Artykuły

10 pytań do Artura Laisena

Artur Laisen

++

Urodzony… niestety już jakiś czas temu, w mieście względnie prowincjonalnym, do którego i tak w końcu zawsze fatalistycznie powraca z najdalszych nawet wojaży. W poprzednim, beztroskim wcieleniu autor kilku opowiadań i laureat jednego z konkursów poetyckich. Obecnie proza-iczny, pragmatyczny i zapracowany właściciel drobnego przedsiębiorstwa, mąż swojej żony i ojciec swoich dzieci. Ostatnio również laureat konkursu na opowiadanie Wydawnictwa Paperback (tekst Księdza Marka trzy spotkania z demonem, opublikowany w antologii Science Fiction po polsku, Paperback 2012). Prywatnie pasjonat fotografii, podróży dalekowschodnich, kultury chińskiej i japońskiej oraz takiejże kuchni, ze względów praktycznych starający się aktywnie łączyć swe pasje.

Podobnie jak i wielu innych autorów Genius Creations, miłośnik fantastyki od zawsze, wychowany na Lemie i Zajdlu. Po przejściu smugi cienia koneser dobrej literatury w ogóle, o eklektycznym guście. Lista wszystkich jego literackich fascynacji byłaby zbyt długa, by zamieszczać ją w tym miejscu, ostatnio jednak na topie są zwłaszcza Haruki Murakami, Richard Morgan, Yasutaka Tsutsui, Jose Carlos Somoza, Miyuki Miyabe oraz Aleksander Kościów.

Wyznawca zasady, iż najpierw warto coś przeczytać, a dopiero potem, ewentualnie, jeśli naprawdę nie ma już żadnego innego wyjścia, napisać. Niestety, wbrew tym zasadom aktualnie pracuje nad kontynuacją Studni Zagubionych Aniołów, po czym planuje zasiąść do pisania kolejnych pięciu powieści i dwóch zbiorów opowiadań.


1. Jeżeli Pan pozwoli, rozpocznę wywiad od Pana pasji. Kiedy narodziła się w Panu ciekawość, związana z kulturą dalekowschodnią? Czy kiedykolwiek był Pan w Japonii?

Jakoś już tak jest, że pewne klimaty, pewne miejsca, pewne motywy pociągają nas bardziej niż inne. Zakochujemy się w tej, a nie innej osobie. Czujemy dreszczyk, słuchając tej, a nie innej melodii. Daleki Wschód już od dzieciństwa mnie pociągał (pod pewnymi względami pewnie nawet bardziej niż własna kultura), ale nie potrafiłbym w kategoriach racjonalnych wyjaśnić czemu akurat on (oprócz Japonii także Chiny, Tybet, Korea i Mongolia), a nie, dajmy na to, kultura afrykańska czy arabska albo żydowska. Zaznaczę, że moje zauroczenie Japonią nie jest bynajmniej bezkrytyczne, zdaję sobie sprawę z jej ciemnych - niekiedy bardzo ciemnych - stron i chyba wolę pozostawać w wygodnej roli zewnętrznego obserwatora. W Japonii byłem dwa razy – za pierwszym razem czysto turystycznie, za drugim służbowo-turystycznie. Każdy, kto orientuje się choć trochę w sprawach Kraju Kwitnącej Wiśni, wie, że jest to kultura bardzo hermetyczna, nie pozwalająca swobodnie zaglądać do swego wnętrza przelotnym intruzom z zewnątrz. Moja wiedza na temat Japonii jest więc raczej książkowa, ale pochodzi z naprawdę mądrych i różnorodnych książek. Dla kontrastu, podróżując z kolei po Chinach, miałem wrażenie, że w jakimś stopniu jednak rzeczywiście udaje mi się poznawać ten kraj od podszewki, zajrzeć za fasadę, choć trochę zrozumieć ludzi tam mieszkających.

2. Jestem świeżo po lekturze Pana powieści "CK Monogatari" i, zapewne, zabrzmi to pretensjonalnie, ale jestem nią oczarowany. Historia niespełnionego życiowo Piotra Jaskulskiego, dyrektora finansowego firmy KZDM-Nagita, który w ciągu jednej nocy doświadcza nie tylko magii czy spotkania z yurei*. Są też pewne doznania związane z przeszłością, które zwykły śmiertelnik nie potrafi zdefiniować. Czy pisanie tej powieść przyszło Panu trudno?

Dziękuję. A odpowiadając na pytanie - bardzo trudno. „CK Monogatari” to w dużej mierze współczesna powieść obyczajowa, a zasiadając do niej zupełnie nie miałem doświadczenia w pisaniu tego typu prozy. Wcześniej próbowałem swych sił wyłącznie w fantasy i SF. A tu ot, pewnego dnia uznałem, że fajnie byłoby stworzyć thriller metafizyczny (zaczytywałem się w tym czasie Haruki Murakamim i Jerzym Sosnowskim) z akcją umieszczoną w moim rodzinnym mieście. No i z wątkiem japońskim. Zaczęło się od tego, że wyobraziłem sobie piękną i tajemniczą Japonkę, podróżującą kieleckim autobusem. Zadałem sobie pytanie – po co tutaj przyjechała? Jaką misję ma do spełnienia?

Jeśli natomiast chodzi o przesłanie nazwijmy to „metafizyczno-obyczajowe”... Cóż, w pewnym wieku człowiek nieuchronnie zaczyna się mocniej zastanawiać nad pewnymi sprawami. „CK” pisałem bardzo długo, zrywami, bo życie co chwilę odrywało mnie od powieści (czasem nawet na pół roku w połowie rozdziału) i z początku, trochę jakby bez przekonania. Zwłaszcza, że był to okres w moim życiu, kiedy niespecjalnie już widziałem siebie jako pisarza. Dopiero gdzieś około setnej strony uwierzyłem, że mi się uda. Teraz, kiedy szlak został już przetarty, stworzenie kolejnego thrillera metafizycznego przyszłoby mi oczywiście znacznie łatwiej.

3. W "CK Monogatari" pojawiają się fragmenty dwóch utworów. Są to: "Waiting for the Miracle" Leonarda Cohena i "Prime Time" The Alan Parsons Project. Jednak najwięcej miejsca w powieści, poświęcił Pan pierwszemu z tych tekstów. Czy ten poeta i piosenkarz ma dla Pana większe znaczenie?

Można powiedzieć, że gdy zasiadałem do pisania „CK” moje życie generalnie toczyło się w rytmie Leonarda Cohena – melancholijnie i powoli. Uwielbiam jego cyniczno-romantyczne teksty. Muzyka ma dla mnie zresztą ogromne znaczenie jako dla autora – większość moich pomysłów rodzi się w trakcie słuchania muzyki. Po zakończeniu „CK” porzuciłem jednak Cohena na rzecz zupełnie odmiennych klimatów – tak się składa, że moje życie osobiste również zmieniło w tym czasie swój rytm. Jako ciekawostkę, dodam, że opowiadanie, jakie ostatnio napisałem powstawało z mongolskim i tuwińskim ethno-rockiem w tle.

4. Czym jest Pana najnowsza książka, „Studnią Zagubionych Aniołów”?

To rzecz zupełnie odmienna od „CK” – zarówno gatunkowo, jak i jeżeli chodzi o styl czy klimat, ale mam nadzieję, że spodoba się również czytelnikom mojej debiutanckiej powieści. „Teraia” to fantasy – na pozór typowe, ale mam nadzieję, że uważny czytelnik szybko odkryje, że przygotowano tutaj sporo „niespodzianek”, zaś nieuważny wpadnie w zastawione przez autora pułapki. Jednocześnie to książka dość chyba odległa swoją atmosferą od całej tej współczesnej, modnej militarno-etnograficzno-soapoperowo-hardcorowo-nihilistyczno-pragmatycznej fantasy w stylu choćby „Gry o Tron”. Starałem się tutaj raczej nawiązać do fantasy z lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych ubiegłego wieku – baśniowej, magicznej (nie tylko dosłownie, lecz i w przenośni, gdzie magia nie była jedynie pragmatyczną, techniczną umiejętnością, ale stanowiła też pewien symbol), kiedy trzeba przygodowej, kiedy trzeba śmiesznej, kiedy trzeba smutnej, subtelnie operującej ukrytymi znaczeniami i archetypami. Z drugiej strony, chciałem by jednak była to powieść współczesna, wyciągająca wnioski z tego, co było przed nią. No i z tego, co dzieje się wokół nas. Cóż, czytelnicy mogą już sami ocenić, w jakim stopniu mi się to udało.

5. By nie zdradzać informacji o losie bohaterów powieści "CK Monogatari", chciałem zapytać, czy ta historia ma dla Pana swój koniec? Nie ukrywam, że zakończenie książki pozostawia otwartą furtkę na kontynuację.

Wolę zakończenia choć trochę przynajmniej otwarte i niedopowiedziane, bo wtedy pozostawiamy miejsce dla wyobraźni czytelnika. No i w przyrodzie takie ostateczne zakończenia, nie istnieją w stanie czystym. Ale nie, nie planuję bezpośredniej kontynuacji, choć być może napiszę jeszcze kiedyś książkę, której akcja rozgrywać się będzie w Kielcach, z zupełnie innymi bohaterami, gdzie Piotr i Yuki mogliby jednak wystąpić w jakiejś scenie jako, np. przypadkowi przechodnie.

Niedopowiedzenie jest dla mnie w ogóle bardzo ważnym elementem mojego warsztatu i, mam nadzieję, uczę się nim operować coraz bardziej świadomie. Oczywiście, jeśli autor pozostawi zbyt wiele niedopowiedzeń, to powieść zrobi się zbyt rozmemłana i tak wieloznaczna, że aż „nic nie znaczna” (trochę przydarzyło się to chyba mistrzowi Murakamiemu w „1Q84”). Z drugiej strony, książka zupełnie pozbawiona niedopowiedzeń, robi się sztampowa i najzwyczajniej w świecie nieciekawa. Przynajmniej dla mnie.

6. Sho Kyubimori jest ekscentrycznym prezesem firmy. Przemówieniem w Centrum Biznesu wręcz oczarowuje zebranych gości. Nawet podczas rozmowy bohatera z Piotrem lub Katarzyną jest stonowany, ale i potrafi żartować. Mimo jego dalszych losów, nie da się go nie polubić.

Nie jest też, dla mnie przynajmniej, jednoznacznie czarnym charakterem. Trudno na przykład nie sympatyzować z nim, kiedy walczy z bezdusznym systemem. Jako ciekawostkę dodam, że mam wstępny pomysł na metafizyczny thriller, którego akcja rozgrywałaby się we współczesnych Chinach. Nie wiem czy i kiedy zdołam go zrealizować, ale wydaje mi się, że Sho mógłby tam występować jako postać drugoplanowa i to odgrywając pozytywną rolę. Oczywiście, to bardzo odległe plany.

7. Lisy (czy też risy) jako zwierzęta mają tu wyraz symboliczny. Z jednej strony są piękne, a z drugiej - bardzo przebiegłe. W dalszej części powieści istotny okazuje się być także kot. Czy wierzenia Japończyków wobec tych zwierząt są autentyczne, czy z kolei na potrzeby książki zostały ubarwione?

Nie, jeśli chodzi o lisy, to Japończycy naprawdę mają (a przynajmniej kiedyś mieli) obsesję na ich punkcie. Wspomniane w prologu przez yakuza Nakayamę studium Kiyoshi Nozakiego istnieje naprawdę i stanowiło dla mnie jedno z ważniejszych źródeł, którym posiłkowałem się przy pisaniu powieści. Ze wszystkich magicznych zwierząt (a zaliczają się do nich również tanuki – szopy i neko – koty) kitsune cieszyły się zawsze największą popularnością, to jest najbardziej się ich obawiano. Obwiniano je o rozmaite mniej lub bardziej szkodliwe psoty, lecz, przede wszystkim, o opętania. Jako anegdotkę przytoczę, że słynny szesnastowieczny shogun Toyotomi Hideyoshi wystosował oficjalne pismo do boga Inari, w którym uskarżał się, iż jeden z kitsune podlegających jurysdykcji boga opętał jego służącą. Shogun zażądał bezzwłocznego wyjaśnienia sprawy i ukarania sprawcy, grożąc eksterminacją wszystkich japońskich lisów Jeszcze w dziewiętnastym wieku na konto kitsune często szły takie choroby psychiczne jak, na przykład, schizofrenia.

Z kolei najbardziej chyba znana legenda o kitsune pochodząca z epoki heian (wspominam zresztą o niej w CK) opowiada historię dostojnika, który dał się omamić iluzjom pewnej lisicy, poślubił ją i zamieszkał w norze, przekonany, że to pałac. Z inspiracji tą legendą powstała zresztą świetna powieść amerykańskiej pisarki Kij Jonson – The Fox Woman, nie przetłumaczona, niestety, na język polski.

Co do kotów natomiast, to moja powieść zupełnie nie odwołuje się do legend o Neko. Już raczej kot spełnia u mnie podobną funkcję co u Murakamiego – staje się przewodnikiem, otwierającym drogę do innego wymiaru, symbolem. No a poza tym, co tu gadać, jak każdy autor lubię koty.

8. W powieści pojawia się wiele odniesień zarówno do polskiej, jak i japońskiej kultury. Najwięcej przykładów pojawia się w momentach, kiedy Piotr Jaskulski rozmawia z Japończykami z firmy KZDM-Nagita oraz ludźmi z Yakuzy (kiedy się pokłonić, zabrać głos, jakim tonem mówić itd.). Również podczas wyprawy Yuri do Kielc pojawia się fragment, kiedy jeden z podróżnych pomaga jej zdjąć torbę z półki w pociągu. Kobieta nie ukrywa zdziwienia. Czy aż tak bardzo różnimy się?

Różnimy się o wiele bardziej, niż przeciętny człowiek mógłby to sobie wyobrazić. Współczesna popkultura i globalizacja wyrabiają w nas złudne przeświadczenie, że wszyscy jesteśmy - jeżeli nie tacy sami, to przynajmniej podobni. W końcu i my i oni pijemy coca-colę i oglądamy hollywoodzkie filmy, nieprawdaż? No i, rzecz jasna, anime. Kupujemy takie same telewizory, robimy zdjęcia tymi samymi aparatami fotograficznymi, rozmawiamy używając tych samych telefonów komórkowych. Ale to tylko złudzenie. Jeśli tylko sięgniemy nieco głębiej pod powierzchnię, to szybko okaże się, jak bardzo różnimy się od siebie. Rzeczy niewyobrażalne dla Polaka są oczywiste dla Japończyka i na odwrót. Jak to napisał Krzysztof Czerkawski w swojej świetnej książce „Pracowałem dla cesarza”, „tylko w Japonii troskliwa żona przygotowująca mężowi bieliznę na zbliżający się wyjazd do Tajlandii nigdy nie zapomni o dodatkowej paczce prezerwatyw.” To specyficzny i dość szokujący przykład, ale znalazłoby się mnóstwo innych.

9. Pisze Pan powieści i opowiadania fantastyczne. Skąd zamiłowanie do tego gatunku? Jakich autorów lubi Pan czytać?

I znowu, tak jak w pytaniu pierwszym: jest już chyba tak, że pewni ludzie po prostu rodzą się fantastami (mam tu na myśli nie tylko autorów, ale reżyserów, grafików, wydawców - w tym momencie puszczam oko do mojego wydawcy, Marcina A. Dobkowskiego, czytelników, fanów, etc.) a inni nie. Gdybym miał to jakoś zracjonalizować… Hm… W fantastach jest chyba pewien eskapizm, pewna niezgoda na świat, jaki nas otacza, chęć poszukiwania światów alternatywnych (choć Mario Vargas Lhosa uważał, że ta niezgoda jest akurat immanentną cechą każdego pisarza, no bo po co ktoś zadowolony z rzeczywistości miałby tworzyć fikcję literacką?) Pewien – jakby to powiedzieć – sehnsucht (przepraszam za użycie obcego słowa, ale w polskim języku nie ma adekwatnego terminu). Po trosze zresztą to ten sehnsucht właśnie jest jednym z motywów przewodnich „Studni Zagubionych Aniołów”. Eskapizm niezbyt dobrze się kojarzy, ale Ursula Le Guin nazwała fantastów „realistami większej rzeczywistości”. Bardzo mi się to spodobało.

A jeśli chodzi o ulubione lektury i autorów… W swoim życiu czytałem dużo różnych rzeczy, no i przez te trzydzieści parę już lat odkąd zacząłem swoją przygodę z fantastyką jako czytelnik moje gusta, rzecz jasna, również się zmieniały. Zacząłem od Lema i Zajdla, no i opowiadań drukowanych w NF. Potem przyszła kolej na Tolkiena i całą fantasy – do tej pory najbardziej cenię takich autorów jak Le Guin, Patricia McKillip, Tanith Lee, Peter S. Beagle czy Guy Gavriel Kay. Nie przepadam natomiast za Jordanem, Eriksonem czy „Grą o Tron” (choć kocham fantastycznonaukowe opowiadania Martina ze starych czasów). Z pisarzy niebędących fantastami sensu stricto największe wrażenie zrobili na mnie swego czasu Mika Waltari i Michaił Bułhakow (wiem, jestem mało oryginalny). Z fantastyki bardziej (powiedzmy) naukowej – Philip K. Dick i Dan Simmons – za „Hyperiona”/„Endymiona” - cykl ten uważam za najlepszą, najbardziej kompletną powieść SF wszechczasów.

Polska fantastyka? Znów nie będę odkrywczy. Dukaj i Huberath – bardzo ich cenię, ale niezbyt lubię czytać (choć czytam, bo jakżeby inaczej) – chyba są jak dla mnie zbyt ponurzy i zbyt instrumentalnie traktują swoje postacie. Sapkowski, oczywiście (choć za najlepszą polską powieść fantasy uważam „Gar’Ingawi wyspę szczęśliwą” Anny Borkowskiej). „Wody głębokie jak niebo” Anny Brzezińskiej. „Ględźby Ropucha” Wita Szostaka. „Czarne” Anny Kańtoch. Żerdziński i Uznański za swoje iście dickowskie zakręcenie.

A ostatnimi laty? Przerzuciłem się bardziej na thriller metafizyczny czy też realizm magiczny. Zacząłem od Murakamiego, ale potem sięgnąłem też po innych autorów. Na przykład po Aleksandra Kościowa, którego nie bez powodu ochrzczono „polskim Murakamim”. Ja osobiście odnalazłem w nim tego Murakamiego, którego w samym Murakamim zawsze mi brakowało. Wymienię też dwoje kolejnych Japończyków, niestety, znów nieprzetłumaczonych na polski – Miyuki Miyabe i Yusutakę Tsutsui. Richarda Morgana, autora świetnej cyberpunkowej trylogii o Takeshim Kovacsu. Kibicuję Robertowi M. Wegnerowi – jego cykl o Meekhanie z tomu na tom staje się coraz ciekawszy. No i w zeszłym roku bardzo pozytywnie zaskoczył mnie „Pokój Światów” Pawła Majki.

Przepraszam wszystkich wspaniałych autorów, których tu nie wymieniłem, ale po prostu zbyt dużo tego byłoby jak na jeden raz.

10. Czy może zdradzić Pan plany literackie na najbliższe lata?

W tej chwili absolutnym priorytetem jest dla mnie dokończenie „Teraii”. Rzecz jest zasadniczo już wymyślona prawie od A do Z, ale pozostaje to, niestety, jeszcze wszystko spisać. Myślę jednak, że będę w stanie wypuszczać poszczególne tomy w góra rocznych odstępach.

Przy okazji pracy nad kontynuacją „Studni” wyraźniej wypłynęła mi też inna, wcześniejsza historia, umieszczona w tym samym świecie, z której cała saga w znacznej mierze wynika. Tak więc jedno prequelowe opowiadanie już zmusiło mnie, żebym je spisał, a kilka kolejnych zwęszyło krew i niczym wataha wilków (czy też raczej wataha tsebu, ale o tsebu będzie po raz pierwszy dopiero w drugim tomie „Teraii”, więc może pozostańmy na razie przy zwykłych wilkach) ruszyło moim tropem…

A jeszcze potem? Mam sporo pomysłów. Gotowy konspekt i zrobiony wstępny research (na specjalnie wydzielonej półce stoi i czeka na lepsze czasy jakieś pięćdziesiąt pozycji z tak różnych dziedzin jak: historia partyzantki na kielecczyźnie, historia PRL-owskich służb specjalnych, współczesna psychologia i neurologia, szamanizm syberyjski, buddyzm tybetański, współczesna kwestia tybetańska, bioelektronika etc.) pod kolejny thriller metafizyczny, którego akcja toczy się we współczesnej Polsce, lecz który sięga też retrospekcjami dwa pokolenia wstecz, do II wojny światowej (żeby było śmiesznej w tle jest też poboczny wątek tybetański). Luźny pomysł na inny thriller, którego akcja toczy się w Kielcach, w środowisku akademickim. I na kolejny – ten „chiński”, o którym wspominałem wcześniej. I jeszcze na jeden…

Zważywszy jednak, że na co dzień jestem po prostu zwyczajnym, przeciętnie utalentowanym za to ponadprzeciętnie zaganianym facetem w średnim wieku, pracującym na trzech etatach, aby nakarmić swój kredyt we frankach szwajcarskich i swoją rodzinę, to w tym momencie raczej marzenia niż konkretne plany.

* Yurei - duchy zmarłych powracające do ziemskiego świata (przyp. red.)

Pytania przygotował Adrian Warwas

KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2017 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 24 lut 2017, 04:39 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka