Historia Naturalna Smoków - fragment

Marie Brennan
„Historia naturalna smoków”
Ocena recenzenta
5.0/5
Ocena użytkowników
5 (1 głos)
Rozdział I

Miałam siedem lat, kiedy na skraju lasu na tyłach naszego ogrodu znalazłam na ławce martwego iskrzyka, którego zarządca nie zdążył jeszcze sprzątnąć. Ogromnie podniecona, pobiegłam go pokazać mamie, jednak do tego czasu iskrzyk prawie rozsypał się w popiół w moich dłoniach. Mama krzyknęła z obrzydzenia i nakazała mi iść się umyć.
Osobą, która zdradziła mi sekret konserwowania martwych iskrzyków, była nasza kucharka, wysoka i tyczkowata kobieta, która jednakże przyrządzała zdumiewające zupy i suflety, tym samym zadając kłam twierdzeniu, że chudej kucharce nie można ufać. Kiedy przyszłam do kuchni, bardzo zmartwiona stratą iskrzyka i matczyną naganą, pokazała mi swój spreparowany okaz, który trzymała na kredensie.
— Jak ci się udało go zachować? — spytałam, ocierając łzy. — Mój rozpadł się na kawałki.
— Ocet — odparła, tym samym wskazując mi ścieżkę, która zaprowadziła mnie tam, gdzie dziś jestem.
Jeśli iskrzyka znajdzie się wystarczająco szybko po jego śmierci, można go zabalsamować w occie (o czym bez wątpienia wie wielu czytelników tej książki).

Przejęta niezmiernie, pomknęłam na poszukiwania do ogrodu w sukience rozciągniętej od wepchniętego do kieszeni słoika z octem. Pierwszy iskrzyk, którego znalazłam, stracił prawe skrzydło w trakcie preparowania, lecz nim minął tydzień, miałam już nietknięty okaz o długości pięciu centymetrów. Pokryty był łuskami koloru ciemnego szmaragdu, więc będąc dzieckiem o bujnej wyobraźni, nazwałam
go Zieloniutek. Do dziś stoi na półce w moim gabinecie, rozpościerając malutkie skrzydełka.
Kolekcjonowałam wtedy nie tylko iskrzyki. Stale przynosiłam do domu inne owady i chrząszcze (w tamtych czasach iskrzyki uważano za gatunek owadów, które tylko przypominają smoki, co jak dziś wiemy, nie jest prawdą), oraz wiele innych rzeczy: ciekawe kamienie, zgubione przez ptaki pióra, skorupki ptasich jaj i różne kości. Mama dostawała szału, aż wreszcie doszłam do porozumienia ze swoją pokojówką, że ona nie piśnie słowem o moich skarbach, a ja dam jej dodatkową godzinę w tygodniu, żeby mogła usiąść i dać odpocząć nogom. Od tej pory ukrywałam swoje zbiory w pudełkach po cygarach i podobnych pojemnikach, upychając je w szafach, do których mama nie zaglądała. Bez wątpienia moje zamiłowania po części zrodziły się z faktu, iż byłam jedyną córką wśród sześciorga dzieci. Dorastając w otoczeniu chłopców, w domu położonym na uboczu wśród wiejskich pejzaży Tamshire, byłam święcie przekonana, że wszystkie dzieciaki, niezależnie od płci, zajmują się kolekcjonowaniem rupieci. Obawiam się, że wysiłki mojej mamy, aby mnie tego oduczyć, spełzły na niczym.
W tamtych czasach haniebnie mało wiedziano o smokach, ponieważ w Scirlandii nie było prawdziwych smoków, a za granicą dopiero zaczęto zwracać uwagę na historię naturalną.
Ja byłam bardzo dobrze zaznajomiona z dostępnymi informacjami o pomniejszych kuzynach smoków, które wciąż można znaleźć w naszym kraju, i za żadne skarby nie zrezygnowałabym z okazji, aby samodzielnie dowiedzieć się o nich więcej.
Tak więc, kiedy nadeszła wiadomość, że na terenie naszej posiadłości wielu ludzi widziało wilczego drakena i zaświadczało, że bestia napada na owce, możecie sobie wyobrazić, jak rozpaliło to moją ciekawość. Nazwa, oczywiście, jest mylna; te drakeny nie mają nic wspólnego z wilkami, może z wyjątkiem tendencji do postrzegania stad bydła jako należącego im się posiłku. Teraz są rzadkością w Scirlandii, ale wtedy też nie były liczne, i od pokoleń nikt żadnego nie widział w naszej okolicy.
Jak mogłabym zrezygnować z takiej okazji?
Najpierw musiałam jednak wymyślić, jak zobaczyć bestię.
Papa natychmiast zaczął organizować polowanie, zupełnie jakby nasze stada nękał wilk. Gdybym jednak go poprosiła, aby pozwolił mi z nim pojechać, jak bez skutecznie zrobił to Andrew, absolutnie by mi zabronił.
Miałam dość rozsądku, aby zdawać sobie sprawę, że samodzielna wyprawa w nadziei zobaczenia wilczego drakena nie przyniosłaby skutków, a gdyby je przyniosła, byłaby bardzo niebezpieczna. Wiedziałam więc, że zrealizowanie mojego pragnienia będzie wymagało większego wysiłku.
To, co się wydarzyło potem, przynajmniej częściowo było zasługą, a może raczej winą, niejakiej Amandy Lewis, której rodzina była za czasów mojego dzieciństwa naszymi najbliższymi sąsiadami.
Mój ojciec przyjaźnił się serdecznie z panem Lewisem.
Tego samego, niestety, nie można było powiedzieć o mojej matce i pani Lewis. Prowadziło to do pewnych napięć podczas spotkań towarzyskich, szczególnie zważywszy na to, że moja matka nie wyrażała aprobaty dla zachowań ich córki.
Amanda była ode mnie starsza o rok i była jedyną panną w podobnym wieku i o równej pozycji społecznej w całej dolinie rzeki Tam. Ku nieustającemu zmartwieniu mojej matki była również osobą, którą dzisiaj młodzi ludzie nazwaliby foczką, czyli dziewczyną zachowującą się bardzo niestosownie, w sposób, który Amanda uważała za modny. (Ja nigdy nie byłam foczką; moje niestosowne zachowanie zawsze było zdecydowanie niemodne). Ponieważ jednak nie miałam się z kim innym zadawać, mama
nie mogła mi zakazywać odwiedzać Lewisów i Amanda pozostała moją najbliższą przyjaciółką, dopóki nie wyszłyśmy za mąż i rozjechałyśmy się w różne strony.
Tego dnia, kiedy dowiedzieliśmy się o wilczym drakenie, pomaszerowałam dwie mile do jej domu, aby podzielić się nowiną. Wiadomość natychmiast rozpaliła płodną wyobraźnię mojej przyjaciółki. Przyciskając książkę do piersi, Amanda westchnęła z rozkoszą.
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2017 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 22 cze 2017, 13:06 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka