Szamańskie tango - fragment

Aneta Jadowska
„Szamańskie tango”
Ocena recenzenta
5.0/5
Ocena użytkowników
brak (0 głosów)
Rozdział 1

Przy tej ilości krwi ciężko było
uwierzyć, że pochodziła z ciał
tylko dwóch kobiet. Beżowy dywanik
przy łóżku był przesiąknięty,
tylko na krawędzi dało się
jeszcze dostrzec pierwotny kolor.
Biało-różowe magnolie na fototapecie
przy łóżku były teraz bardziej czerwone niż rano.
Na pościeli, skotłowanej i niezbyt świeżej, kolejne rozbryzgi
opowiadały historię o brutalnym ataku i szybkiej,
niepotrzebnej śmierci młodej kobiety. Druga wykrwawiła
się na korytarzu. Oba ciała zabrano do kostnicy,
zanim się pojawiłem, ale kałuża na lśniących panelach
wciąż była lepka i czerwona jak rozgniecione maliny.
Zapowiadało się ciężkie śledztwo. Byłem w stanie
to ocenić na pierwszy rzut oka. Podwójne morderstwo
w środku sezon ogórkowego, który w Toruniu trwał
większą część roku, przyciągnie mnóstwo uwagi lokalnych
mediów. Zabójstwa nie zdarzały się tu często, a tym
bardziej podwójne. Będą naciski i oczekiwanie, że w trzy
godziny wskażemy i zatrzymamy sprawcę. Tymczasem
nie było świadków czy podejrzanych.
Pewnie dlatego Anita zadzwoniła do mnie mimo mojego
wolnego dnia. Wyrobiła sobie niezdrowe przekonanie,
że jestem magikiem, który wyciągnie jej rozwiązanie
sprawy z kapelusza. Owszem, czasami widziałem nieco
więcej niż normalny człowiek, ale nie tym razem. Teraz
widziałem tyle samo albo nawet mniej niż każdy z kręcących
się tu techników. Zbierali setki odcisków palców,
a byłem niemal pewny, że większości z nich nie ma w naszej
bazie danych. Kowalscy i Nowakowie odwiedzający
przybytek Pink Velvet nie byli notowani, mieli normalną
pracę, rodziny, tyle że po ciężkim tygodniu lubili wpaść
na figle z kobietą, która nie była zmordowana uganianiem
się za dziećmi. Niestety, jeden z nich nie tylko się zabawił,
ale zabił też dwie osoby. I to jego będziemy musieli
znaleźć.
Są dni, kiedy ta robota jest po prostu do bani.
Owszem, sprawca zostawił po sobie strzępki tego, co
można nazwać mentalnym odciskiem palca, ale to niewiele.
Wiedziałem, że był wkurzony i niezrównoważony,
jego emocje szalały po skali. Choć zmasakrowane
ciała dwóch kobiet mogły mi powiedzieć to samo. Nie
było sensownych badań nad wykorzystaniem nadprzyrodzonych
zmysłów w kryminalistyce i wiedziałem tyle,
ile usłyszałem od byłej partnerki, która była wiedźmą
i z wykorzystaniem empatii na miejscu zbrodni radziła
sobie znacznie lepiej. Ja na podstawie tego, co odbierałem,
mogłem tylko przypuszczać, że sprawca był młody, albo
bardzo niedojrzały – to właśnie zdradzały te głębokie wychylenia
amplitudy. Z listy podejrzanych raczej mogliśmy
wykreślić emerytów. Trudno to nazwać solidnym tropem.


– Witkacy, ta dziewczynka na schodach przyjechała
z tobą? – zapytał jeden z techników, wyrywając mnie
z zamyślenia.
Przez chwilę nie wiedziałem, o czym mówi, a potem
nagle przyszło objawienie. Przekląłem, uświadamiając
sobie, jak bardzo spieprzyłem.
Siedziała na schodach. Wysoka, szczupła, w kraciastym
płaszczu, z ciemnymi włosami niesfornie wystającymi
spod czapki i wyciągniętymi przed siebie długimi, chudymi
nogami w przetartych na kolanach dżinsach. Czerwone
glany były jak wykrzykniki.
Nie widziałem jej twarzy, więc nie mogłem ocenić
skali problemów, w jakie popadłem. Lekko zgarbiona
i zaczytana w grubym tomiszczu, które musiała przynieść
w wypchanym i zbyt ciężkim dla niej plecaku, wydawała
się krucha i spięta.
Zszedłem po schodach i przysiadłem na tym samym,
na którym siedziała.
– Kurczaczku, przepraszam, że tyle zeszło – zacząłem.
Poczucie winy wybrzmiewało w każdej sylabie. Popołudnie
przeszło już w późne popołudnie, a powietrze
zrobiło się znacznie chłodniejsze.
Spojrzała na mnie. Miała wielkie, ciemne oczyska
swojej matki.
– Witkacy, rozmawialiśmy o tym – powiedziała tylko,
zaciskając usta w wąską linię.
– Wiem, miałem mieć dzień wolny...
Pomachała mi ręką przed nosem.

– Nie to! Mówię o kurczaczkowaniu. Ustaliliśmy, że
mówisz do mnie Wiktoria albo Wikta.
Przytaknąłem, bo faktycznie, prosiła mnie o to, a ja
obiecałem, że się postaram. Kurczaczek było jej dziecięcym
przezwiskiem, którego tak naprawdę nie miałem
prawa używać. Nie było mnie przy niej, gdy powstało.
Tylko jej matka mogła wciąż nazywać ją tak od czasu do
czasu, a i tak musiała się liczyć z całym tym typowym
dla nastolatek wzdychaniem i przewracaniem oczami.
– Idziemy? – zapytała. – Mogą wrócić i znów się napatrzę.
– Widziałaś... – Zawahałem się przy słowie „duchy”,
bo jeden z techników przenosił akurat torby z dowodami
do samochodu.
– Masakra. A wiesz, co jest najgorsze?
Nie wiedziałem. Moja prawie szesnastoletnia córka
– tak jak ja – widziała duchy. Była także wrażliwa na
eter, a byty ektoplazmowe i graniczne, wszystkie duchy
i upiory, czuły do niej pociąg jak koty do kocimiętki. Nie
były agresywne, ale dość napastliwie domagały się uwagi
dla siebie, swoich niezałatwionych spraw czy porachunków.
Względem mnie trzymały się na dystans, po tym
jak w ostatnim czasie dość spektakularnie odesłałem kilka
na drugą stronę. Ona wydaje im się nieszkodliwa. Być
może nie wiedzą, że jest jedynym znanym mi szamanem,
który jeszcze przed szkoleniem potrafił znokautować ducha
za pomocą ciosu karate. Więc nie, nie wiedziałem,
co w tym wszystkim uznała za najgorsze.
– Były całe pokrwawione, szalone, zapętlone na
ostatnich chwilach. A ja zrobiłam się strasznie głodna –
powiedziała. – Ssie mnie.

– To naprawdę najgorsze – przyznałem i zacisnąłem
usta, by nie zacząć się śmiać.
– Dlatego nie możesz mnie winić za to, co zrobiłam.
Byłam głodna, mój mózg nie działa dobrze, gdy jestem
głodna – zaznaczyła.
– Co zrobiłaś?
– Rozejrzałam się – powiedziała niewinnie.
– Nie wchodziłaś chyba do środka? – zapytałem, bo
byłem tak zajęty, że mogłem nie zauważyć mojej córki
przeskakującej nad kałużami krwi.
– Nie, no coś ty. Ale chyba powinieneś coś zobaczyć...
– Zamknęła książkę i wstała ze schodka. – Wyniuchałam
coś, co chyba ma związek z twoją sprawą.
Szamańskie tango 9
– Wyniuchałaś? – zapytałem z rezygnacją.
– Pachniało ciasteczkami. A ja byłam głodna. Rozumiesz.
Rozumiałem. Mały talent Kurczaczka do znajdowania
tajemnic i rzeczy, jakie ludzie chcą trzymać w ukryciu,
poznałem już jakiś czas temu, gdy w moim mieszkaniu
znalazła zakopany gdzieś na dnie szuflady z bielizną
stary świerszczyk, a potem, co gorsza, dokopała się do
skrytki z magicznymi księgami, które miałem naprawdę
dobrze schowane w specjalnie skonstruowanym sejfie
za regałem. Gdy zapytałem, jakim cudem je znalazła,
powiedziała, że ładnie pachniało i że czasami znajduje
coś, bo pachnie ciasteczkami albo kręcą się nad tym
świetliki. Im bardziej ktoś próbuje coś ukryć, tym mocniejszy
zapach. Ten dzieciak wiedział stanowczo za dużo
o sekretach swoich nauczycieli, sąsiadów... i najwyraźniej
moich. Ustaliliśmy wówczas twarde reguły – ona będzie
trzymała się na dystans od moich pachnących ciasteczkami
szuflad, a ja nie wspomnę jej mamie o tym skandalicznym
naruszeniu zasad. Przejęła się wizją donosu
tylko dlatego, że mogłoby wyjść na jaw, iż niektóre szuflady
Konstancji też pachną ciasteczkami.
Podniosła plecak, zarzuciła go na ramię i ruszyła zdecydowanie
przed siebie, jak Alicja za białym króliczkiem.
Poszedłem za nią. Maszerowała dalej dobre pięćdziesiąt
metrów, wreszcie przeszła na drugą stronę przez pasy
koło przystanku i zatrzymała się przy betonowym koszu
na śmieci.
Zajrzałem do niego i natychmiast zauważyłem zwinięty
kłąb szarej bawełny. Bez rozwijania rzucała się
w oczy plama krwi na materiale.

– W środku jest coś jeszcze – powiedziała.
– Dotykałaś tego?
– Nie jestem głupia, Witkacy. Skoro zostawił to zabójca,
masz dowód, nie?
– Jesteś pewna, że to on?
– Ciasteczkowy ślad, zaufaj mi, to on.
No ładnie. Szanse na to, że technicy sprawdzaliby
kosz na śmieci na przystanku autobusowym pięćdziesiąt
metrów dalej, nie były duże. Po drodze stało kilka
innych, bliżej bliźniaka zajmowanego przez przybytek
Pink Velvet, a chyba nikt z nas nie pomyślał, że sprawca
może odjechać autobusem miejskim.
– Poczekasz na mnie jeszcze chwilę? – zapytałem pełen
wyrzutów sumienia, bo naprawdę nie tak się umawialiśmy.
– Przyprowadź któregoś z mądrali, niech zrobią to
porządnie. Nie chcemy, żeby w czasie procesu odrzucono
dowody, bo łańcuch dowodowy został zerwany –
powiedziała poważnym tonem. Oglądała stanowczo za
dużo procedurali.
Zostawiłem ją na przystanku i pobiegłem po technika.
Borowski obfotografował kosz i okolicę, po czym rozłożył
arkusz folii na chodniku i wyciągnął kłąb bawełny,
który po rozłożeniu okazał się szarą bluzą z rysunkiem
buldoga na piersi, ledwie widocznym spod plam krwi.
W środku tłumoczka faktycznie było coś więcej – składany
nóż z ułamanym czubkiem. Zarówno on, jak i rączka
były pokryte krwią.
– No ładnie, Witkacy, jak to znalazłeś? – powiedział,
starannie pakując dowody.

– Wiesz, solidna policyjna robota – odpowiedziałem.
– Widzę tu przynajmniej jeden całkiem ładny odcisk
palca. Dobra nasza. – Wyszczerzył się w uśmiechu.
– Dziesięć punktów dla Gryffindoru – szepnęła konspiracyjnie
Kurczaczek.
Zachowałem kamienną twarz tylko dlatego, że miałem
mój moment profesjonalisty. Borowski puścił jej
oko.
– Dobra, zmywam się, jutro przejrzę fotografie i to,
co znaleźliście.
– Zaczniesz od noża? – zapytałem.
– Jasne. Teraz wierzę, że mamy szansę dopaść go do
końca tygodnia. Może nie znajdziemy kolejnych pociętych
dziewczyn.
– Oby – powiedziałem, bo gwałtowne emocje pozostawione
przez sprawcę były niepokojące.
Mój poobijany jeep zaparkowany był prawie na końcu
ulicy, bo wcześniej radiowozy, samochody techników
i furgonetka do przewożenia zwłok zajmowały wszystkie
miejsca bliżej miejsca zbrodni. Otworzyłem drzwi
od strony kierowcy i sięgnąłem od środka, by odczepić
kawałek drutu, który blokował drzwi pasażera. Zamek
centralny zepsuł się jakiś czas temu, rok, może dwa. Kurczaczek
wpakowała się szybko do środka i powiedziała
stanowczym tonem:
– Jeśli mnie nakarmisz pizzą, nie powiem mamie, że
zabrałeś mnie na miejsce zbrodni.
– Zgoda. Capricciosa?
– Z dodatkowym bekonem. Mówiłam, że jedna
z nich była naga?
– Bekon, zanotowano.

Zadzwoniłem do pizzerii, gdy ruszaliśmy. Do mieszkania
powinniśmy dotrzeć na kilka minut przed dostawcą.
Byliśmy na lewym brzegu. Odbierałem młodą ze
szkoły dla magicznie uzdolnionych dzieci, prowadzonej
przez półanioła i szpiega Nissima, dobrego znajomego
mojej przyjaciółki Ti. Nie dość dobrego, by wpłynęło to
na wysokość czesnego Kurczaczka, ale dość, by przyjął
moje dziecko do szkoły w środku semestru i nie kazał
nam czekać do września.
Co tydzień spędzała w szkole po kilka godzin w sobotę
i niedzielę. Wydawała się to lubić. Dziś, gdy ją odebrałem,
opowiadała mi o trzech typach bytów granicznych,
pojawiających się tylko w wigilie świąt, przesileń i równonocy.
Właśnie wtedy zadzwonił mój telefon, a na zielonym
ekranie starej nokii – jedynej komórki, która nie
smażyła się nawet po bliskim kontakcie z upiorem – wyświetlił
się numer mojej szefowej, Anity. Wysoki Sądzie,
naprawdę próbowałem go ignorować, przysięgam, w końcu
to był mój wolny dzień, do tego dzień z córką! (A Wysoki
Sąd w mojej głowie miał twarz Konstancji). Jednak
telefon dzwonił i dzwonił, aż Kurczaczek przestała
mówić
i patrzyła na mnie ze zniecierpliwieniem i ciekawością.
– Zamierzasz to odebrać? – zapytała.
– Nie.
– Dlatego, że tu jestem?
– Tak.
– Nie chcę ci się kojarzyć z ograniczeniami. Przecież
wiem, że jesteś dorosłym facetem i masz jakieś życie osobiste.
Prawie się roześmiałem na samą myśl, że miałbym je
mieć. Ostatnia – i pierwsza od lat – dziewczyna, z którą

się spotykałem, zerwała ze mną delikatnie i dyplomatycznie,
jeszcze zanim w moim życiu znowu pojawiła się
Konstancja, moja pierwsza miłość i pierwsze złamane
serce. Z moją pierwszą i – mam nadzieję – jedyną córką.
Byłem policjantem, który wyrabiał drugi etat jako jedyny
pracujący szaman w tym mieście, a poza tym uczyłem
się być ojcem. Gdybym miał wolne popołudnie, pewnie
zrobiłbym pranie i się przespał.
– To praca.
– Jestem córką pielęgniarki i policjanta. Nie wydaje
ci się, że powinnam już rozumieć, co to jest nagły telefon
z pracy? – Machnęła ręką i dodała: – Mama by odebrała.
Więc odebrałem. I dostałem w splot słoneczny monologiem
Anity – że wszytko zawsze musi się pierdolić,
kiedy nie ma jej w mieście, jakby nie mogło poczekać
do poniedziałku, aż wróci, że Wilk odeszła, Zając siedzi
w psychiatryku, a ten opijus Nowakowski jest nawalony
jak świnia i ona nie pozwoli mu w takim stanie wejść na
miejsce zbrodni, bo może puścić pawia, więc właściwie
nie mam wyjścia, że to i tak będzie moja sprawa, a ona
nie da podwójnego morderstwa nowicjuszowi. A potem
podała adres oddalony o dziesięć minut jazdy od szkoły
Nissima. Reszta była historią.
– Więc jak zamierzasz złapać tego, który im to zrobił?
– zapytała moja córka, napychając sobie policzki pizzą
jak wyrośnięty chomik.
– Jak zwykle, cierpliwością, upierdliwością i odrobiną
szczęścia – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Gdy-

bym miał wskazać, który z przymiotów jest w tej pracy
najbardziej przydatny, postawiłbym na upierdliwość.
Nikt nie ma ochoty dzielić się informacjami, nikt nie
chce się mieszać w śledztwo, nikt nie marzy o tym, by
łączono jego nazwisko ze współpracą z policją. Komuna
dawno minęła, ale policjanci wciąż płacili za grzechy
milicji. Taka karma.
– One się tego zupełnie nie spodziewały, wiesz? Nie
bały się go, nie myślały o nim jak o zagrożeniu – powiedziała
po chwili ciszy.
Nie naciskałem. Cokolwiek widziała, wyraźnie nią to
wstrząsnęło. A ja nie zamierzałem wzmagać jej traumy
przesłuchaniem.
– Blondynka zginęła pierwsza. Ta druga zdążyła jeszcze
krzyczeć i wzywać pomocy, zanim ją dopadł. Ale to
i tak była chwila, wiesz? Nigdy nie myślałam, że tak szybko
może być po wszystkim...
– Były zapętlone? – zapytałem, bo w przypadku
gwałtownej i brutalnej śmierci takie duchy zdarzały się
najczęściej. Nie miały dość energii, by uformować bardziej
wyrazisty i świadomy byt, ale przemoc zatrzymywała
duszę na ziemi, nie pozwalając jej przejść na drugą
stronę. Odtwarzały więc ostatnie chwile swojego ziemskiego
żywota, na wpół oszalałe, aż energia wyczerpywała
się całkiem i było po wszystkim.
– Tak. Szkoda, że były tylko one, a nie zabójca, mogłabym
ci teraz wszystko powiedzieć i złapałbyś go, i dopilnował,
żeby jego dupa nie ujrzała światła dziennego
poza aresztem.
Kurczaczkowi gniewne tyrady nie przeszkadzały
w spożywaniu pizzy.

– A, i jeszcze jedno – dodała po chwili. – Lepiej, by ta
cała sprawa ze mną na miejscu zbrodni pozostała między
nami.
Przytaknąłem. Gdyby Konstancja wiedziała, pewnie
ciosałaby mi kołki na głowie, całkiem słusznie zresztą.
Ale dla Kurczaczka kluczowe było to, że mama by się
martwiła. Przez lata ukrywała, że widzi duchy, żeby nie
martwić mamy. Była bardzo opiekuńcza i czasami wydawała
mi się aż zbyt dojrzała.
Niepokojące, gdy twoje dziecko zawstydza cię na tym polu.
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2017 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 23 paź 2017, 16:11 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka