Nowy dom na wyrębach - fragment

Stefan Darda
„Nowy dom na wyrębach”
Ocena użytkowników
brak (0 głosów)
Prolog — część pierwsza

Gdy dziewiętnastego marca podziwiał przelatujące nad torfowiskiem
klucze żurawi, wydawało mu się, że wiosna eksploduje
lada dzień. Ta jednak postanowiła kapryśnie zrobić
dwa kroki wstecz i teraz, dokładnie tydzień później, Hubert
patrzy, jak zaparkowane na szpitalnym parkingu samochody
pokrywają się warstwą puchu białego jak welon panny młodej.
„Zmarzną tam, bidaki, na kość” — myśli, wspominając
prognozę usłyszaną w Radiu Lublin kilka godzin wcześniej,
w której zapowiadano mróz dochodzący nocą nawet do
dziesięciu stopni. Kosmala nigdy nie był tak wielkim znawcą
przyrody, jak Marek, ale zdaje sobie sprawę, że przybyłym
po długiej podróży ptakom z pewnością takie temperatury
nie są na rękę.
Zasępia się nad wątpliwą trafnością tego określenia i pozostaje
bez ruchu przy oknie przez dłuższą chwilę, wgapiając
się w sypiący śnieg i zapadający już powoli zmrok. W budynku
szpitala przy alei Kraśnickiej w Lublinie jest tak cicho, że
za plecami słyszy pluszczący takt odmierzanego kroplomierzem
płynu. Jeszcze przed chwilą do jego uszu dobiegał od12
głos delikatnego pochrapywania. Odwraca się, zaniepokojony.
Leżący na łóżku blady, wychudzony mężczyzna ze zdziwieniem
przygląda się stojakowi z kroplówką, a potem kieruje
wzrok w stronę Huberta. Na jego twarzy pojawia się delikatny
uśmiech.
— Długo spałem? — pyta szeptem, odchrząkuje i natychmiast
krzywi się z bólu. Odruchowo kładzie wolną rękę na
klatce piersiowej.
— Napędziłeś nam wszystkim niezłego stracha — mówi
Kosmala, ignorując pytanie. — Mam ochotę spuścić ci za to
porządny łomot.
— Tylko spróbuj. — Marek uśmiecha się słabo i oddycha
z takim trudem, jakby wypowiedzenie tych kilku słów było
zdecydowanie ponad jego siły. Bierze kilka głębszych wdechów,
jak długodystansowiec, który stara się wyregulować
tętno po biegu.
— Spałeś bardzo długo. — Dopiero teraz Hubert odpowiada
na pytanie. — Ale, jeśli mam być szczery, to nie wyglądasz
na specjalnie wypoczętego. Chociaż bywało gorzej, na
przykład po moim weselu. Z perspektywy czasu stwierdzam,
że mogłem sobie znacznie lepiej dobrać świadka. Przynajmniej
wstydu przed rodziną i znajomymi by nie…
— Odwal się, co? — Leśniewski z niedowierzaniem kręci
głową. — W takiej chwili będziesz mi to wypominał?
— Przymyka oczy, ale wciąż się uśmiecha. — Zresztą sam
wyglądałeś wtedy jeszcze gorzej. A i u świeżo upieczonej teściowej
chyba też nie zaplusowałeś, jak…
— Kurwa mać! Ledwie dycha, a jad i tak potrafi sączyć.
Marek znów patrzy na przyjaciela, a w jego oczach błyszczą
iskierki rozbawienia.
— To przez ciebie — mówi.
— Co ty pieprzysz, stary? — zaperza się teatralnie Kosmala.
— Co przeze mnie?! — Podnosi głos, udając gniew,
ale on też nie potrafi powstrzymać uśmiechu. — Wtedy, po
oczepinach…
— Przez ciebie jeszcze dycham. — Marek przerywa i poważnieje
w ułamku sekundy. — Gdybyś wtedy, w Wyrębach,
nie wspomniał o egzorcyście, to teraz byłoby już po mnie.
— Nie wiem, co mnie podkusiło — mruczy Hubert, ale
czuje, że wzruszenie chwyta go za gardło. Ucieka wzrokiem
gdzieś w kąt, by nie dać po sobie tego poznać. — Zresztą
wiesz przecież, że to niechcący…
— Nie szkodzi. Ważne, że byłeś wtedy ze mną, że chciałeś
rozmawiać. Gdyby nie to… Gdybyś wtedy nie przyjechał,
to… to teraz co najwyżej mógłbyś się powydzierać na moją
płytę nagrobną.
— Zapomnij. W taką pogodę?
— Możesz sobie dowcipkować, ale ja mówię serio. Dziękuję
ci, Hubert. Będziesz się jeszcze musiał ze mną trochę pomęczyć.
A ja z tobą, no ale trudno. Uratowałeś to wszystko. Dzięki
tobie wciąż będę mógł się cieszyć Wyrębami i to, o czym
marzyłem, nie obróci się w niwecz. Nie dobiegnie końca tak
szybko, jak się to zapowiadało.
— Mógłbyś już przestać? — Kosmala stara się brzmieć
obojętnie, ale głos mu się łamie, gdy widzi łzy w oczach przyjaciela.
— Nie dalej jak przed chwilą słowa nie mogłeś wydusić,
a teraz gadasz jak najęty.
Marek jeszcze przez chwilę mu się przygląda, a potem minimalnie
przekręca głowę. Patrzy przed siebie spod wpółprzymkniętych
powiek. Wygląda na spokojnego i szczęśliwego.
Hubert znów odwraca się w stronę okna.
„Mało brakowało” — myśli i mocno zaciska powieki.
Prawie nie może oddychać.
14
1.
Od północnego wschodu zbliżały się ciężkie, niepokojąco
ciemne chmury, wyraźnie kontrastujące z beztroską atmosferą
niedzielnego popołudnia.
Nabrzeże Zalewu Zemborzyckiego w Lublinie wibrowało
od wesołych pisków kąpiących się dzieci, do których raz
po raz dołączały pokrzykiwania grupy młodzieży, rozgrywającej
kolejny tego dnia mecz siatkówki plażowej. Na lekko
pomarszczonej tafli wody aż roiło się od kajaków i rowerów
wodnych, a między nimi majestatycznie przesuwały się
żaglówki, popychane przez delikatne, prawie niewyczuwalne
podmuchy wiatru.
„W Wyrębach już pewnie leje. Za godzinę nie będzie tu
nawet żywej duszy. Musimy się zbierać” — pomyślał, a potem
sięgnął po leżący obok koca obły kamyk i ze złością cisnął
nim w zbudowany przez chłopców zamek z piasku. Jedna
z misternie konstruowanych wieżyczek przestała istnieć.
— Możesz mi powiedzieć co robisz?
— Musimy się zbierać — odparł. — Za godzinę nie będzie
tu nawet żywej duszy.
15
— Być może. Ale ja nie o to pytałam.
— Zrobisz mi teraz karczemną awanturę o rozwalenie
wieżyczki? — Bardzo się starał, aby jego uśmiech wyglądał
jak najbardziej naturalnie. — Ponieważ osobiście bardzo
sobie tego nie życzę, więc natychmiast ruszam, by ją odbudować.
Próbował wstać z miejsca, lecz ona położyła dłoń na jego
prawym przedramieniu. Delikatnie, a równocześnie stanowczo.
— To byłaby zbyt łagodna kara. Rozważam wniesienie
pozwu rozwodowego, a to była naprawdę śliczna wieżyczka.
— Jej twarz lekko się wypogodziła, ale oczy wciąż były pełne
niepokoju.
— Ostrzegam, że znam świetnego prawnika. — Opuszkami
palców lewej dłoni pogładził czule jej policzek. — Jest
profesorem na UMCS-ie, więc jeszcze wszystko dokładnie
przemyśl, bo może cię puścić w samych gatkach. — Teatralnie
zmarszczył brwi i zlustrował jej ubrane tylko w strój kąpielowy
ciało od stóp do głów. — Hm… a wiesz, że to może
nie byłoby takie głupie?
Tym razem się roześmiała.
— Powiedz temu całemu profesorowi, że jak mi wreszcie
nie powie, co od paru tygodni kłębi się pod tą jego rozczochraną
łepetyną, to niech zapomni o takich widokach.
— Powiem mu i na pewno takie ostrzeżenie do niego trafi.
— Mówiąc to, bezskutecznie starał się przygładzić niesforne
włosy. — Nie jest przecież skończonym idiotą.
Pochylił się, pocałował żonę w usta, a potem na czworaka
ruszył w stronę uszkodzonej budowli.
Dokładnie w chwili, gdy dotarł do piaskowego zamku,
gdzieś z oddali dobiegł basowy pomruk pierwszego grzmotu.
* * *
16
Po raz pierwszy w tym roku dał się namówić na beztroskie
spędzenie czasu z całą rodziną poza domem i zamierzał zrobić
wszystko, żeby tego wypadu nie zepsuć. Przed wyjściem
z domu Danusia prosiła, żeby wszystkie czarne myśli zostawił
w czterech ścianach i chociaż na parę godzin znów stał
się tym starym, dobrym Hubertem, za którym od pewnego
czasu wraz z chłopcami tak bardzo tęsknili. Z ręką na sercu
obiecał, że się postara. Ale nawet w taki jasny, upalny dzień
gdzieś tuż pod skórą czaił się lodowaty niepokój, który wywoływał
gęsią skórkę na całym ciele.
Dokopując się do chłodniejszej i bardziej wilgotnej warstwy
piasku na plaży, poczuł, że pieką go opuszki palców.
Ukradkiem spojrzał na Dankę, która obserwowała baraszkujące
w płytkiej wodzie dzieci, a potem na swoje dłonie. Oblepiający
je mokry piach był lekko zabarwiony na czerwono.
Chwilę wcześniej Hubert zupełnie zatracił się w myśleniu
o tym, jak bardzo nie chciałby martwić żony i że wciąż stara
się trwać w postanowieniu, by nigdy jej nie oszukiwać. Jednak
ostatnimi czasy przychodziło mu to z coraz większym trudem.
Zaczął formować nową wieżyczkę na miejscu zniszczonej
i od razu wiedział, że nie będzie tak kształtna i dopracowana,
jak ta, którą zburzył. Pomyślał o własnym małżeństwie.
To, co stało się na początku tego roku w Wyrębach, było dla
całej rodziny Kosmalów jak trzęsienie ziemi, ale mimo wszystko
nic nie wskazywało na to, że mogą pojawić się wstrząsy
wtórne, grożące budowli stawianej razem z Danusią od tylu
lat. Ostatnio jednak budowla zaczynała się chwiać. Nie miał
pojęcia, na ile wskutek jego błędów, a na ile w wyniku nieszczęśliwego
zbiegu okoliczności. Coś złego i niepokojąco
mrocznego wpełzało do mieszkania Kosmalów, a ponieważ
to właśnie za Hubertem się przywlekło, to tylko on mógł stawić
temu czemuś czoło.
Tak przynajmniej myślał.
17
Nie miał pojęcia, w jaki sposób mógłby to zrobić, ale czuł,
że jeszcze nie jest za późno. Że jeszcze można wszystko zabezpieczyć
na tyle skutecznie, by później nie była konieczna odbudowa
czegoś, co się zawaliło i co nigdy nie będzie już tak
idealne, jak dawniej.
„Ciekawe jak to wszystko wyglądałoby teraz. Gdybym wtedy
nie pojechał do Wyrębów…” — zadumał się, zdając sobie
sprawę, że chciał jak najlepiej, ale być może trzeba było wtedy
postąpić inaczej.
Chłodniejszy wiatr omiótł jego spocone ciało. Hubert
podniósł głowę i zauważył, że burzowe chmury są znacznie
bliżej. Sosny po drugiej stronie zalewu poruszyły się powoli,
tak jakby wielka niewidzialna ręka olbrzyma łagodnie pogładziła
ich malachitowe korony; zaraz potem znieruchomiały
w oczekiwaniu na kolejne pieszczoty.
Zmuszeni do przedwczesnego powrotu plażowicze niechętnie
podążali w stronę mariny. Kosmala wśród dziecięcego
tłumu wypatrzył Michała i Tomka, próbujących teraz
swoich sił w pływaniu pieskiem. Pierwszemu z bliźniaków
wychodziło całkiem nieźle, ale drugi miał wyraźne problemy,
aby utrzymać się na wodzie. Hubert już miał wstać, żeby
do nich podejść, ale raz jeszcze popatrzył na zamek. Odbudowana
wieża miała miejscami czerwonawy kolor. Sięgnął po
garść żółtego piasku, by to zamaskować.
„Musimy się zbierać — pomyślał znów. — W Wyrębach
już pewnie leje”.
Zanim sypiący się jak w klepsydrze żółty piasek skrył wieżyczkę,
Hubert po raz kolejny był na torfowisku. Zadzierał
głowę, obserwował klucze żurawi i wsłuchiwał się w klangor,
który odbijał się żałobnym echem wśród niezmierzonych połaci
pojezierskich lasów.
2.
Ponownie obejrzał odciśnięte w warstewce świeżego śniegu
ślady obok swoich butów, a następnie uważnie zlustrował
wzrokiem najbliższą okolicę. Gdy siadał na ławce, przeszło
mu przez myśl, że ktoś, kto był tu przed nim, nagle
rozpłynął się w powietrzu. Teraz, gdy Hubert wstał i obszedł
kilka razy dookoła zbudowane przez Marka zręby
czatowni, uznał, że wszystko wskazuje na ten nieprawdopodobny
scenariusz.
„Ludzie nie znikają” — pomyślał, a potem odkrył jeszcze
jedną ewentualność. Mianowicie, że wcześniejszy gość odszedł
stąd tyłem po swoich własnych śladach. To wyjaśnienie zadowoliło
Huberta, chociaż i tak było dość zaskakujące. Przede
wszystkim ze względu na to, co komendant Kościuk powiedział
mu podczas ostatniego spotkania przed domem Marka
w Wyrębach. Według jego relacji po znalezieniu szczątków
Antoniego Jaszczuka na pobliskim starym cmentarzu okolicę
ogarnęła panika i nikomu nie przychodziło nawet do głowy,
aby zbliżać się w te strony.
Kosmala po raz trzeci lub czwarty rzucił okiem na ślady,
dzięki którym tutaj trafił.
— Nie dość, że dziwak, to jeszcze odważny — mruknął
pod nosem, spoglądając na zegarek. Dochodziła czternasta,
tak więc spędził na torfowisku ponad pół godziny. Miał przed
sobą jakieś dwadzieścia pięć minut marszu i wszystko wskazywało
na to, że wyjedzie z Wyrębów najpóźniej o wpół do
trzeciej.
* * *
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.
  • Ostatnie artykuły

Copyright © 2004-2017 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 23 wrz 2017, 03:00 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka