• "Piter" - fragment ósmy

    Iwan skończył z „alladynem”, wrzucił go do metalowego pojemnika do dezynfekcji. Zdjął ubłocone gumowe buciory i odłożył w to samo miejsce. Teraz onuce. Odwinął je i odsunął twarz. Ten odór. Odparzone stopy pięknie parowały na wolnym powietrzu, jakby nie mogły się nacieszyć. Wrzucił onuce do pojemnika i pospiesznie położył na nim pokrywę. Koniec.

  • Magia krwi - rozdział 2

    Zbierało się na burzę. Caliph czekał na poddaszu biblioteki, śledząc przez wielkie owalne okno, co dzieje się w kampusie. Chmary liści podrywały się z drzew, ciągnąc ku zachodowi, gdzie Naobi mżył oleistym światłem na bzy falujące nad jeziorem.

  • Magia krwi - rozdział I

    Caliph Howl szedł na przełaj przez dobrze utrzymane trawniki wyższej szkoły. Pod pachą niósł cienki pakunek zawinięty w papier. Dziś był jego dzień pomsty.
    Ażurowe cienie tańczyły pod sklepieniem gęstych koron drzew. Wiekowe kamienne budowle Desdae wygrzewały się w słońcu jak jakieś mityczne stwory – zresztą pełno było na nich fantastycznych gargulców wychylających się spomiędzy połaci dachów krytych łupkiem niby łuską.

  • "Piter" - fragment siódmy

    – Iwan, to ty, czy jak?
    Iwan chciał głośno zakląć, ale zabrakło mu sił, zresztą złości też.
    Odpowiedział po prostu:
    – To ja.

  • "Piter" - fragment szósty

    Opuścił głowę. Urwana macka wciąż wiła się u jego nóg. Tfu, żywotna zaraza!
    Ściągnął z twarzy maskę przeciwgazową, konwulsyjnie wciągnął powietrze. Woń Primorskiej uderzyła go w nos z taką siłą, jakby ktoś wciskał mu ją pięścią. Czuł posmak spalonej gumy na języku. Skrzywił się, splunął. Obmacał się. Ręce i nogi całe, reszta też… hmm, na miejscu. Miał rozpaloną twarz i głucho huczało mu w skroniach.
    Obejrzał się za siebie.

  • Bar dla potępionych, Rodział II

    Zegarek mozolnie przeciąga mijające sekundy. Krążąca powoli wąska i czarna wskazówka minutowa bezskutecznie próbuje zmieść z tarczy zbierający się od dekady kurz. Gdy wreszcie muska jedenastkę, a po nas – klientach – wciąż nie widać najmniejszej reakcji na upływ czasu, rozlega się grzechot deptanego podeszwami żwiru.
    Wszyscy usiłują nie spoglądać na drzwi, ale atmosfera natychmiast gęstnieje tak, że pewnie dałoby się zawiesić w powietrzu siekierę.

  • Bar dla potępionych, Rodział I

    Odwiedzam tę knajpę, żeby przynajmniej spróbować zapomnieć o swym bólu. Można tu znaleźć tak wiele cudzego cierpienia, iż teoretycznie od razu powinienem poczuć się lepiej, lecz z jakiegoś powodu nic takiego się nie dzieje.
    A jednak przyjechałem. Ja, ten sam co zwykle. Sobotnia noc „U Eddiego”.
    Na zewnątrz nie ma neonu ani szyldu. Nie ma niczego, co reklamowałoby lokal jako bezpieczny azyl, w którym można utopić smutek w alkoholu. To w zasadzie sensowne, ponieważ smutki tutaj nie toną, nie idą na dno, lecz jedynie zanurzają się na chwilę pod powierzchnię.

  • Królewska krew. Wieża elfów - fragment I

    Rozdział 1
    Skradzione listy



    W ciemności Hadrian niewiele mógł dostrzec, ale słyszał trzask gałązek, chrzęst liści i szelest trawy. Zorientował się, że napastników jest kilku, więcej niż trzech, i że się zbliżają.
    – Niech żaden z was się nie rusza – rozkazał szorstki głos dobiegający z mroku. – Mierzymy do was z łuków i zabijemy was w siodłach, jeśli spróbujecie uciekać.
    Hadrian zauważył jedynie niewyraźny ruch wśród nagich gałęzi.

  • "Wśród ukrytych. Wśród oszustów" - fragment

    W połowie września życie Luke’a toczyło się już wedle codziennej rutyny. Wstawał o świcie tylko po to, żeby mieć okazję posiedzieć na schodach i popatrzeć, jak reszta jego rodziny je śniadanie. Wszyscy się teraz spieszyli – matka musiała być w fabryce na siódmą, tata próbował doprowadzić wszystkie maszyny do porządku przed jesiennymi pracami polowymi, a Matthew i Mark musieli iść do szkoły. Tylko Luke miał czas, żeby ociągać się z jedzeniem niedosmażonego boczku i wyschniętego chleba. Nie próbował nawet prosić o masło, ponieważ to znaczyło, że któreś z pozostałych musiałoby wstać i przynieść je do niego, udając przy tym, że chce otworzyć okno albo po prostu przynieść z góry jakąś zapomnianą rzecz.

  • Diabłu ogarek - fragment I

    Rozdział I. W obronie sąsiada

    (...)
    Najpierw zażył antidotum, żeby następnego dnia nie mieć kłopotów z sikaniem. Węgiel z kości, kreda i kamień winny, grubo zawinięte w liście szczawiu smakowały ohydnie, kwaśno i mdło zarazem, aż język stawał kołkiem, na dodatek zgrzytały w zębach jak piasek, ale przez rozum zjadł, ile trzeba. Potem roztarł w dłoni owoc bielunia, po omacku odliczył półtora tuzina nasion, rozgryzł je starannie, nie bacząc na przenikliwą gorycz, połknął i aż się wzdrygnął. Czy prędzej zapił to wszystko odrobią gorzałki i odetchnął z ulgą.

Copyright © 2004-2019 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 15 lut 2019, 21:03 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka