Artykuły

Mój blog był w topce „rusofobicznych” - wywiad z Janem Waletowem

Wywiad z Janem Waletowem
autorem “Ziemi niczyjej” i “Dzieci Martwej Ziemi”


++

Jan Waletow urodził się w 1963 w Dniepropietrowsku na Ukrainie, w rodzinie inżynierów. Pisać zaczął jeszcze w szkole podstawowej i ta pasja, podobnie jak namiętność to czytania i kinematografii, sprowadziła go na pisarskie manowce. Mimo humanistycznych zainteresowań, ukończył wydział budowy rakiet na Uniwersytecie Dniepropietrowskim. W czasie studiów grał we Wszechzwiązkowym Klubie Gier Intelektualnych "Szto? Gdzie? Kogda?", był jednym z inicjatorów wersji sportowej - popularnej gry telewizyjnej "Brain-Ring". Cykl "Ziemia Niczyja" (Ничья земля) zdobył kilka nagród i ukazał się w Rosji w łącznym nakładzie ponad 130 tys. egzemplarzy. W ciągu ostatnich dwóch lat Jan Waletow został publicystą mimo woli - ta część jego działalności związana jest z aneksją Krymu i wojną w Donbasie. Napisał ponad 250 artykułów na temat rosyjsko-ukraińskiego konfliktu, w którym zajął proeuropejskie i proukraińskie stanowisko, jednocześnie zrywając stosunki ze swoimi rosyjskimi wydawcami.


Czy środowisko rodzinne – jego inżynierski charakter – odcisnęło się jakoś w twoim sposobie patrzenia na świat?

Oczywiście, że miało wpływ. Jakże by inaczej? Połowa mojej rodziny po mieczu to zawodowi wojskowi, druga – inżynierzy. Ja wyrosłem w otoczeniu tej drugiej, inżynieryjnej. Ojciec był zasłużonym wynalazcą ZSRR z ponad 200 wynalazkami na koncie, przy czym wprowadzonych do produkcji, w większość z zakresu metalurgii. Wuj był głównym elektrykiem ogromnego instytutu projektowego na poziomie państwowym, praktycznie cała metalurgia ZSRR i krajów bratnich projektowana była w tych właśnie ścianach. No a mnie od małego tłumaczyli, że na chleb muszę zarobić właśnie jako inżynier. Jestem absolwentem Dniepropietrowskiego instytutu państwowego, katedra fizyki i techniki – budowa rakiet. Szykowali nas do projektowania rakiet strategicznych dalekiego zasięgu, tarczy jądrowej Ojczyzny. Wydaje mi się, że to właśnie wykształcenie pozwala mi radzić sobie z logiką, ogarniać szczegóły techniczne i poświęcać tyle uwagi szczegółom. Chociaż, może i nie? Może to coś wrodzonego… Pewności nigdy się nie ma. Tak czy inaczej, pośród moich kolegów z roku jest kilku zasłużonych budowniczych, byłych prezesów kołchozów, rolników, programistów, reżyserów, pisarzy… A w zawodzie wyuczonym z moje grupy zostało raptem pięć osób. Ale abstrahując od mojej historii, mogę powiedzieć, że wykształcenie techniczne pisarzowi (i nie tylko) nigdy nie zawadzi. Widziałem mnóstwo jajogłowych, którzy skończyli jako pisarze, ale nigdy nie widziałem humanisty, który zostałby inżynierem – co już sporo powinno nam mówić.

Pisać zacząłeś podobno już w szkole podstawowej, czy właśnie wtedy postanowiłeś, że tą drogą chcesz zmierzać w przyszłości? Czy była to po prostu młodzieńcza pasja, która z biegiem czasu dojrzała?

Jakoś jeszcze w drugiej klasie chciałem być kosmonautą. Potem – potem dziennikarzem. W końcu scenarzystą, reżyserem filmowym… Podobało mi się opowiadanie historii, wymyślanie, tworzenie bohaterów. Nie wiem dlaczego, tak po prostu było, i tyle. Zawsze ciągnęło mnie do tworzenia: teatry młodzieżowe, chałupnicze filmy, Klub wesołych i kreatywnych, klub „Kto, gdzie, kiedy?”, a do tego wszystkiego klasa matematyczna i następnie wydział techniczny. Otóż dosyć wcześnie zrozumiałem, że miło jest zajmować się twórczością, ale pieniądze biorą się z zupełnie innych zajęć. W moim pokoleniu wielu zajmowało się nie tym, co lubili, a tym, czym było trzeba. Uwielbiałem pisać, i było to moje, ale nie uważałem tego za swoją podstawową funkcję. To było takie hobby, sposób samorealizacji. Może dlatego, że nigdy się literaturą zawodowo nie zajmowałem, nie pisałem na zamówienie – nie wstydzę się tego, co stworzyłem. A co do pasji do literatury, do filmu… to nawet nie dojrzewało, to zawsze było we mnie. Siedziało, czekało cierpliwie. I się w końcu doczekało.

Dlaczego wybrałeś akurat konwencję fantastyki postapokaliptycznej? Czy oferuje Ci pewne możliwości, jakich nie miałbyś w innych poetykach? A może taki wybór wynika z preferencji czytelniczych?

Post-apo to możliwość spojrzenia na ludzi w momencie katastrofy, w chwili, kiedy opadają maski, a charakter pokazuje się takim, jaki jest. Chwila prawdy dla postaci. W ogóle podoba mi się opisywanie ludzi w trudnych warunkach, podczas katastrof, przy próbach przeżycia, kiedy walczą z przeciwnościami losu, gdy bohater jest „boso, ale w ostrogach”, z poszarpanymi nerwami i rozhuśtaną duszą. Ściskasz człowieka – i co z niego popłynie? Honor, czy raczej gówno? Czasami sam jestem zaskoczony. Swoją drogą, „Ziemia niczyja” to bynajmniej nie rasowe post-apo, to raczej koktajl gatunkowy: fantastyka społeczna vs postapo vs powieść szpiegowska vs akcja vs polityka, a wszystko to zawinięte w pozłotkę thrillera. Nie musiałem iść na smyczy czytelnika i wydawcy, a sam lubię eksperymenty – dlatego swoje książki piszę w różnych gatunkach.

++

A zdradzisz, czego zazwyczaj szukasz w literaturze? Czy w ogóle warto czegoś w niej szukać?

To, czego oczekuję od literatury – to że odzyska ona pozycję, jaką odebrały jej wspólnie telewizja, kino oraz internet. Brzmi to może i naiwnie, ale przecież pamiętam jeszcze, jak pożyczało się od znajomych najlepsze książki „na noc”! Jestem pewien, że rozmowa z kimś, kto czyta książki, musi być ciekawsza od tej z telewidzem. Tak, rozumiem – mamy dziś inne, lżejsze, szybsze źródła informacji, ale książka naprawdę tworzy inny obraz w wyobraźni, niż film. Książka jest przenośną salą gimnastyczną dla mózgu… mimo że płaci się za jego kondycję oczami. A takie, nie wiem, „Angry Birds” – tylko zabijają czas, a opłata ta sama. Literatura powinna być pożywką dla umysłu, strawą duchową, która cieszy i treścią, i formą. Pozwala się cieszyć rzemiosłem autora, prowadząc nas po zgrabnej fabule i umiejętnie opowiadając historię stosunków i emocji międzyludzkich. Ciężko mi dogodzić, tak – jestem czepialski i wyczulony na subtelności zarówno formy, jak i treści.

W Rosji twój cykl „Ziemia niczyja” zyskał ogromną popularność (ponad sto trzydzieści tysięcy sprzedanych egzemplarzy) i zgarnął kilka nagród. Czy spodziewałeś się aż takiej poczytności? Czy był to dla Ciebie wielki szok?

Nie spodziewałem się ani nagród, ani nakładów. Książka po raz pierwszy wyszła w Petersburgu, w serii-masówce „Fantastyka akcji”, nie mającej dokładnie nic wspólnego ani z tematem, ani formą czy w ogóle gatunkiem tego, co napisałem. Co do swej struktury, książka była złożona: kilka linii fabularnych, retrospekcje, dziesiątki bohaterów, trudny do określenia gatunek, no i język, którego „prostym” nazwać się nie da. W sumie, rezultat zadziwia mnie do dziś – cztery wznowienia, w tym trzy w Rosji, jedno na Ukrainie, a na Wikipedii pod moim nazwiskiem dumne „pisarz fantastyki”. Ale szoku i tak nie było.

Publicystą nie zostałeś – z tego, co mi wiadomo – do końca z pragnienia, tylko bardziej „z obowiązku”(?), „powołania”(?). Zacząłeś publikować po tragicznych wydarzeniach na Ukrainie. Czy twoim zadaniem publicystycznym jest zatem obnażenie prawdy, pokrzepienie krajanów, a może, aby wezwać innych do działań?

Mój obowiązek to powinność obywatela wobec jego kraju. Cała reszta to szczegóły. Publicystyka jest moim frontem, moją bronią w walce z potężnym wrogiem zewnętrznym. Przed wojną pisałem publicystykę w tematach stosunków pomiędzy państwem a biznesem, polityki. Pisałem niedużo. Ale po aneksji Krymu zrewidowałem moje stanowisko. Wtedy przy moim nazwisku na Wiki pojawiło się kolejne nietrafione określenie – „dziennikarz”. Bez mała 400 artykułów we wszelakich mediach, napisanych, nomen omen, za darmo. Absolutna topka – „Żywoj Żurnał”. Blog z tysiącami obserwujących na FB. Z miesiąca na miesiąc o setki tysięcy czytelników moich materiałów więcej. Ja sam, tylko ja, jako pełnoprawne mass-medium! Bo zmuszam ludzi do myślenia, a to jest najważniejsze. Do myślenia i pracy dla dobra kraju. Do bycia uczciwymi wobec siebie i miłowania Ojczyzny, a nie jej władzy.

++

W twoich powieściach z cyklu „Ziemia niczyja”, gołym okiem można dostrzec podobieństwa w strukturze i sposobie działania organizacji przestępczej i władzy politycznej. Był to celowy zabieg, czy raczej przypadek, który okazał się trafnym porównaniem?

To coś zwyczajnie prawdziwego. Władza i przestępczość w moim kraju przez długie lata były dwiema stronami jednego i tego samego medalu. Metody były jednakowe, cele tożsame, nawet ludzie się nie zmieniali. Nawet jeszcze dziś bliskość struktur władzy i mafii pozostaje problemem. Nie musiałem nic wymyślać, bo prawzory wielu bohaterów i anty-bohaterów moich książek są doskonale znane obywatelom kraju, którzy po dziś dzień patrzą na tych ludzi, uśmiechających się z plakatów wyborczych. Nie próbowałem nawet szczególnie tego podobieństwa maskować, bo ci, o których piszę, raczej książek nie czytają… no chyba że księgi wieczyste, albo książeczki oszczędnościowe.

Po aneksji Krymu i wojnie w Dombasie, zerwałeś relacje z rosyjskimi wydawcami. Być może wynika to z mojego braku dostatecznej wiedzy, ale czy nie sądzisz, że nie powinno się zaprzestawać kontaktów z kimś, dlatego że jego krajanie dokonali zbrodniczych czynów? To trochę tak, jakby winić dzieci nazistów za przewiny rodziców?

Gdybym chciał być wydawany w dzisiejszej Rosji, musiałbym zdradzić własne przekonania. Upraszczając – rozmienić honor na nakład. Społeczeństwo obecnej Rosji jest głęboko spolitycyzowane, a sami ludzie w większości popierają Putina, cieszą się z aneksji Krymu i uważają, że na Donbasie mityczni powstańcy walczą przeciwko nazistom. Dla nich ja z moją postawą obywatelską jestem wrogiem. Mój blog był w topce „rusofobicznych”, mimo że sam rusofobem nie jestem – mam w żyłach krew ukraińską, ruską, żydowską i polską. Z definicji nie mogę być rusofobem. To nie jest tak, że nie lubię Ruskich – ja debili nie lubię. Bo gdybym mówił: o, ten Putin! Jak cudownie wszystko zrobił! Krym nasz! Rosja to ostoja prawa i porządku, a każdy Ukrainiec, który roi mrzonki o niepodległym państwie, to nazista i banderowiec! O, wtedy z otwartymi ramionami by mnie rosyjskie wydawnictwa przyjęły. Ale jak miałbym współpracować z ludźmi, których kraj morduje moich rodaków? To już nie kwestia literatury, a czystej polityki. Przeżycia Ukrainy. Swoją drogą, pośród pisarzy w Rosji jest naprawdę niewielu takich, którzy nie popieraliby polityki Putina wobec Krymu oraz Ukrainy – co też nie sprzyja współpracy ukraińskich autorów z rosyjskimi wydawnictwami. Daleki jestem jednak od potępiania moich kolegów, którzy nadal wydają swe książki w Rosji; każdy sam dokonuje wyboru, określa stronę barykady i swoją hierarchię wartości.

Czy twoim zdaniem gdziekolwiek może dojść do zjawiska pokroju Potopu i ów teren może zostać odgrodzony, nabierając na skutek takiego mikrokataklizmu nowych właściwości fizycznych?

Fizycznie przerwanie zapór i rozlanie się Kaskady Dniepru jest możliwe – to bynajmniej nie mój wymysł ani teoretyczna możliwość. Takie scenariusze były rozpatrywane, taką ewentualność przewidywały projekty. Czy możliwe są zmiany klimatu? Tak. Zarówno lokalne, jak i globalne. Czy w rzeczywistości mogłaby powstać strefa buforowa, taka jak w Ziemi Niczyjej. Nie wiem, chyba tak. Książkowa katastrofa to swoista aluzja do pęknięcia dzisiejszej Ukrainy, które jest zupełnie realne. Przepaść mentalna i światopoglądowa, dziura pomiędzy poglądami na przeszłość i przyszłość. Ona dzieli kraj o wiele skuteczniej, niż Fala.

Nie sądzisz, że świat przedstawiony w „Ziemi niczyjej” stał się metaforycznie profetyczny?

Niestety, jest mocno podobny do tego, co już się zdarzyło. Cieszę się tylko, że moje proroctwo nie wypełniło się dosłownie. Tak w ogóle to wolałbym, żeby nie wypełniło się w ogóle, no ale jest, jak jest. W końcu napisano w książce czarno na białym: mojemu krajowi, któremu życzę innego losu. I to zupełnie szczere słowa.

Na koniec, czy mógłbyś z krótkim objaśnieniem powiedzieć, jakie książki najbardziej sobie cenisz?

Dobre. Wciągające. Napisane bogatym językiem. Aktualne, ale poświęcone odwiecznym problemom bytu człowieczego. A przede wszystkim – ciekawe dla tego, kto jest ich adresatem, a zatem dla czytelnika. Pośród moich ulubionych jest „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa, „Jesień Patriarchy” Marquesa, „Sto lat samotności”, „Solaris” i „Niezwyciężony” Lema, większość dzieł Strugackich. Lubię też Kinga, Riverte, Dicka, Cortasara, Abercrombiego i Gaymana. Simaca, Shackleya, Clarke’a, Harrisona, Abrahamsa… mógłbym tak wyliczać dalej! Czytam od czwartego roku życia, lista byłaby długa. Jakie lubię najbardziej? Trudno mi powiedzieć. Wszystkie lubię i każdą z osobna, przeczytane już albo jeszcze nie, napisane albo dopiero powstające. Każdą, która opowie mi historię człowieka, albo pokaże coś nowego, ciekawego i niezwykłego…

Ot, jakoś tak.

Bardzo dziękuję Ci za odpowiedź na pytania.

To ja dziękuję za pytania!


Z Janem Waletowem rozmawiał Adrian Turzański

KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2017 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 22 sie 2017, 12:19 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka