Czarne ostrze - fragment

Terry Brooks
„Czarne ostrze”
Ocena recenzenta
5.0/5
Ocena użytkowników
brak (0 głosów)
Paxon Leah przestał rąbać drewno i zapatrzył się w zamglone góry otaczające miasto Leah. Góry też nazywały się Leah i zdezorientowani obcy dziwili się czasami, że mieszkańcy mają jedną nazwę na wszystko. A na dodatek on jeszcze tak się nazywał! Jego nazwisko było jednym z niewielu śladów po rodzie Leah, od których nazwano miasto i góry, gdy przed wieloma pokoleniami władali tą krainą.
Było to bardzo dawno temu i nie miało z nim wiele wspólnego. Może i był potomkiem królów, nie zwalniało go to jednak z płacenia za piwo w tawernie „Pod Dwoma Kogutami”. Od pokoleń w Leah nie było monarchii – ostatni członkowie królewskiej rodziny zrezygnowali z odpowiedzialności wkrótce po tym, jak Menion Leah wniósł swój wkład w usunięcie lorda Warlocka, pomagając odnaleźć i wykorzystać legendarny Miecz Shannary. Mętna historia, przez wielu już dawno zapomniana, stanowiła dziedzictwo, do którego Paxon nie przykładał wagi i które traktował bez większego szacunku.
Porąbał kilkanaście kolejnych polan i ponownie zrobił przerwę. Członkowie jego rodziny byli obecnie plebejuszami, nieróżniącymi się niczym od sąsiadów. Od wielu lat nie zasiadali nawet w rządzącej okolicą Górskiej Radzie. Rodzice Paxona odziedziczyli małą firmę przewozową, należącą do rodziny od pięciu albo sześciu pokoleń – kiedyś kwitnące, teraz jednak marginalne źródło dochodu i utrzymania, które formalnie prowadził z matką, ale faktycznie sam. Latał z towarem średnio dwa razy w miesiącu, co ledwie starczało na ubranie i nakarmienie rodziny – trzyosobowej, składającej się z niego samego, matki i młodszej siostry, Chrysallin. Ojciec zginął, gdy Paxon miał dziesięć lat – w wypadku lotniczym, lecąc z frachtem do Estlandii.
Dokończył rąbanie drewna i zaczął je układać przy ścianie szopy stojącej niedaleko domu. Co kilka minut przerywał pracę, aby wbić wzrok w góry i pomarzyć o nadejściu lepszych czasów. Obecne nie były co prawda aż tak złe: miał czas polować i łowić ryby i nie musiał ciężko pracować – choć gdyby miało to oznaczać rozwój interesu, wolałby pracować dużo ciężej niż obecnie. Miał dwadzieścia lat, był wysoki, szczupły i szeroki w ramionach, jego włosy – jak w całej linii przodków – płonęły rudo.
Gdy drewno zostało dokładnie ułożone, zaniósł narzędzia do szopy, by oczyścić i naoliwić piłę i ostrza siekiery, po czym poszedł do domu. Domek nie był wielki – miał kuchnię, pomieszczenie do spędzania czasu za dnia i trzy sypialnie – matki, siostry i jego samego. W salonie królował kominek, a okna wychodziły zarówno na zachód, jak i na południe, co zapewniało dużo światła – ważny element w klimacie, w którym dni często były szare i mgliste.
Rzucił okiem na stary miecz, który siostra powiesiła nad kominkiem – zarówno głownia, obciągnięta skórą głowica, jak i pochwa z pasami do wiązania były czarne jak najmroczniejsza noc. Chrys znalazła miecz na strychu i oświadczyła, że należy do niej. Znaki na broni świadczyły o tym, że nieraz zmieniano głowicę i pochwę, pozostawiając oryginalną głownię. Chrys twierdziła, że broń na pewno należała do dawnych członków rodu Leah, którzy wędrowali z Ohmsfordami i druidami – od Meniona Leah po prababcię Mirai. Paxon podejrzewał, że mogło tak być naprawdę, bowiem gdy był chłopcem, zarówno ojciec, jak i matka nieraz opowiadali mu o dawnych czasach. Opowieści znało nawet kilkoro ich przyjaciół, bowiem z biegiem lat nabrały cech legend.
Napompował do zlewu w kuchni wody ze studni, umył ręce i twarz, wytarł się, po czym poszedł do dużego pokoju, by pogrzać się przed ogniem.
W opowieściach o czarnym mieczu przewijało się wiele przestróg, ich podteksty sugerowały czarną magię i wielkie moce. Jedna z nich wspominała o tym, że głownia była dawno temu hartowana w wodach Hadeshornu, przez co stała się tak twarda, że mogła rozpłatać nawet wytwory magii. Podobno członkowie rodu Leah używali miecza w bitwach, w których walczyli wspólnie z druidami. Kilku podobno udało się wyzwolić tkwiącą w nim moc.
W dzieciństwie Paxon bardzo chciał się dowiedzieć, czy te opowieści były prawdziwe, i nieraz marzył o tym, aby osiągnąć pozycję społeczną, jaką mieli jego przodkowie. Wszystko jednak wskazywało na to, że historie te zostały wyssane z palca. Wszelkie próby, jakie podejmował, aby magia zadziałała, a z mieczem coś się zaczęło dziać, nic nie dawały. Może byłoby inaczej, gdyby lepiej się za to zabrał, ale miecz nie miał instrukcji i, chcąc nie chcąc, po wielu próbach Paxon zrezygnował. Poza tym do czego była mu potrzebna magia? Nie zapowiadało się, aby miał wyruszyć na wyprawę z druidami i Ohmsfordami.
O ile Ohmsfordowie jeszcze żyli.
Istniały co do tego wątpliwości. Wszyscy Ohmsfordowie opuścili Patch Run – miejsce, w którym mieszkali od setek lat – gdy prababcia Paxona wyszła za mąż za Railinga Ohmsforda i sprowadziła się z nim w góry Leah. Razem z nimi przybył w nowe miejsce brat bliźniak Railinga, Redden, i przez jakiś czas mieszkali we troje. Potem Redden zakochał się w miejscowej dziewczynie, ożenił się z nią i wyprowadził. Obaj bracia zostali w górach Leah do śmierci, bliscy sobie aż do ostatniego dnia. Synowie Reddena wyprowadzili się i nigdy więcej o nich nie słyszano. Wnuczka Railinga, zawsze bardziej związana z przodkami po kądzieli, przyjęła po ślubie nazwisko Leah i przekazała je swoim dzieciom.
Od tego czasu w górach Leah nie było Ohmsfordów i Paxon nie miał pojęcia, czy w Czterech Krainach znaleźliby się jeszcze jacyś przedstawiciele ich rodu. Nigdy o nich nie słyszał. Było to smutne, bowiem obie rodziny przez bardzo wiele lat się przyjaźniły, ich stosunki były bliskie i osobiste, dochodziło nawet – jak w przypadku jego prababci i Railinga – do małżeństw.
Wszystko ma jednak swój koniec, nawet przyjaźnie, a rodziny wymierają albo się przeprowadzają, nie można więc oczekiwać, że nic nigdy się nie zmieni.
Ohmsfordowie dysponowali magią, dziedziczoną z pokolenia na pokolenie w genach – mocą powstałą z magii elfów, znaną pod nazwą zaklęcia albo magii pieśni. Choć przedstawiciele wielu pokoleń przed Reddenem i Railingiem Ohmsfordami nie umieli z niej korzystać, umiejętność wróciła u obu braci, aby we wszystkich pokoleniach po nich ponownie zaniknąć. Żadne z dzieci Railinga Ohmsforda i Mirai Leah ani nikt z dwóch kolejnych pokoleń nie posiadał umiejętności zaklinania za pomocą pieśni, sprawa była więc dla Paxona kolejnym okruchem historii, o którym ciekawie się opowiadało, ale który nie miał praktycznego znaczenia.
Poza tym wcale nie wiadomo, czy umiejętność zaklinania pieśnią była bardziej darem czy przekleństwem. Paxton słyszał różne opowieści o tym, co umiejętność ta przyniosła braciom – w szczególności Reddenowi, który po zastosowaniu jej do straszliwej walki przeciwko objętym Zakazem stworom popadł w stan kompletnego odrętwienia, w którym nie poruszał się, nie mówił i ledwie oddychał. Wrócił do zdrowia, ale jego brat i Mirai przez długi czas bali się, że nigdy to nie nastąpi. Wszelka magia jest niebezpieczna i każde jej użycie jest związane z ryzykiem. Nieważne, czy ktoś urodził się z umiejętnością jej wykorzystywania, czy nie – zawsze stanowi zagrożenie.
Głównie z tego powodu magia była w Sudlandii zakazana – wszędzie, gdzie władzę sprawowała Federacja, co w obecnej chwili oznaczało tereny na południe od Jeziora Tęczowego, a więc i Leah. Północne terytoria nie odczuwały obecności Federacji tak bardzo jak główne miasta Sudlandii i tak naprawdę terytorium Leah oraz wioski Duln ciągle jeszcze stanowiły terytoria sporne, do których prawa rościło sobie także Pogranicze. Nikt nie miał jednak ochoty ryzykować ingerencji ze strony władz Federacji, sprawdzając ich tolerancję na tych, którzy w świadomym buncie przeciwko obowiązującemu edyktowi używali magii – zwłaszcza że w górach Leah panował ogólnie pogląd, że magia to źródło mocy, które najlepiej pozostawić druidom albo jeszcze lepiej – dać sobie z nim spokój.
Paxon znowu przyjrzał się mieczowi i pochwie, po czym się odwrócił. Relikwia, artefakt, obiekt chwilowego zauroczenia siostry – co za różnica? Dla niego przedmiot ten nic nie znaczył.
Wrócił na zewnątrz i spojrzał w niebo. Nadpływało kilka chmur, ale nie wyglądało to groźnie. Miał jeszcze czas na pracę przy napędach radianowych, które musiał naprawić przed lotem. Za tydzień miał zaplanowany kurs z towarem i chciał odpowiednio wcześniej doprowadzić statek powietrzny do pełnej sprawności. Chrys powinna z nim polecieć – najwyższy czas, żeby zaczęła się bardziej zajmować rodzinnym interesem. Była dziką i porywczą piętnastolatką, która powoli zaczynała odkrywać swój brak szacunku dla autorytetów i z całych sił starała się dowiedzieć, jak wiele kłopotów jest w stanie ściągnąć sobie na głowę. Przynajmniej tak postrzegał to Paxon. Zdecydowanie uważał, że siostra szuka guza. Matka była bardziej tolerancyjna – uważała Chrys za dorastającą dziewczynę, która poszukuje swojej tożsamości.
Opinię Paxona potwierdzały liczne incydenty. Kiedyś wymyśliła sposób, by postawić traktor Radanianów na dachu ich szopy, kiedy indziej rzeźnik znalazł w swojej sypialni dwadzieścia żywych świń. Kiedy rada wymyśliła program irygacyjny, w wyniku którego rzeka Borgine zostałaby przegrodzona tamą i zginęłyby tysiące ryb, poszła wraz z trójką przyjaciół na jej posiedzenie i dla wyrażenia swojego zdania wysypała z przyniesionych beczek na podłogę stertę zdechłych ryb.
Trudno było także przymykać oko na liczne przypadki, gdy zostawała przez całą noc poza domem z jakimiś chłopakami albo gdy wracała z tawerny „Pod Dwoma Kogutami” wężykiem, śpiewając sprośne pijackie piosenki.
Jego siostra potrzebowała czegoś, na czym mogłaby się skupić – poza szukaniem nowych i kreatywnych sposobów bawienia się. Był najwyższy czas, aby zaczęła wnosić w utrzymanie domu nieco więcej niż sprzątanie i zmywanie. Już teraz wiedziała wystarczająco dużo o pilotowaniu statków powietrznych, aby pomagać bratu podczas rejsów, i było pewne, że prędzej czy później dorośnie i nabierze wystarczającej odpowiedzialności, by móc latać sama. Do tego czasu mogłaby uczyć się pilotować i pomagać jako załogant.
Może dzięki temu zacznie trzymać się z daleka od tawerny „Pod Dwoma Kogutami” i podobnych mordowni, w których spędzała zdecydowanie zbyt wiele czasu.
Paxon wrócił do kuchni i zaczął sprawdzać zawartość spiżarni i skrzyni, w której chłodzili produkty. Matka przeniosła się na kilka dni do siostry, aby pomóc jej przy nowo narodzonym dziecku, będzie więc musiał zrobić kolację dla nich obojga – zakładając, że Chrys raczy się pojawić. Ostatnio nie było to wcale pewne. Martwił się o nią i złościł, że tak go lekceważyła.
Odpowiedź była stale taka sama: „Nie jesteś moim ojcem. Nie masz prawa mi mówić, co mam robić”. Irytujące.
Paxon często żałował, że nie ma już z nimi ojca. Z powodu jego śmierci zabrakło osoby, która mogłaby nieco ściągnąć Chrys lejce. Dziewczyna dorosła za szybko i zbyt samowolnie. Może ojciec umiałby lepiej nad nią zapanować.
Odpowiadając sam sobie, pokręcił z powątpiewaniem głową. Wątpił, czy ktokolwiek na świecie może zapanować nad Chrysallin.
Wyszedł z kuchni ze szklanką piwa w dłoni i poszedł na werandę, by usiąść w bujanym fotelu. Może trzeba będzie iść po Chrys i sprowadzić ją na kolację. Nie lubił jadać sam. Nie lubił jadać, martwiąc się o nią. Było już i tak wystarczająco niedobrze, że podczas nieobecności matki wszystko musiał robić samodzielnie, bowiem Chrys najwyraźniej sądziła, że nie ma żadnych obowiązków. Zachowywała się, jakby wolno jej było wszystko i było to normalne.
Zachowywała się jak kapryśny dzieciak. Jakby nikt poza nią się nie liczył.
Ale w końcu było w niej jeszcze dużo z dziecka. Miała piętnaście lat, a w tym wieku, zwłaszcza będąc dziewczyną, nie widzi się świata poza własnym nosem.
Nie dało się zaprzeczyć, że ma dobre serce. Była dobra dla ludzi – zwłaszcza tych potrzebujących dobroci, którzy mieli w życiu mniej szczęścia od niej. Szybko pożyczała − a nawet oddawała to, co posiadała − tym, którzy mieli mniej. Gdy widziała, że ktoś tęskni za przyjaźnią, umiała się w mgnieniu oka zaprzyjaźnić. Broniła tego, w co wierzyła, nie poddawała się i nie dawała zastraszyć. Wspomnienia o jej dorastaniu złagodziły frustrację Paxona. Był pewien, że Chrys wróci do korzeni. Stanie w końcu na nogi.
Dopił piwo i wrócił z pustą szklanką do domu. Po raz drugi w ciągu kilku minut pomyślał, że powinien iść na lotnisko i popracować nad tymi przeklętymi napędami radianowymi. Powinien na kilka najbliższych godzin przestać dumać o Chrys i kolacji. Martwienie się na zapas rzadko pomaga ulepszyć przyszłość. Jeśli chcesz, aby była lepsza, gdy nadejdzie, wysil się nieco. Popracuj nad czymś, co sprawi, że przyszłość, o jakiej marzysz, stanie się bardziej prawdopodobna.
Gdy wychodził na zewnątrz, ponownie spojrzał na starożytny miecz nad kominkiem. Gdyby dało się ulepszać świat za pomocą magii… Unikając pracy… Choćby raz na jakiś czas.
Widok miecza sprawił, że Paxon zadumał się nad tym, czy jego życie podąża w dobrym kierunku. Woził towary statkami powietrznymi, ponieważ tak robił ojciec. Prowadził rodzinny interes, gdyż był pierworodnym synem, a gdyby postanowił inaczej, matka musiałaby sprzedać firmę. Czy to, co robił, było jednak naprawdę tym, o co mu w życiu chodziło? Nie było jedynie przeczekiwaniem, pójściem na łatwiznę, godzeniem się na to, co znajome i nie wymaga ryzyka?
Frontowe drzwi otworzyły się gwałtownie.
– Paxon!
Odwrócił się i ujrzał Jayet, jedną z dziewczyn usługujących gościom w tawernie „Pod Dwoma Kogutami”. Wyglądała na roztrzęsioną.
– Co się stało?
– Twoja siostra! To się stało! Musisz po nią iść!
Chrys… Oczywiście.
Spieranie się z Jayet nie miało sensu, więc ruszył za nią bez słowa. Szła tak szybko, że musiał dobrze się starać, by za nią nadążyć.
– Co tym razem zrobiła?
– Wpakowała się w kłopoty. A co myślałeś?
Jayet była niska i mocna, krępej budowy i chłodnej natury, i cokolwiek robiła, zachowywała się niczym buldog, dzięki czemu nadawała się idealnie do pracy w tawernie. Przyjaźniła się z Chrys – na ile dało się przyjaźnić z Chrys – i była zawsze blisko niej, gotowa powstrzymać ją przed zbytnim zaangażowaniem się w kolejne szaleństwo, które wykluło jej się w głowie.
Gdy obejrzała się przez ramię na Paxona, jej nastroszone jak u jeżozwierza, niemal białe włosy gwałtownie zafalowały.
– Zaczęła grać w kości. Grali w pięcioro – miejscowi i przybysz, który twierdził, że przyleciał z Sudlandii w interesach. Nie wyglądał jak kupiec, ale kto wie? W każdym razie nie zwracałam na nich wielkiej uwagi. Zachowywali się spokojnie – nawet Chrys – do chwili, aż nagle skoczyła na równe nogi i zaczęła się drzeć na tego obcego. Wrzeszczała jak opętana, jakby jego widok ją parzył.
– Coś jej zrobił?
– Wyczyścił ją. Rzucił generała, zebrał całą pulę i wszystko, co zostało obstawione. A Chrys postawiła sporo, nie mając wiele przy sobie. Musiała być bardzo pewna, że wygra, bo powiedziała mu, że jeśli nie będzie w stanie spłacić go w zwykły sposób, zrobi to w inny. Wziął ją za słowo, nie sądzę jednak, żeby miała na myśli to samo, co on. Chrys nigdy by się na coś takiego nie zgodziła.
Paxon też tak sądził, jednak jego siostra szybko dojrzewała i granice tego, na co byłaby gotowa się zgodzić, mogły się przesuwać.
– W każdym razie twierdziła, że oszukiwał. Pozostali gracze od razu się wycofali, aby nie mieć nic wspólnego z awanturą. Gdyby Chrys nie była tak rozwścieczona, też by się zastanowiła, bo przybysz nie wyglądał na kogoś, kogo chciałoby się mieć za przeciwnika. Stwierdził, że przegrała, i jeśli nie jest w stanie zapłacić, należy do niego. Taka była umowa. Odpowiedziała mu, gdzie może sobie wsadzić swoją umowę, i gdy wychodziłam, stali naprzeciwko siebie, niemal dotykając się nosami, a wszyscy inni odsunęli się o kilka kroków.
Szli ulicą w kierunku miasta. W dole widać było mnóstwo dachów budynków, otoczone rezydencjami sklepy i warsztaty, na południu lotnisko, a na zachodzie baraki i plac ćwiczeń dla Straży Miejskiej i pilotów.
– Nikt ich nie rozdzielił? Nawet Raffe?
Jayet pokręciła głową.
– Raffe był pierwszy, który się wycofał. Moim zdaniem zna tego człowieka, może nawet w przeszłości robili razem interesy. Znasz Raffego – zawsze szuka łatwego zarobku, stale balansuje na krawędzi. Na moje oko w tej grze coś śmierdziało, bo Raffe stał, jakby wiedział, co się wydarzy.
– A co ze Strażą Miejską? Wezwałaś ich?
Jayet gwałtownie się zatrzymała, odwróciła na pięcie i spiorunowała Paxona wzrokiem.
– Posłuchaj: już idąc do ciebie, dużo zaryzykowałam. Raffe nawet przed tym mnie powstrzymywał, ostrzegając, żebym nie zajmowała się nieswoimi sprawami. Za to, że do ciebie poszłam, mogę stracić pracę, nie pytaj więc lepiej o Straż Miejską!
Miała rację, uznał Paxon. Jayet była tu osobą z zewnątrz i powinien być wdzięczny, że zechciała przybiec z wiadomością na tyle szybko, że może uda się jeszcze uratować sytuację.
Ruszyli jeszcze szybszym krokiem.
– Przepraszam za to o straży. Dzięki, że przyszłaś. Jestem twoim dłużnikiem.
– Tego możesz być pewien! – rzuciła Jayet przez ramię. – Ruszaj się! Szybciej! Chrys ma problemy!
Paxon wydłużył krok, by nadążyć za niemal biegnącą Jayet.
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2017 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 20 lis 2017, 03:20 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka