Tłum zebrał się, by obejrzeć śmierć trzech ludzi. Większość gapiów nie miała pojęcia, kim są skazani. I nie bardzo ich to interesowało. Przyszli na plac Czterech Wiatrów na widowisko, żeby zobaczyć trochę krwi, miło spędzić popołudnie dnia słońca. Przyszli dla żonglerów i połykaczy ognia, dla sprzedawców ciastek i nadziewanych placków, dla śpiewaków i mówców. Przyszli dla wszystkiego, co miasto ma do zaoferowania, i otrzymali to.
W mieście Lovecraft działa siedemnaście zakładów dla obłąkanych. Poznałam je wszystkie.
Kiedy ją odwiedzam, matka lubi opowiadać mi sny. Tak jak teraz, gdy siedzi w oknie charytatywnego szpitala Cristobel i gładzi żelazne pręty kraty niczym harfistka struny swojej harfy.
– Zeszłej nocy wybrałam się na porośnięte liliami pole.
Moje pierwsze wspomnienie jest bardzo wyraźne: człowiek w garniturze i starym płaszczu przeciwdeszczowym pochyla się nade mną, na surowym obliczu wyraz troski. Po niedawnym deszczu na kamiennym gzymsie, wysoko nad nami, zbierają się czarne krople wody. Puchną i niechętnie, jedna po drugiej, spadają na tle ciemnego nieba.
„Nic ci nie jest, dziewczynko?”
Priorytet ma, kurka, cztery. Może powinna być trójka, ale dyżurny dał jej kopa w dół; sprawa została wdzwoniona jako jedynka, ale obywatel, który dzwonił, wyglądał na naćpanego, nieprzytomnego, czy coś – w każdym razie bez stuprocentowego kontaktu z rzeczywistością. Dlatego spuścili ją z trójki („patrol pojawi się na miejscu najszybciej jak można”) na czwórkę („w jakieś cztery godziny ktoś wpadnie i zbierze zeznania, jak nie będziemy mieć nic lepszego do roboty”), z tajemniczym dopiskiem („Zgł. coś bredzi o orkach i smokach. Leków nie wziął? Ale Zgł. 2 też. Oba nie wzięli leków?”).
Godzinę temu przysłał mi to mój przyjaciel, Jeff:
Nie wiem, czy oglądałeś ostatnio w telewizji Allana Atkinsa, ale jemu coraz bardziej odwala. Nie interesuję się polityką, nie popieram jednych ani drugich – choć wiele z tego, co ten facet mówi, brzmi rozsądnie – ale jego wczorajsza mowa była dość szalona. Oto jej zapis:
Do dziś nikomu nie wyjawiłem, że zdecydowałem się przyjąć lekarstwo. Nie powiedziałem ojcu, siostrze ani żadnemu koledze z pracy – nikogo też nie pytałem o radę. Nie wiedzą, że to zrobiłem, podobnie zresztą jak ja nie mam pojęcia, czy oni czasem również nie przeszli kuracji. Słowem nie wspomniałem o tym nawet znajomemu bankierowi, od którego dostałem adres lekarza. Po pierwsze, nie zakończyłem jeszcze procesu i czułbym się głupio, rozpowiadając, iż stanę się nieśmiertelny, gdy wciąż istnieje możliwość, że mój zacny doktor zostanie za tydzień nakryty i trafi za kratki.
Mój mąż i ja umieściliśmy głowę z ciała, które znaleźliśmy, na wysokiej skale, gdzie zawsze będzie na nią padało światło słońca i księżyca. Za życia nosił mundur ludzi króla, lecz wśród przodków miał demona i splamił ziemię w miejscu, gdzie umarł. Mój mąż i ja modliliśmy się nad tą głową do bogini Erin i unosiliśmy oczy ku niebu, ku niej. Pościliśmy i pościliśmy, cały dzień. Piliśmy jedynie wodę, gdy księżyc wyłonił się zza chmur. Modliliśmy się i modliliśmy. W półmroku poranka Erin zesłała mi wizję. Zawyłam z bólu. Gdzie jest moje ciało?!! – wrzasnęła czaszka. Gdzie jest Rachel?!
Iwan skończył z „alladynem”, wrzucił go do metalowego pojemnika do dezynfekcji. Zdjął ubłocone gumowe buciory i odłożył w to samo miejsce. Teraz onuce. Odwinął je i odsunął twarz. Ten odór. Odparzone stopy pięknie parowały na wolnym powietrzu, jakby nie mogły się nacieszyć. Wrzucił onuce do pojemnika i pospiesznie położył na nim pokrywę. Koniec.
Zbierało się na burzę. Caliph czekał na poddaszu biblioteki, śledząc przez wielkie owalne okno, co dzieje się w kampusie. Chmary liści podrywały się z drzew, ciągnąc ku zachodowi, gdzie Naobi mżył oleistym światłem na bzy falujące nad jeziorem.
Caliph Howl szedł na przełaj przez dobrze utrzymane trawniki wyższej szkoły. Pod pachą niósł cienki pakunek zawinięty w papier. Dziś był jego dzień pomsty.
Ażurowe cienie tańczyły pod sklepieniem gęstych koron drzew. Wiekowe kamienne budowle Desdae wygrzewały się w słońcu jak jakieś mityczne stwory – zresztą pełno było na nich fantastycznych gargulców wychylających się spomiędzy połaci dachów krytych łupkiem niby łuską.
Bestiariusza przegląda 6 użytkowników: 1 zalogowany, 0 ukrytych i 5 gości
Zalogowani: Google [Bot]
Copyright © 2001-2010 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.
Teraz jest 22 maja 2012, 13:26 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowania • Polityka prywatności • Usuń ciasteczka