Artykuły

Felietownik Nerda #6: Gry MMO - wcielone ultrazło albo znak growych czasów?

Wstępniaczek

Dawno, dawno temu… Na Ziemi biegały jeszcze dinozaury, a dzieciaki chadzały do jaskiń żetonów i opalizujących kineskopów. Wozy Drzymały, wytaczane okazyjnie na jarmarkach, bywały obowiązkowym punktem pielgrzymek dziatwy w morskich kurortach, dziś odeszły w niebyt. W czasach, gdy dostępność komputerów/konsol na łatwość zakupu kajzerki, salony gier stanowią relikt zamierzchłej przeszłości. Zaczęło się faktycznie dawno, gdy szerokopasmowy Internet pukał do hacjendy, a na scenę wkroczyło potomstwo gier „po LAN-ie” - przyszli rodziciele obecnych światowych rozgrywek e-sportowych.

Na warsztat wkraczają dziś gry przeglądarkowe, bez patosu historii, jeno w koktajlu przemyśleń. Laptop, dowolna przeglądarka i tysiące godzin bezpowrotnie utopionego czasu… Lubię to?

Obrazek



o! To je Ołgejm! Okey?

W latach wychodzenia Internetu z modemowego niemowlęctwa, e-sport był zaledwie nieskładną pieśnią przyszłości. Majaczyła dopiero kryształowa wizja nielimitowanego transferu, o szybkości pozwalającej (w miarę) swobodnie grać, ot choćby w „Quake III Arena”. Walczyliśmy wówczas na froncie akceleratorów 3D i kart graficznych, które wyraźnie ów wizerunek poligonów i pikseli dla gołego oka poprawiały. Triumfy święcić poczęły gry przeglądarkowe, a właściwie jedna, która na długie miesiące podporządkowała sobie żywot pewnego młodocianego uczniaka. „OGame”, gdyż o niej mowa, wyglądająca niczym wyciosana z drewnianego kloca, pełna opisów i monotematycznego tła mieszanina kosmicznego RTS-a ze starożytną grą tekstową (MUD) pokroju „Puszki Pandory”. Gwiezdne podróże na gębę, wpisywanie liczb i walki monstrualnych flot, których nikt nigdy nie widział. Kto grał, pamiętać powinien o możliwości wybudowania „Gwiazdy Śmierci”! Post factum najbardziej w „OGame” uderzało przywiązanie (dosłownie łańcuchowe) wymagające porannego wstawania (jeszcze przed pianiem kuraka), aby zwrócić flotę lub przypilnować farmienia czy maniakalnie rozbudowywać armadę. Sęk w tym, iż owo kilkumiesięczne romansowanie (dobrze, uzależnienie) spowodowało reorganizację obowiązków i spadek życia towarzyskiego do absolutnego minimum. Ponieważ osobiście niczego nie robię połowicznie, „OGame” wchłonęło mnie… właśnie? Prostotą? Dostępnością? Wiem! Dziką, gorejącą żądzą posiadania największej ilości okrętów wojennych i obrony planety-matki w całym uniwersum, czyli wewnętrznym pragnieniem każdego Gracza. Dużo, lepiej, więcej! Po blisko dziewięciu miesiącach trwania w trybie społecznego zawieszenia (top 20) konto poszło pod młotek. Przygoda z grami przeglądarkowymi przypominała rzucanie palenia, gdy dookoła czuć tylko dym, a od ponownego wpadnięcia w szpony nałogu nie broniło nic, prócz dystansu mysz-dłoń i relacji klawiatura-wpisz-adres-strony.

Naiwnie podówczas myślałem, iż głodne przeglądarkowe harpie połamały szpony na napiętym karku mocnego postanowienia poprawy. Skuszony kilka lat później markami „Settlers”, „Anno” czy ładnie wyglądającym „Goodgame Empire” srodze się pomyliłem, lecz tym razem zadziałała roosveltowska „polityka grubej pałki”. Detoks i doświadczenie zrobiły swoje.

Obrazek

Postępy wrogiem starszeństwa

Obecnie, gdy pada fraza „gry przeglądarkowe” miażdżąca większość użytkowników Sieci myśli „fejsbuk”. Uprawa roli na pastelowo-tęczowych farmach, finezyjna hodowla owiec i iście tytaniczne pielenie grządek. W dzieciństwie kochałem serię „Harvest Moon”, lecz monotonia dłubania w glebie i wspomniane już przy „OGame” psie przywiązanie, po kilku dniach odrzucało dalej niżeli smród rozkładającego się orkowego truchła. Granica obecnie została zatarta. Wciąż trafiają się egzemplarze wyborowe, przypominające aparycją zamknięte w piwnicach koreańskie dzieci, levelujące palladyna za $ dla bogatego biznesmana z kraju Wujka Sama. Wyznacznik nowoczesnego gameingu? Absurdów XXI wieku bez liku…

Gracze zawodowi nie mają już takich dylematów, kasując całkiem przyzwoite pieniądze na e-mistrzostwach, skupieni w klany, ligi, posiadający własne kodeksy. Przekuli upierdliwość pradawnego MMO w zawód. Za poniższe stwierdzenie zostanę zapewne srodze wybatożony, lecz poza skrzywdzonym i upośledzonym dzieckiem BioWare (tak, tak „The Old Republic”), tematów przodujących – WoW/LoL/DOTA nie? liznąłem. Z prozaicznej przyczyny – klątwy „OGame". Uwierzcie, iż nałożyłem sobie dożywotniego bana na sieciowe usługi, gdyż pewnego razu, dwa tygodnie po odpaleniu „Battlefilda 1942”, zorientowałem się, że krasnoludzka broda wkręca się w gałkę od pada. Człowiek ze mnie słabej woli…

Światem i okolicami Plutona niepodzielnie władają ww. tytuły. Poniekąd rozumiem euforię powodowaną poświęceniem tysięcy godzin na lootowaniu, levelowaniu etc. - sam tegoż doświadczyłem, a jednak… odczuwam wewnętrzne roztargnienie (rozbicie z rozmemłaniem), czytając farmazony wychwalające potrzebę globalnej integracji Graczy, darmowość (ha-ha-ha) systemu F2P (frajer to pay?) i wszechobecną dostępność wymieszaną z łatwością, szybkością i co najbardziej absurdalne – dowolnością korzystania ze świata gry w ujęciu grania na zawołanie. A krowy same się nie wydoją. Smoki same nie zdechną. Księżniczki same nie wyratują, ech... Stetryczałemu nerdowi wszystkie headsety, kamerki i inne cuda wianki zalatują zardzewiałą robotycznością. Namiastka kanapowego spotkania z przyjaciółmi wyewoluowała jak Pikachu, ino w niebyt zgrzebnego jednorożca strzelającego z oczu piorunami. Pora poparzonemu zbierać manatki…

Obrazek



Wiekuisty niesmak w ustach

Gracze zawsze byli Graczami. Ich kategoryzowanie przywodzi na myśl tworzenie gett i metkowanie na równych i równiejszych. Postęp wówczas jest dobry, gdy ludziom nie dzieje się krzywda. W przypadku MMO, MOBA i innych odmian owej menażerii, odnoszę wrażenie, jakoby ludzie wciąż czegoś poszukiwali, przy okazji samym sobie wyrządzając krzywdę. Dalekim od natankowskiego piętnowania, zwracam jeno uwagę na bezcelowość pewnych poczynań. Widać wychodzi na jaw umysłowe ograniczenie (stara szkoła!), jednakże nie rozumiem fenomenu WoW’a czy LOL’a. Mimo miłości do uniwersum „Star Wars”, TOR wywołuje odruch odwrotnego spożycia, narastającą irytację. Nudę? O ultrahype na „Destiny” można by napisać doktorat. A toż kolejne rozwiniecie myśli gier przeglądarkowych i przekleństwa MMO – „jeszcze godzinka”, i nagle trzask zarwana nocka, oczy przekrwione o piątej nad ranem, „nołlajf”. Nikt nie zabrania, ważna jest radość czerpana, ino z pustego i Salomon nie naleje, a po wydmuszce hula jedynie stęchły wiaterek. Ponownie zostałeś zmuszony, drogi Czytelniku, do wyręczenia mnie w odpowiedzi na pytanie.

Nawiązując do tekstu z poprzedniego miesiąca, powinienem zadać sobie i Wam dodatkową zagadkę – czego najbardziej w growym życiu żałujesz? Ja wiem. Niestety. Dlatego idę dokończyć książkę i chwytam za kolejny tom, odhaczając ją na liście pt. „przeczytaj, nim umrzesz”. Do przeczytania za miesiąc

PS A tak serio, serio, żałuję, iż nie wycisnąłem z Crasha Bandicoota 100% :-)
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.
  • Ostatnie artykuły

Copyright © 2004-2017 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 23 mar 2017, 11:21 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka