, o żyzne południe kraju
konkurowały Szwecja i Dania. Zamek był w remoncie,
Płotki do kolan stanowiące tylko
symboliczną granicę działki – bo
i po co komu wyższe w kraju,
gdzie nie ma złodziei i gdzie
nikt nie trzyma groźnych psów.
Dzikie gęsi | 11
więc musieliśmy darować sobie muzea i poczłapaliśmy
dalej. Znaleźliśmy park, tam rozłożyliśmy się na posiłek.
Na rozległej łące stał stary wiatrak, a obok wypatrzyłem
stado dzikich gęsi. Przypomniała mi się „Cudowna podróż”.
Zrobiłem zdjęcia, ale marniuchne. Nie miałem teleobiektywu,
a bałem się podejść bliżej, żeby nie spłoszyć
ptaków... Ostatnim zaskoczeniem był parking rowerowy
koło dworca. Czekaliśmy na pociąg i rozglądaliśmy się.
Szwedzi kończyli pracę, zostawiali swoje jednoślady, czasem
nawet ich nie przypinając, i wsiadali do kolejki podmiejskiej.
Byłem w lekkim szoku. Zostawić na noc rower,
w dodatku przy dworcu?! Inny świat... Lepszy niż nasz.
Wieczorem dojechaliśmy do Trollhättan. Wysiedliśmy
z pociągu i poszliśmy ładną alejką wzdłuż torów na
północ. Przebyliśmy słynny Kanał Gotyjski łączący wielkie
jeziora szwedzkie z Atlantykiem. Znaleźliśmy fajny
kawałek ni to parku, ni lasu, zeszliśmy ze ścieżki i postawiliśmy
namiot. W Trollhättan jest piękny wodospad
oraz punkt widokowy, z którego można zobaczyć kawał
wybrzeża. Ale o tym nie wiedzieliśmy, przewodnik też
nie wspominał, więc dwóch największych atrakcji okolicy
nie zobaczyliśmy... Za to gdy wstawaliśmy rankiem,
opodal namiotu pasła się sarna.


Rozdział II
Gangsterzy klawi jak cholera


Na dworcu w Oslo przyszło nam poczekać parę godzin.
Połaziliśmy, posiedzieliśmy. Obserwowaliśmy,
jak żyje się tutaj ludziom. Zobaczyliśmy Murzynów wyglądających,
jakby się urwali z Harlemu. Dwóch kolesi
najpierw siedziało na ławce, prowadząc ożywioną konwersację
o kilkanaście decybeli za głośno, potem poszło
sobie przez halę, nadal głośno gadając i paląc pety.
Ochroniarz minął ich, udając, że nic nie widzi. To było
moje pierwsze zetknięcie z polityczną poprawnością.
Czarnym już wtedy wolno było po prostu więcej. Rzecz
jasna, nie wszyscy kolorowi zachowywali się prowokacyjnie
i nie wszyscy wyglądali na lumpów. Przez chwilę
stała obok nas Murzynka z walizką – ale nie czarna, lecz
barwy czekolady mlecznej. Była szczupła jak trzcina, wysoka,
zaskakująco ładna. W jej stroju i postawie była jakaś
prostota i elegancja. Wyglądała jak księżniczka, tyle
że brązowa. Ojciec przypuszczał, że może być z Etiopii.
Połaziliśmy znowu. Znaleźliśmy gigantyczny sklep
z komiksami, a w przylegającej do dworca galerii handlowej
przytulną knajpkę, udekorowaną malunkami i fotosami
nawiązującymi do filmów o gangu Olsena. Nie
byłem nigdy w Danii, ale ponieważ jest to kraj skandynawski,
pozwolę sobie na kolejną dygresję. Pierwszy odcinek
cyklu obejrzałem, mając dwanaście, może trzynaście
lat. Całą serię nasza telewizja pokazała na początku
lat dziewięćdziesiątych. Wiele razy śnił mi się identyczny
sen – wędruję brzegiem morza wśród na wpół zatopionych
bloków skalnych... I pewnego dnia, oglądając po
wieloletniej przerwie odcinek „Gang Olsena jedzie do
Jutlandii”, skojarzyłem, że to chyba odbicie tego filmu.
Tylko że tam były na wpół zatopione betonowe bunkry...
Duńska kinematografia jest w Polsce praktycznie nieznana,
wypada więc nakreślić szerzej tło kulturowe i opisać
odtwórców głównych ról. Gdy studiuje się listę płac,
widać, że Duńczycy zgromadzili do tego projektu ciekawy
i różnorodny zespół aktorów filmowych i teatralnych.
Wspomnę zatem, że Ove Sprogøe (Olsen) miał w swoim
dorobku role w stu czterdziestu trzech filmach (!), do
tego śpiewał, podkładał głos jako lektor w filmach zagranicznych,
występował w teatrze, a nawet zajmował
się teatrzykiem kukiełkowym i animacją. Morten Grunwald
(Benny) – zagrał w kilkudziesięciu filmach, ale traktował
to raczej hobbystycznie, był bowiem częściej kierownikiem
planów filmowych, reżyserem, managerem,
dyrektorem teatrów, organizatorem. Najciekawszą jednak
postacią aktorskiego trio był Poul Arne Bundgaard
14 | Wyprawa 1999
(Kjeld) – w serii filmów pocieszny grubas, jąkający się ze
strachu i wstrząsany tikami nerwowymi. Tchórz, fajtłapa,
nieudacznik życiowy i pantoflarz, terroryzowany przez
rzutką żonę – Yvonne. Wiecznie przestraszony, tulący
się do starej, zniszczonej lekarskiej torby. Prywatnie, to
znaczy poza planem filmowym, człowiek ten był weteranem
wojennym, bohaterskim uczestnikiem duńskiego
ruchu oporu, a po wojnie zrobił karierę jako znany śpiewak
operowy. Nagrania jego głosu pojawiły się na setce
płyt z muzyką poważną.
Nas ta komedia bawi. Ale bawi nas w warstwie czysto
fabularnej – a tymczasem film skrywa drugie dno.
Wyobrażacie sobie, jaki ubaw mieli Duńczycy, widząc
Bundgaarda w scenie, gdy koszmarnie fałszując, śpiewa
na podwórku kamienicy, licząc na datki „do kapelusza”?
Ale nic nie przebije fragmentu filmu „Gang Olsena
wpada w szał”. Bohaterowie kują ściany w podziemiach
Teatru Królewskiego. Nie dość, że śpiewak Poul Arne
Bundgaard
pojawia się w swoim normalnym miejscu pracy
– ale tym razem jako włamywacz – to jeszcze towarzyszy
mu Morten Grunwald, który kilka lat później został
tego teatru dyrektorem, oraz Ove Sprogøe, który też
niejednokrotnie
pojawiał się na deskach tej sceny. A co
myśleli sobie pracownicy owej instytucji, widząc potem
szefa w garniturze i za biurkiem?
Teraz parę smutnych słów o starości i przemijaniu.
Cykl filmów o perypetiach genialnego kasiarza i jego
kumpli nieudaczników zaczęto kręcić pod koniec lat
sześćdziesiątych. Ostatni, trzynasty odcinek serii powstał
w roku 1981. Aktorzy zeszli ze sceny, kurtyna opadła, zdawało
się, że na zawsze. W 1998 roku, po siedemnastoletniej
Gangsterzy klawi jak cholera | 15
przerwie, pojawił się pomysł zmierzenia z legendą. Reżyser
Tom Hedegaard zdołał skrzyknąć starą drużynę i powstał
jeszcze jeden film. Zebranie ekipy po latach przerwy
było zadaniem absolutnie karkołomnym. Odtwórca
głównej roli, Ove Sprogøe, miał już siedemdziesiąt dziewięć
lat i zasadniczo od dłuższego czasu wybierał się na
zasłużoną emeryturę. Pracował jeszcze w kinematografii,
ale głównie dubbingując filmy animowane. Morten
Grunwald (Benny) został bardzo ważnym urzędasem „od
kultury”, a do tego kierownikiem zjednoczenia kinematograficznego.
Utył, posiwiał, zapuścił brodę. Grywał w filmach
już bardzo sporadycznie, za to czasem reżyserował.
Poul Arne Bundgaard (Kjeld) był ciężko chory. Z ról
drugoplanowych
Preben Kaas (Dynamitowy Harry) utonął
w 1981 roku. „Yvonne” – filmowa żona Kjelda – także
nie żyła – grająca ją duńska aktorka Kirsten Walther zginęła
w roku 1987 w wypadku samochodowym. Jes Holtsø
(Børge) porzucił aktorstwo i został muzykiem.
Największy problem był z „Kjeldem”. Fakt, że w ogóle
zdołał zagrać w czternastej części przygód, zakrawa
na cud i pokazuje ogromny triumf żelaznej woli tego
człowieka. W tym okresie poruszał się już wyłącznie
na wózku inwalidzkim. Chorował ciężko na cukrzycę
i z planu filmowego kilkakrotnie zabierała go karetka.
Za którymś razem już do kolegów nie wrócił... Zmarł
w szpitalu na skutek ostrej niewydolności nerek. Scena,
w której śpiewa – tym razem na poważnie – była zarazem
ostatnim nagraniem jego fenomenalnego głosu. Z relacji,
które znalazłem, wynika, że liczył się z ryzykiem nagłego
zgonu i nalegał, aby wówczas film w miarę możliwości
dokończyć.
16 | Wyprawa 1999
Co gorsza, to nie był koniec czarnej serii – w trakcie
kręcenia zdjęć zmarło jeszcze dwóch aktorów trzecioplanowych
– Benny Hansen grający portiera oraz Bjørn
Watt-Boolsen, obsadzony w roli sekretarza stanu. Na domiar
złego przed zakończeniem zdjęć zmarł także reżyser
– Tom Hedegaard. Komedia zmieszała się z tragedią.
Nie wiem, czy światowa kinematografia notuje podobny
przypadek. Cztery zgony, w tym twórca i aktor wykonujący
jedną z głównych ról... Film mimo to ukończono.
Reżyserię przejął Morten Arnfred, w kilku brakujących
scenach „Kjelda” zastąpił pokazywany wyłącznie od tyłu
dubler. Sekretarza stanu pokazano jako nogi wystające
zza biurka – głos podłożył ktoś inny. Aktorstwo to sztuka
oszukiwania widza... Widać, że pierwotne plany były
trochę odmienne. Scenariusz poprzerabiano i skrócono.
Ale zważywszy na długość przerwy i tragiczne okoliczności
powstawania tego filmu, efekt końcowy budzi
szacunek. Dokonali tego. I wyszło im o niebo lepiej
niż w przypadku podobnej inicjatywy amerykańskiej –
„Blues
Brothers 2000”.
Kolejne lata przyniosły, niestety, dalsze wykruszanie
się zgranej paczki. Axel Strøbye – wybitny aktor teatralny
i filmowy, artysta od ról tragicznych w dramatach Szekspira,
a tu grający leniwego, cynicznego i zgorzkniałego
detektywa Jensena – zmarł w 2005 roku. W 2016 roku
odszedł powalony zawałem serca Ove Verner Hansen.
W serii o gangu Olsena grał zwalistego osiłka Bøffena
(„Stek”) – speca od mokrej roboty, który regularnie
otrzymywał zlecenie uciszenia Olsena na zawsze. W filmie
był postacią raczej trzecioplanową, ale za to w ekipie
filmowej stanowił duszę towarzystwa. Organizował
Gangsterzy klawi jak cholera | 17
przyjęcia na zakończenie dni zdjęciowych. Wspominany
jest jako wybitny specjalista od aprowizacji i grillowania.
A poza planem? Człowiek orkiestra. Był w swoim
długim życiu drwalem, śpiewakiem operowym, żeglarzem
i instruktorem żeglarskim, gospodarzem mariny
oraz... autorem książek kucharskich. W chwili, gdy
piszę te słowa, z aktorów, którzy wcielili się w niezapomnianych
członków gangu Olsena, żyją już tylko „Benny”
i „Børge”. Warto wspomnieć jeszcze, że kilka lat temu
ulicę wiodącą do starego więzienia w Kopenhadze przemianowano
na aleję Egona Olsena. Więcej ciekawostek?
No niestety, nie wygrzebałem. Morten Grunwald napisał
książkę „Moje życie w żółtych skarpetkach”, opowiadającą
o kręceniu serii i okraszoną anegdotami z planu
filmowego. Jednak dostępna jest chyba tylko w języku
duńskim i w przekładzie na niemiecki.
Szwedzi i Norwegowie pozazdrościli Duńczykom
sukcesu, więc bazując na ich pomysłach, nakręcili własne
wersje tej serii – osadzone w swoich krajach i z obsadą
własnych ulubionych aktorów. Nie, nie zmyślam –
jeśli ktoś chce zobaczyć znacznie młodszego Olsena albo
znacznie szczuplejszego Kjelda, niech pogrzebie w necie.
Co ciekawe, w filmach tych zobaczyć można też niektórych
aktorów z duńskiej wersji, na przykład Prebena
Kaasa.
„Dynamitowy Harry” wystąpił w wersji szwedzkiej,
ale nie grał tam „siebie”, a Ove Verner Hansen (Stek)
gościł u Norwegów. Po latach powstał też serial dla młodzieży
– o tym, co członkowie gangu robili, gdy chodzili
do szkoły, oraz dwa filmy animowane opowiadające
mniej więcej o tym, co by zrobili w piętnastej i szesnastej
części, gdyby była możliwość je nakręcić. Narysowano
18 | Wyprawa 1999
także cykl komiksowy. A największy opad szczęki zaliczyłem,
oglądając konną rewię, którą Niemcy z Lipska
wystawili w roku 2004, by uczcić Ove Sprogøe Olsena.
Grupka ludzi w miarę podobnych do oryginałów, poprzebierana
w stroje nawiązujące do kostiumów bohaterów
filmu, kłusuje bez większego sensu na konikach
po dużej hali. To chyba jest ten legendarny koniec internetu...
Mimowolnie, gdy patrzę na pudełeczko z czternastoma
płytami i oglądam w necie fragmenty nieznanych mi
wersji, przypomina mi się nasza komedia kryminalna
„Vabank”. Tylko że u nas nakręcono jedynie dwa filmy
tego cyklu. Gdybyśmy żyli w normalnym kraju kapitalistycznym,
zapewne reżyser poszedłby za ciosem i powstałoby
więcej części.
Wróćmy do lokalu na dworcu. Ponownie ujrzałem
ten szyld po latach, oglądając u teściów telewizję.
W 2015 roku nasi niechciani bracia muzułmanie „ubogacili
kulturowo” Oslo, zabijając tam trzy osoby z broni
automatycznej. Poczułem, że zdeptano moje podwórko.
Zdeptano potrójnie. Znane mi miejsce. Ulubiony film.
W dodatku pisząc „Norweski dziennik”, właśnie w tej
galerii handlowej umieściłem scenę... strzelaniny.
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2017 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 16 gru 2017, 10:13 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka